Przejdź na stronę główną Interia.pl

Halo, tu ptasie radio

W sprawach sercowych, bez wyjątku, to ja chwytam za słuchawkę. Szkoda mi czasu. Dzwonię pierwsza, bo kojące powiedzonko „Każda potwora znajdzie swojego amatora” mnie nie przekonało. Amator mógłby mnie nie zauważyć.

Kto do kogo zadzwoni? Czy ja mam do niego zadzwonić pierwsza, czy poczekać, aż on do mnie zadzwoni? Nie wiem, ile zdążyło przetoczyć się przez Polskę fal feminizmu – to pytanie dla specjalistów dżendersów i dżenderek w typie Susan Pinker. Jednak wiem, że wciąż nieliczne dziewczęta krępują się pierwsze zadzwonić do mężczyzny, który spodobał im się już nie tylko na pierwszy, ale i drugi rzut oka.

Reklama

Wykonanie tego pierwszego telefonu było do niedawna wyczynem m.in. dlatego, że gdzieś tam w podświadomości wielu, nawet niegrzecznych laseczek, drzemało przekonanie, że polować, ubiegać się o względy, prosić o rękę czy na rozgrzewkę o ściągnięcie majteczek – te zadania należały do chłopaka. Przyjęło się myśleć, że nasz wymarzony pan to ten sam facet, który zanim 150 tysięcy lat temu zaczął używać łuku, całymi dniami potrafił boso po tonącej w upale sawannie biec za upatrzoną smakowitą antylopką. By dopaść ją, udusić gołymi rękami i spałaszować na surowo. „Ja dzwoniłem zawsze pierwszy”, zwierza mi się stary kumpel z liceum. Stary, bo po trzydziestce. A dziś po trzydziestce wielu z nas to ma przebieg jak dawniej koledzy po czterdziestce.

Robota wszak już na studiach drąży. „Taki wyrywny byłem. Ale ostatnio, powiem ci, że jakiś nieśmiały się zrobiłem. Tyle czasu w pracy spędzam tu w tej norze (mówi tak o swym biurze), że zdziczałem towarzysko. Nie mam czasu ani sił udzielać się”. Kumpel zadumał się, poluzował rolki (byliśmy akurat na rolkach w parku). Dziś ten łowca sprzed 150 tysięcy lat jakiś taki grubszy jest. Mniej prężny. Z platfusem w bucie. Zdarza się, że i z prozakiem, a nie z kwiatem w butonierce. „A powinienem zacząć dzwonić, bo wiesz, czuję, że chętnie ustatkowałbym się”, wypalił kumpel prostodusznie. „Rodzinkę bym miał, tobym się na pracy mógł bardziej skupić”. Ciekawy powód, by mieć rodzinę, ale tego już nie komentowałam. Jedni pracują po to, aby skupić się na rodzinie, a kolega, jak widać – na odwrót. Ja też jestem takim wyrywnym kumplem.

W sprawach sercowych chyba zawsze, bez wyjątku, to ja chwytam za słuchawkę. Po prostu szkoda mi czasu. Tylu mężczyzn, tak mało czasu. Buddyści uspokajają, że jesteśmy częścią kosmosu i może w następnym wcieleniu ubawię się jako tasiemiec, ameba bądź wściekła krowa, ale kawa nie wyklucza herbaty. Dzwonię pierwsza, gdyż jakoś nigdy nie kusiło mnie odgrywanie ról podsuwanych nam przez społeczne układy, trendy feministyczne czy teorie ewolucjonistów. Kojące powiedzonko „Każda potwora znajdzie swojego amatora” nie przekonało mnie. Amator mógł mnie nawet nie zauważyć. Amator może być jak Australijczyk, zanim spróbował szczepu shiraz – nie znał, więc nie konsumował, a jak poznał, to się zachwycił i pije do dziś.

Miło wspominam pierwsze flirty telefoniczne, które odbywały się w czasach, gdy w słuchawce informowano nas, że jest to „rozmowa kontrolowana”. Może dlatego niektórzy z nas polubili trójkąty? Zamykałam się w pokoju, żeby ojciec nie podsłuchiwał. Gdy piętnastoletni amator oddzwaniał i trafiał na mojego tatę, to tata odwieszał słuchawkę, mówiąc: „Radzę panu zadzwonić ponownie i się przedstawić”. W domu mieliśmy wściekle pomarańczowy aparat telefoniczny z tarczą obrotową i ze sznurem, który zawijał się w supły tak, że nie starczało ramion, aby go rozsupłać. Z sentymentu trzymamy ten aparat z tarczą nadal.

Ojciec wspomina, że w czasach narzeczeństwa dzwonił do ukochanej i witał ją słowami: „Halo, tu ptasie radio”. Poetycki adorator. Temat licytacji telefonicznej dopadł mnie ostatnio, gdy kolejny raz w tym roku tłumaczyłam pewnej studentce, dlaczego nie zarejestrowałam się na Facebooku. Dziewczę nie dawało za wygraną. „A ja uważam, że to nie pożera czasu, tylko go oszczędza. Jest taki jeden Paweł u mnie na roku, no nie? Co ja będę od razu z nim gadać, najpierw sobie go wygugluję na Facebooku i sprawdzę, co za jeden, bo on może z getta jest albo co?”. Rozmowa odbywała się w Warszawie. Mezalians trzyma się mocno, a drabina społeczna coraz bardziej długa i stroma się robi. Obciach spędzać czas z chłopcem biednym albo może jeszcze z narkomańskiej rodziny. Taki to do Starbucksa nie zaprosi, z zajęć na vespie nie odbierze, na desce nie jeździ.

Czy w erze Facebooka pierwszy telefon przestał być wyzwaniem? Lęk przed pierwszym telefonem wynika nie tylko z nieśmiałości, ale jest też strachem przed nieznanym. Kim jest mężczyzna czy kobieta, którą chcemy poznać? Czy jest molicą książkową, czy słucha tylko klasyki, a ja nie odróżniam adagio od allegro? Teraz, gdy eksponujemy informacje o swoim życiu, gustach i hobby, pierwszy telefon nie powinien stanowić żadnego problemu. W zasadzie może w ogóle jest niepotrzebny?

Mój najbliższy przyjaciel ma 74 lata. Pytam go, jak było w latach 50. zeszłego stulecia. „Gdy byłem kawalerem, to było nie do pomyślenia, by dziewczyna pierwsza do mnie zadzwoniła. To był problem, jeśli i ona, i on byli nieśmiali. Dziś jest tyle agresywnych kobiet, że to też problem. Wielu chłopców się boi, gdy dziewczyna naciska i ciągnie szybko do łóżka albo do ołtarza. Mężczyzna musi sam do tego dojrzeć”. Tylko że panie niecierpliwe się zrobiły. Twierdzą, że panowie nigdy nie dojrzewają, w którymś zaś momencie stan singielski może przepoczwarzyć się w stan starosingielski.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje