Przejdź na stronę główną Interia.pl

Najchętniej jem w domu

Niedawno skończyłam 60 lat i uznałam, że przyszedł czas uporządkować wspomnienia, także te kulinarne.

 Podobno w dzieciństwie byłam niejadkiem. Dla mnie wczesne lata są wypełnione aromatami i smakami toskańskiej wsi. Pamiętam intensywny zapach świeżych ziół, kwaskowatą słodycz pomidorów, pikantną świeżo tłoczoną oliwę z oliwek, odurzający aromat dojrzewającego w beczkach czerwonego wina.

Reklama

Młodość spędziłam, znając lokalne produkty, bez awokado, kiwi czy brokuła. Te ostatnie jadłam pierwszy raz na początku lat 80. 

Lubię proste smaki i mało skomplikowane przepisy. Kiedyś było inaczej. Bawiło mnie eksperymentowanie, dosmaczanie, dążenie do ciągle nowych efektów. Chciałam wypróbować różne warianty. 

Noszę w sercu dwa doświadczenia z młodości, które stają się coraz ważniejsze. W 1983 roku jechałam samochodem z moją matką do Paryża i gdzieś między Grenoble a Dijon zatrzymałyśmy się na noc i kolację w przytulnej oberży. 

Zamówiłam nerkę cielęcą, która wkrótce pojawiła się przede mną "jak ją Pan Bóg stworzył". Na pustym talerzu leżała cała nerka, usmażona na maśle, bardzo gorąca, ale w środku idealnie miękka i różowa. Obok nóż, widelec, sól i pieprz. Nie było "garni", żadnych dodatków, sosów, sałatek, niczego, co mogłoby odwrócić uwagę od mięsa i wpłynąć na jego smak. Kwintesencja prostoty!

Kilka lat wcześniej, jeszcze w połowie lat 70., byłam w Sabaudii - to miasto nad brzegiem morza pomiędzy Rzymem a Neapolem, którego nie należy mylić z krainą we wschodniej Francji, na pograniczu północno-zachodnich Włoch. Tam zaserwowano mi mozzarella con pomodoro - najpopularniejsze włoskie danie na świecie! Prawie każdy z nas jadł sałatkę caprese, wystarczy zamknąć oczy, by zobaczyć białe krążki sera przełożone plastrami pomidora i posypane listkami bazylii. Jeszcze kilka kropli oliwy, może szczypta soli i... jesteśmy w raju.

Otóż nie wiecie, co to raj; ja dostałam na talerzu całą kulkę mozzarelli i całego pomidora. Mozzarella była cudownie miękka, świeża i mleczna, a pomidor czerwonozielony, gorący od słońca, pełen aromatu, słodyczy i charakteru. Bez soli, pieprzu, oliwy.

Kiedyś wyjście do restauracji było niebywałym świętem. Pamiętam swoje pierwsze, mogłam mieć 4-5 lat. Dziadek Ferrante zaprosił moją matkę i mnie  na obiad do słynnej wtedy Il Pescatore w Rzymie. Do dziś czuję wspaniały smak spaghetti ze zwykłym sosem pomidorowym oraz ostry i palący impepata di cozze, czyli muli ze świeżo mielonym pieprzem zamówionych przez dziadka.

Jeśli chodzi o współczesność, unikam restauracji, które serwują małe porcje na dużym talerzu, ale za krocie. Szukam miejsc, gdzie podają prawdziwe, smaczne, lokalne i sezonowe jedzenie. Do niektórych restauracji chodzę na konkretne danie, które od lat przygotowuje się w ten sam sposób i zawsze jest pyszne. Na przykład na wyśmienitą frittatę con i carciofi (omlet z karczochami) do trattorii Da Sostanza we Florencji, na żurek na grzybach do Różanej w Warszawie i na fiori di zucca ripieni di mozzarella e alici (kwiaty cukinii faszerowane mozzarellą i anchois) do restauracji Piperno w Rzymie.

Jednak najchętniej jem w domu (kiedy sama nie gotuję) albo u rodziny i przyjaciół. W naszej familii jest wielu znakomitych kucharzy, poczynając od córki Flavii i męża Jakuba. Druga córka Cosima to mistrzyni ciast i deserów, a kolacje u mojego siostrzeńca Mikołaja to prawdziwe uczty. Jedzenie z bliskimi przy tym samym stole, rozmowa i śmiech są dla mnie najważniejsze.

Parę lat temu powiedziałam Agnieszce Drotkiewicz, napisałyśmy razem książkę (Smak kwiatów pomarańczy. Rozmowy o kuchni i kulturze - red.): "Mam cały czas moje eschatologiczne przekonanie, że na tamtym świecie będą smaki (...) Bo jeżeli zabieramy ze sobą ciało, to wierzę, że dostanę tam najlepsze spaghetti al pomodoro, jakie kiedykolwiek udało mi się zjeść".

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje