Przejdź na stronę główną Interia.pl

Klocki na podłodze

Zasnął dzisiaj w południe, siedząc w piaskownicy na placu zabaw. Na dodatek trzymając w dłoni tekturowy kubek z podwójnym espresso, które miało go „przywrócić do życia”.

Wywołał tym mały skandal, ponieważ oblał kawą dwójkę dzieci, które bawiły się w pobliżu. Na szczęście przez ostatnie tygodnie zdążył „zaprzyjaźnić się” z matkami tych dzieci, więc oprócz nienawistnych spojrzeń, przesadzonych lamentów i kilku złośliwych uwag „o zupełnym braku odpowiedzialności” tak naprawdę uszło mu to na sucho. Marlena ząbkuje, więc niewiele ostatnio sypia. Normalnym dzieciom – jak wyczytał w poradnikach – wyrastają pierwsze zęby przed ukończeniem dwunastego miesiąca życia. Ich Marlena zdaje się nie podlegać żadnym statystykom. Zaczęła ząbkować w trzynastym miesiącu. Akurat na jego „zmianie”. Nie pomagają ani herbatki z melisy podawane wieczorem, ani przemywanie jej dziąseł naparem z rumianku.

Reklama

Czasami, gdy ma szczęście, uda mu się przedrzemać dwie godziny. Około szóstej rano jest już w kuchni i podgrzewa butelkę z kaszką dla Marleny. Płacz z głodu jest inny niż płacz od ząbkowania. Potrafi już to rozróżnić. Ten z głodu jest cichszy, mniej niecierpliwy i nie budzi jego żony. Budzi najpierw jego, co oszczędza mu porannej kłótni. Od siódmej trzydzieści, gdy jego żona wychodzi do pracy, do około osiemnastej zostają sami z Marleną. Butelki, kaszki, pieluchy, spacery, rozbieranie, ubieranie, przebieranie, bo za zimno, bo za ciepło, bo wietrznie, bo bezwietrznie. Do tego zupki, przeciery, klocki, plac zabaw, książeczki i znowu pieluchy.

Ostatnio już tego nie wytrzymuje. Absolutnie ostry dyżur przez cały dzień, a potem jeszcze pretensje żony, że „nawet nie pofatygował się opróżnić zmywarki i że worek z pieluchami także niewyniesiony”. Nie pamięta, kiedy ostatnio rozmawiali ze sobą przyjaźnie – o sobie, nie o Marlenie – bez pretensji, wyrzutów i żalów. Pomijając także to, że od dwóch miesięcy nie sypiają ze sobą. Od dwóch miesięcy wszystko jest inaczej. A miało być tak pięknie. Gdy urodziła się Marlena, umówili się z żoną, że po dwunastu miesiącach ona wróci do pracy, a on weźmie należny mu „od rządu” dwumiesięczny urlop i da Marlenie to, czego jego ojciec nigdy mu nie dał.

Teraz kończą się te dwa miesiące, a on czeka na powrót do biura, tak jak niektórzy ludzie czekają na swój wymarzony urlop na Seszelach.

Ma dość. Chce koniecznie do biura. Chce do swojego szefa, którego nienawidzi, chce do pisania dokumentacji, których nikt nie czyta, chce do przerw na lunch, gdy zabiera książkę, kupuje kanapkę w imbisie u Turka i spokojnie czyta na ławce w parku. Chce do swojego życia z dnia ostatniego p.n.M., czyli „przed naszą Marleną”. Czas n.M., czyli czas po narodzinach Marleny, jest jak era, do której zupełnie nie pasuje. Nigdy nie czuł się tak osamotniony jak w trakcie tych dwóch miesięcy. Jest godzinami sam z dzieckiem, które oprócz swojej obecności i kilku uśmiechów szczęścia na dzień nic mu nie daje. Tylko jest i ciągle czegoś chce.

Uwielbia te uśmiechy szczęścia, kocha swoją córkę ponad wszystko, bardzo jej pragnął, oboje z żoną jej chcieli, ale on wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, co to znaczy mieć dziecko. Czy to wina brakującego genu w DNA mężczyzn? Jeśli go brakuje, a ewolucja trwa tak długo, to pewnie jest zbędny? A może to nie wina ewolucji, tylko wzorca jego rodziny i zachowania jego ojca? Jeśli tak, to dlaczego Berthold, który ma zupełnie inny wzorzec, pięćdziesiąt cztery lata i który tak jak on „nieświadomie wplątał się w ten bezsensowny eksperyment z dwumiesięcznym urlopem dla ojców”, myśli dokładnie tak samo? „Takie coś mogły wymyślić tylko mściwe kobiety, impotenci lub bezpłodni koledzy w tym rządzie”, cytując słowa Bertholda powołującego się na doświadczenia swego ojca.

Ojciec Bertholda nigdy nie pracował. Odziedziczył po swoim ojcu fortunę w postaci kilkunastu kamienic w Berlinie i Frankfurcie, więc nie musiał prawie nic robić, aby zarabiać. Mimo to „wychowanie dziecka” zostawiał żonie. „Tylko kobiety mogą to wytrzymać bez uszkodzeń na umyśle, duszy i honorze”. Tak twierdził ojciec Bertholda, który chyba wiedział, co mówi, bowiem spłodził ośmioro dzieci z jedną żoną – co podkreśla za każdym razem – którą „szanuje, podziwia i z odpowiedzialnością i bez opóźnień finansuje”. Kiedyś Berthold traktował to jako wyświechtaną, powtarzaną do znudzenia przy wigilijnej kolacji anegdotę aroganckiego macho, ale dzisiaj się z ojcem „w całej rozciągłości i z całą masą przekonujących doświadczeń ostatnich niezapomnianych sześćdziesięciu dni zgadza”.

A może mężczyźni, z ciągle jeszcze niewyjaśnionych naukowo przyczyn, są zbyt wartościowi, aby poświęcać swój czas wszystkim tym zajęciom przy dziecku? Czynnościom, których nikt nie zauważa i nikt nie docenia? Oczywiście oprócz dziecka, które – gdy te czynności nie są na czas wykonywane – domaga się ich na całe gardło? Jaka w końcu jest wartość w obmyciu, wysuszeniu i zapudrowaniu zaczerwienionych pośladków Marleny? Oprócz tego niezwykłego wyrazu wdzięczności w jej oczach.

Za dwa tygodnie wróci do biura. Jest prawie pewien, że jego żona i Marlena czekają na ten dzień tak samo niecierpliwie jak on. Marlena nie potrafi tylko tego jeszcze powiedzieć. Czasami myśli, że chyba jednak nie będzie chodził do parku w czasie przerwy na lunch. Pojedzie do domu. Przytuli ją, rozrzuci klocki na podłodze i gdy zbiorą wszystkie, a ona będzie się uśmiechać i ściskać małą rączką jego dłoń, on będzie jej szeptał do ucha, jak bardzo ją kocha…

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje