Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zachód słońca

Chciałabym cokolwiek robić regularnie, ale po pierwsze mi nie wychodzi, a po drugie nie wiem, co by to miało być.

W podstawówce regularnie pakowałam przed snem tornister, by rano po omacku niczego nie zapomnieć. To jedyna, jak na razie, czynność, którą naprawdę latami wykonywałam regularnie. Menstruacja wszak się nie liczy, gdyż ona nam się wykonuje, a nie my ją. Przez osiem lat sprawdzałam plan lekcji, ładowałam zeszyty, książki, cyrkle, linijki i inne koszmarne przyrządy do licznych przegródek skajowego tornistra z odblaskami. Wraz z modą na Jarocin i festiwal tornistry zostały wyparte przez plecaki. Wielbiciele Edwarda Stachury nosili skórzane torby listonoszki. Wtedy nie wymyślono ekologii i noszenie na ramieniu trupa z cielątka uważano za bardzo męskie. Były to czasy po stanie wojennym. Regularnie na agrafce przeczepiałam sobie szkolną tarczę z puchówki na kożuszek, z kożuszka na bluzę i tak w koło Macieju. Bez tarczy uczeń mógł zapomnieć, w jakiej szkole ustawiają go pod linijkę, a milicjant nie wiedział, dokąd mnie odsyłać z wagarów.

Reklama

Ale do czego ja właściwie prę z tą regularnością? Wizyta wuja Maćka ze Szwecji i rozmowa o szwedzkich wakacjach przypomniała mi początkowe sceny filmu Ofiarowanie Andrieja Tarkowskiego. Teraz panuje taki rusofilizm, że nie muszę Państwu szczegółowo przypominać. Tylko tak pobieżnie. Leci to tak, że pięćdziesięcioletni gadatliwy mądraliński spaceruje wśród bajecznie pustej wyspy na odludziu i swymi filozoficznymi tyradami zamęcza kogo popadnie. Raz popadnie na wnuka, raz na byłą żonę, raz na listonosza, który pewnie coś symbolizuje (posłaniec z zaświatów?), choć listonosz o tym nie wie, ale my wiemy, bo to Tarkowski. Cudowny nastrój, ujęcia dłuższe niż mur berliński. Zapamiętałam fragment, w którym bohater formułuje mniej więcej taką myśl: świat byłby na pewno lepszy, gdyby codziennie każdy z nas wykonywał regularnie jakąś prostą czynność, nawet jeśli ta czynność byłaby nieefektywna. Choćby pisanie patykiem po nadmorskiej plaży. Piękny koncept, bo taki na przekór. Na przekór pragmatyzmowi.

Regularnie napełniamy wiadro ze studni, by mieć wodę. Regularnie wymieniamy opony, by nie mieć wypadku. Regularnie jeździmy do pracy, aby mieć na rachunki. Jaką czynność Państwo by sobie wymyślili? Coś, co by się nie znudziło, a nawet z czasem może nasiąkłoby sensem. Ale coś oryginalnego, a nie np. jogę, którą ktoś wymyślił, a my powielamy ten streczing kręgosłupa, napełniając go znaczeniem. Rytuały, które lubię obserwować, to rozgrzewka przed meczem tenisowym i strojenie instrumentów przed koncertem. Z fizjologicznego punktu widzenia rozgrzewka ta jest niepotrzebna, zawodnicy wchodząc na kort, są dawno rozgrzani, a nawet spoceni. Znają kort jak własną kieszeń. Nie chodzi o to. Chodzi o takie ostatnie chwile na ocenienie sytuacji, zebranie myśli, skupienie się na danej chwili. Stadion wycisza się. Ostatnie szeleszczenie kanapką, wyłączenie telefonu, szepty kochanków, ostatnie znaki trenerów do wychowanków. Jednak codzienna gimnastyka w życiu powszednim to koncept, na który brak mi chęci. Dzień to nie mecz, życie to nie starcie z przeciwnikiem – nie chcę tak myśleć. Na instrumencie nie gram. Rytuały gastronomiczne? Codzienne jedzenie jabłka, albo picie takiego samego drinka? Odgłos kostek lodu, wyjmowanie z barku tej samej szklanki. Banalne. Uzależniające.

Poza tym w jedzeniu najbardziej cenię niespodziankę. Prawie nigdy nie gotuję tych samych potraw, szukam przepisów, włóczę się po domach i knajpkach. Niedawno przeglądałam piękne zdjęcia Warszawy. Na jednym z nich fragment architektury na tle morelowego nieba. Właśnie, dlaczego we własnym mieście regularnie nie zachwycam się zachodami słońca? Przypomniały mi się wspomnienia Susanny Heschel, córki rabina Abrahama Joshuy Heschela, która we wstępie do słynnej książki ojca Szabat pisze o tym, jak co wieczór w piątek po zapaleniu świec w jadalni wraz z rodziną przechodzili do salonu, którego okna wychodziły na rzekę Hudson, i wspólnie zachwycali się nadchodzącym zachodem słońca. Fantastyczne! Dobry pomysł, ale nie dla mnie. Sens szabatu to nie polecany dziś namiętnie przez sprzedawców holizmu sposób na wyciszenie i oczyszczenie, sprytny „bajer” rabinów na zdrowie psychiczne, to nie sposób na pielęgnację rodziny.

To błogosławienie ziół, modlitwa, to dopełnienie budowania cywilizacji. Na rytuał religijny nie jestem gotowa, czy byłoby to śpiewanie wed, czy nieużywanie pieniędzy w szabat – wszystko jedno, byłoby to niekompletne, bo nie stanowiłoby części systemu. To może chociaż rytuał cielesny? Obserwuję kobiety w klubie, które wcieranie wszelkich wynalazków we włosy i ciało mają opanowane niczym rytuał. Na to szkoda mi czasu. A może seksualny? W każdy wieczór z pełnią smarujemy się olejkiem Jacek i Agatka i uprawiamy seks tantryczny. To by się mogło stać obowiązkiem, a wtedy słaba radocha. Może regularne karmienie zwierząt? Ale czy to nie postarza? Jak na razie to regularnie spłacam kredyt, nic poza tym. Proszę o przepis na mądry i łatwy w obsłudze, niedrogi, niegroźny dla bliźnich rytuał.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje