Przejdź na stronę główną Interia.pl

Włoskie wesele

Kilka lat temu, gdy przedstawiałam reguły, jakich należałoby przestrzegać, organizując przyjęcie weselne, napisałam: "Ślub to ważna uroczystość, która łączy dwie osoby węzłem małżeńskim, i to w założeniu raz na zawsze, nie ma więc charakteru powtarzalnego (jak imieniny, urodziny czy inne rocznice), ale ma znaczenie szczególne, bardzo intymne a zarazem społeczne".

 Skoncentrowałam się wtedy  na organizacji ceremonii, radziłam, by w odniesieniu do jedzenia kierować się zasadą prostoty, używać produktów sezonowych.

Reklama

Niełatwo zdefiniować prostotę. I co zrobić, jeżeli sezonowe warzywa i owoce okazują się mało interesujące? Pomóc może dodatkowy składnik. Nieraz oryginalny drobiazg wystarczy, aby na przykład  ze zwykłej zupy przyrządzić coś odświętnego. Zjadłam kiedyś pyszny czerwony barszcz z dodatkiem koziego twarogu, genialną zupę krem z ziemniaków i białych warzyw z paroma kroplami  oliwy truflowej, krem z białych szparagów z czubkami szparagów zielonych i kruszonką  z solonej szynki.

W ostatnich latach zorganizowałam jedno wesele - naszej najstarszej córki - a na wielu innych byłam gościem. Zauważyłam, że podczas obiadu (przynajmniej  we Włoszech) najpierw  podaje się gościom serię przystawek do jedzenia na stojąco (kanapeczki różnego rodzaju, cienkie plasterki prosciutto crudo, świeżutkie małe mozzarelle di bufala itd.), a następnie siada się do posiłku złożonego maksymalnie z trzech dań, aby nie przedłużać pobytu przy stole.

We Włoszech zaczynamy od makaronu lub risotta i można sobie pozwolić na dowolne, pyszne kombinacje. Zwykle wolimy makaron jajeczny, (tagliatelle lub jeszcze lepiej taglierini, bo jest cieńszy) albo makaron nadziewany (ravioli, tortelli itd.). Sosy mogą być mięsne, rybne lub warzywne.

Jadłam kiedyś wspaniałe dania - koronę grillowanych plastrów bakłażanów, która miała w środku gniazdo taglierini z sosem pesto czy świeże ravioli nadziewane ricottą i szpinakiem z gęstym ragoût z kaczki albo pyszne risotto ze szparagami lub grzybami.

Ostrożnie natomiast z sosami z owoców morza. Sama przekonałam się ostatnio, że to nie zawsze dobry pomysł. 

Na obiad z okazji 60. rocznicy ślubu moich rodziców serwowano letnią toskańską zupę chlebową na bazie pomidorów z dodatkiem muli i skorupiaków, dobrą, ale kilka osób niestety nie mogło jej spróbować z powodu alergii.

Danie główne jest zawsze problemem. Ryba na weselu rzadko bywa podawana i zazwyczaj jest to kawałek łososia, na którego nie mogę już patrzeć.

W Polsce na stole króluje wieprzowina (polędwiczki lub schab) albo nieśmiertelna polędwica wołowa, zawsze przesmażona, szara i nieapetyczna. Rzadko pojawia się dobrze zrobiony rostbef czy antrykot albo cielęcina, a jagnięcina to pieśń przyszłości. 

Jest drób bez fantazji, raczej kaczki lub indyki, trzymane w piecu zbyt długo, brakuje dziczyzny tak przecież mocno obecnej w polskiej tradycji historycznej. Problemem nie jest dostępność mięsa, bo można kupić już wszystko, w tym sezonowaną wołowinę, polską lub importowaną, tylko nawyki kucharzy i konsumentów. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego Polacy tak lubią surowego tatara, a nie mogą się przekonać do krwistej pieczeni wołowej.

We Włoszech na co drugim weselu serwują górkę cielęcą przygotowywaną na różne sposoby albo gran pezzo, czyli cały antrykot wołowy z kością, pieczony w piecu i potem krojony na cieniutkie, rozkosznie różowe plastry.

Generalnie rzecz biorąc, odnoszę wrażenie, że czasami spece od weselnego kateringu proponują tylko takie dania, które można przygotować wcześniej, a potem jedynie na miejscu odgrzać. Oczywiście dotyczy to sytuacji, gdy wesele odbywa się poza restauracją.

Nie wiem, czy to lenistwo, nadmiar ostrożności, czy może brak sprzętu, który pozwoliłby na obróbkę cieplną mięsa podczas wesela. Niektórzy, chwała Bogu, potrafią wyrwać się z zaklętego kręgu rutyny i zaproponować coś oryginalnego.

Ostatnio na zimowym weselu we Florencji jadłam wspaniały boeuf à la cuillère - bardzo długo duszoną wołowinę z marchewką i cebulą  z dodatkiem wina, w tym wypadku marsali, potrawę można było jeść łyżką, rozpływała się w ustach.

Drugim dobrym doświadczeniem była wspaniale soczysta pierś perliczki podana z owocami granatu, pięknie kontrastującymi na białym tle purée z pasternaku. Biel i czerwień to nasze kolory heraldyczne: polskie i florenckie.

Doskonałym włoskim zwyczajem jest podawanie po posiłku zamiast deseru - niedługo przecież będzie wspaniały tort - sorbetu lub granity z cytryny czy innych cytrusów z miętą, najczęściej w ogóle nie słodką, która służy do odświeżenia ust i przełyku po kolacji oraz pozwala odzyskać siły osłabione nadmierną konsumpcją.

Z pewnością włoskie posiłki weselne są mniej obfite od polskich i nie spotkałam we Włoszech polskiego zwyczaju, skądinąd bardzo sympatycznego,  tak zwanych poprawin.

Oczywiście po kolacji, jeżeli przewidziane są tańce, to koło północy pojawia się jeszcze coś do zjedzenia, nad Wisłą barszczyk i bigos, a nad Padem, Arno i Tybrem talerz makaronu czy świeżo upieczony kawałek pizzy, podlane oczywiście winem.

Torty weselne to osobny temat: we Włoszech najczęściej serwowane jest millefoglie: cieniutkie, chrupiące warstwy ciasta francuskiego przełożone lekkim kremem posypanym cukrem pudrem i udekorowane owocami i kwiatami. To wszystko kosztuje i w Polsce, i we Włoszech. Nieraz rodzice biorą większy kredyt na wesele niż nowożeńcy na zakup własnego mieszkania. Żeby jeszcze te małżeństwa chciały trwać dłużej...

Tessa Capponi-Borawska  historyczka, znawczyni  włoskiej kultury i kuchni

Twój STYL 7/2018

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje