Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kobiety zamilkną?

Przygotowuję po wielu latach nowe wydanie swojej książki "Gdyby zamilkły kobiety". Uzupełniam o to, co się wydarzyło w czasie, jaki upłynął. Wiele się zmieniło, jednak nie wszystko idzie dobrze. Nadal są problemy z pomocą kobietom, ofiarom przemocy w rodzinie. Kreatywna pani minister chciała wprowadzić ustawę z nową, rewolucyjną definicją przemocy. Według niej miało być tak, że jednorazowe manto, jakie spuści mąż, to nie przemoc. Nawet jak wylądujesz w szpitalu.

Druga zmiana dotyczyła niebieskiej karty. Było tak, że zakładali ją policjanci wezwani do skatowanej żony i dzieci. Teraz żona, ofiara pobicia, musiałaby podpisać prośbę o monitorowanie. Niech weźmie długopis i drugą, niezłamaną przez męża ręką podpisze. Byłoby mniej niebieskich kart, to jasne, bo która złoży podpis, gdy wie, że zostanie sama z oprawcą? Lepsze byłyby za to statystyki. Na szczęście projekt "wyciekł" i podniósł się wielki hałas. Dlatego premier wycofał tego prawnego potworka. Zadziwiające, że przygotowało go ministerstwo pod wodzą kobiety.

Reklama

Kobieca solidarność chyba przysnęła. Trudno zrozumieć, jak kobieta kobiecie może zgotować taki los! Musimy zachować czujność, żeby nie stracić tego, co udało się nam uzyskać. Zamiast milczeć, trzeba głośno krzyczeć, co nam się nie podoba. Gdy ukazało się pierwsze wydanie książki, istniała telewizja publiczna, w której pojawiali się ludzie o różnych poglądach. Kawie czy herbacie miałam kilkuminutowy cykliczny felieton o książkach. Polecałam nowości z ambitnej literatury. Wielkie nazwiska, wielkie tytuły polskie i obce.

Program literacki w porannym paśmie był chętnie oglądany. Ludzie czytali więcej niż pół książki rocznie. Potem nastąpiła pierwsza "dobra zmiana" i zaczęły się kłopoty z telewizją. Z niewielką pomocą życzliwych dało się je ominąć. Ówczesna gwiazda TVP publicznej Krzysztof Ibisz zaprosił mnie do swego programu, choć wiedział, że nie jestem mile widziana. Wyraziłam wątpliwość, czy kierownictwo zgodzi się "na moją osobę". Takiej formy używają obecnie politycy, mówiąc o sobie: "moja osoba", jakby mieli problem z tożsamością. Ja i moja osoba - jakieś rozdwojenie jaźni.

To się działo, gdy Ibisz był jeszcze stary, jak mawiała najdowcipniejsza kobieta stulecia Maria Czubaszek o Krzysztofie, który wyglądał coraz młodziej. Twierdziła, że mu zazdrości, bo jej się nawet podciąganie nie udaje, a on ma dobre geny. Krzysztof przygotował listę gości i dał do zatwierdzenia. Na liście mnie nie umieścił. Trafił na nią ktoś inny. Program szedł na żywo. Przychodzę, malują mnie, wchodzi Ibisz. - Dziwne, że się zgodzili na moją obecność - mówię. Zaśmiał się tylko. - Będzie OK. Program toczył się wartko. Udało się. Po zakończeniu Krzysztof opowiedział, jak było. Ktoś z listy "zachorował" i w ostatniej chwili doprosił mnie, rzekomo nie wiedząc, że jestem persona non grata.

Inni redaktorzy zrozumieli, że już nie jestem czarną owcą. Kiedy wyszła książka "Gdyby zamilkły kobiety", zaprosił mnie do programu pewien młody redaktor. Miał egzemplarz od wydawcy, nie czytał, znał tylko tytuł. Od razu zachichotał. - Ojej, co by to było, gdyby zamilkły kobiety? Ależ byłby spokój! - zadał pytanie i sam sobie odpowiedział. - Tak, byłby zupełny spokój, a pan redaktor nie mógłby prowadzić programu - powiedziałam. - A dlaczego? - zdziwił się. - Gdyby nie gadająca matka, nie umiałby pan mówić. Dziecko gaworzy, niby nie rozumie, ale słucha i się uczy. Wiadomo, że to głównie kobiety rozmawiają z niemowlętami. - Ciekawe. Nie wiedziałem - mówi speszony.

I zaczęła się poważna rozmowa. O tym, jak wiele zależy od liczby słów, jakie słyszy dziecko, o badaniach pokazujących, że dzieci, do których się dużo mówi, mają lepszy start. Radzą sobie lepiej. Dlatego, proszę państwa, my, kobiety, nie zamilkniemy. Nigdy!

Twój STYL 3/2019

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje