Przejdź na stronę główną Interia.pl

Botoks. Historia trucizny

To nie kobieta, ale mężczyzna jako pierwszy „zrobił sobie botoks”. A wszystko zaczęło się od badań nie w celach medycznych, lecz militarnych.

W latach 1895-1896 belgijski bakteriolog Emile Pierre van Ermenghen, uczeń noblisty Roberta Kocha, odkrył (i nazwał) beztlenową bakterię Clostridium botulinum odpowiedzialną za tworzenie bardzo niebezpiecznej toksyny prowadzącej do zatruć u ludzi spożywających nieodpowiednio konserwowaną żywność, głównie kiełbasę.

Reklama

Musiało minąć prawie pięćdziesiąt lat, zanim amerykański mikrobiolog Edward Schantz z hodowli bakterii wyizolował toksynę botulinową. Swoje prace prowadził nie w celach medycznych, lecz militarnych. Jad kiełbasiany to niezwykle silna trucizna. Jeden jej gram mógł zabić setki tysięcy ludzi. W latach czterdziestych XX wieku prace nad wykorzystaniem go jako broni biologicznej prowadzono równolegle w Niemczech, USA i w Związku Radzieckim. Do wprowadzenia botuliny do arsenału na szczęście jednak nie doszło.

Dopiero w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku zrozumiano i opisano molekularny mechanizm jej działania. Toksyna botulinowa hamuje wydzielanie neuroprzekaźnika (acetylocholiny) w obrębie połączeń nerwowo-mięśniowych, czego natychmiastowym rezultatem jest rozkurcz i rozluźnienie mięśni. W 1973 roku amerykański lekarz Alan B. Scott zaczął stosować botulinę w leczeniu zeza, porażeń nerwów twarzy oraz... przy nietrzymaniu moczu.

W 1987 roku kanadyjska okulistka z Vancouver Jean Carruthers przez przypadek odkryła, że efektem ubocznym leczenia skurczu powiek było znaczne zredukowanie zmarszczek wokół oczu pacjenta. Tak więc to nie kobieta, ale mężczyzna jako pierwszy "zrobił sobie botoks".

I tak pewna trucizna trafiła do gabinetów oraz klinik kosmetycznych na świecie. W Polsce pojawiła się w medycynie estetycznej w 1996 roku. Nikt dokładnie nie wie, kto w amerykańskiej firmie Allergan, która jako pierwsza pod koniec lat osiemdziesiątych zaczęła masowo produkować kosmetyczne preparaty botulinowe, przemianował tę substancję na chwytliwie brzmiący "Botox" - ta nazwa do dzisiaj jest prawnie chronionym znakiem handlowym.

Wiadomo, że słowo "botoks" stało się synonimem nowego podejścia do starzenia się. Początkowo ograniczone do wąskiej grupy show-biznesu, rozprzestrzeniło się tak masowo, że obecnie dla niektórych kobiet wstrzyknięcie sobie botoksu jest tak samo oczywiste jak zrobienie sobie manikiuru, a na dodatek zajmuje o wiele mniej czasu.

W samych tylko Niemczech w 2016 roku wykonano ponad pięć milionów zabiegów kosmetycznych obejmujących iniekcje botoksu, co stanowi około 40 proc. wszystkich zabiegów razem wziętych. Pomimo to stosowanie botoksu i cały trend tzw. anti-ageing ciągle budzi kontrowersje. Ortodoksyjne przeciwniczki botoksu & Co. zarzucają kobietom, które go stosują, przede wszystkim chorobliwą próżność oraz zaburzoną osobowość.

Dr Ada Borkenhagen, psychoterapeutka i psycholożka z uniwersytetu w Lipsku od lat zajmująca się tą tematyką, nie zgadza się z takimi twierdzeniami. Wśród losowo wybranych 145 kobiet, które poddały się zabiegom wstrzykiwania botoksu, żadna nie przejawiała cech wskazujących na zachowania narcystyczne lub zaburzenia osobowości. Borkenhagen w wywiadach porównuje wygładzanie zmarszczek za pomocą botoksu do farbowania włosów.

Na początku pierwsze objawy siwizny nie przeszkadzają, potem następuje moment, kiedy kobieta decyduje się na ich farbowanie, aby po pewnym czasie zauważyć, że cała ta procedura jest dla niej zbyt czasochłonna - wtedy przestaje je farbować i akceptuje swoją siwiznę.

Temat ten jest też gorąco dyskutowany w środowiskach feministycznych. Twierdzi się tam, że "szprycujące" się kobiety ulegają szantażowi minionego stereotypu, i radzi się im, aby zapomniały o pytaniu "czy on mnie chce?", a skupiły się na o wiele ważniejszym: "co ja chcę?". To podejście jest piękne, choć idealistyczne - twierdzi Borkenhagen - i nigdy nie będzie skuteczne.

Ewolucyjnego atawizmu mężczyzn nie pokonają żadne feministyczne hasła. Nawet jeśli kobiety przez długie stulecia zdobywały władzę i pozycję tylko dzięki swojemu wyglądowi, a teraz mają inne możliwości, nie oznacza to, że przestał się on liczyć.

Zresztą najbardziej sfeminizowani mężczyźni preferują atrakcyjniejsze kobiety - podkreśla Borkenhagen. A starzejące się traktują, jakby były niewidzialne. Można się na to godzić, ale można też - dzięki rozsądnie stosowanej kosmetyce estetycznej - wciąż brać udział w odwiecznej grze.

Reklama

Reklama