Reklama

Reklama

Ulubione mielone

Koniec roku skłania do spojrzenia wstecz. Staram się uświadomić sobie, co nowego wydarzyło się w moim gastronomicznym życiu. I zdaję sobie sprawę, że obok rzeczy nowych pojawiły się także te już prawie zapomniane.

 Kiedy zrobiło się chłodno, wróciło do mnie pewne danie, które przyrządzałam onegdaj: schab pieczony w mleku. We Włoszech jest to metoda często stosowana zarówno do przygotowywania wieprzowiny czy cielęciny, jak i drobiu. Dzięki niej mięso nigdy nie jest suche!

Reklama

Potrzebujemy sporego kawałka schabu środkowego, najlepiej z polędwiczką, niezbyt chudego. Wszelkie obrastające go tłuszczyki są mile widziane. Nacieramy mięso grubą solą oraz pieprzem i zostawiamy, a w tym czasie czyścimy marchew, pietruszkę, dwie gałązki selera naciowego, pęczek natki (listki i gałązki), por, dwie cebule i tyleż ząbków czosnku. Możemy to wszystko posiekać ręcznie, choć szybciej i wygodniej będzie wrzucić do malaksera i rozdrobnić. Ale bez przesady, sos i tak będzie blendowany.

Teraz w dużym naczyniu, które pomieści wszystkie składniki, obsmażamy na oliwie posiekane jarzyny, aż dobrze zbrązowieją, potem dodajemy jeszcze trochę oliwy i pomiędzy warzywa wkładamy mięso. Dobrze rumienimy ze wszystkich stron, nie przejmując się tym, że część cebuli może się przypalić. Goryczka ze spalenizny znakomicie wkomponuje się w ostateczny smak dania.

Kiedy mięso jest gotowe, wlewamy mleko do trzech czwartych wysokości schabu. Mieszamy, skrobiąc dno drewnianą szpatułką, żeby to, co przywarło, przeszło do sosu, i zostawiamy przykryty garnek na małym gazie na półtorej godziny. Można zrobić to też w piekarniku, byle niezbyt gorącym.

Gdy schab jest już miękki, trzeba zostawić go w garnku do ostygnięcia, potem wyjąć, cieniutko pokroić i włożyć z powrotem do sosu. Ten robimy w międzyczasie, miksując wywar na gładko (mleko zwarzy się podczas pieczenia, ale nie szkodzi). Przed podaniem wystarczy podgrzać, by nakarmić rodzinę.

Wróćmy na chwilę do lata. Tego roku mieliśmy piękne, nieraz nawet nieznośnie gorące, więc trzeba było chłodzić się na potęgę. Właśnie w tym celu mój mąż wymyślił deser banalnie prosty, ale skuteczny w obniżaniu temperatury ciała. Kupujemy arbuza oraz puszkę owoców liczi w syropie. Jedno i drugie wstawiamy do lodówki. Na godzinę lub dwie przed podaniem deseru kroimy arbuza w kostkę, liczi wyjmujemy z syropu, mieszamy oba składniki, skrapiamy sokiem z cytryny i wkładamy znowu do lodówki.

Dwa słodkie owoce razem stworzą raczej mdłą całość, okazuje się jednak, że arbuz i liczi pożenione kroplami cytryny smakują wybornie.

Równie egzotyczny jak liczi jest czarny ryż, który bardzo przypadł mi do gustu zarówno w klasycznej formie dodatku do dań mięsnych czy rybnych, jak i wspaniała baza do sałatek.

Została mi kiedyś z poprzedniego dnia spora miska takiego ryżu. Znalazłam w lodówce kawałek wędzonego na ciepło łososia i zapomniany słoiczek krewetek w zalewie, więc pokroiłam je i pomieszałam z ryżem. Dodałam posiekaną dymkę, czarne oliwki i kiszoną cytrynę pokrojoną w kostkę. Ten ostatni składnik niejako ustawia smak całości (kupuję na zapas w sklepach z egzotyczną żywnością, arabskimi czy tureckimi specjałami).

Jednak dodatki mogą być różne: sardele, jajka przepiórcze, kapary, korniszony, tuńczyk, czerwona cebula, żółta papryka, zielone oliwki, szynka, ogórek kiszony, kukurydza z puszki. Na końcu dodajemy oliwę z cytryną, ewentualnie pełnoziarnistą musztardę i świeżą zieleninę: kolendrę, natkę pietruszki albo koperek. Mój hit roku.

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje