Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pani doktor taka młoda?

Też jestem kobietą

Barbara Madej-Czerwonka. Czterdziestolatka, pracuje w pododdziale chirurgii onkologicznej w Lublinie. Męża poznała na studiach, szybko urodziła syna. Kilka lat potem - drugiego. Ma specjalizację pierwszego stopnia z chirurgii ogólnej i drugiego stopnia z chirurgii onkologicznej. Zrobiła doktorat i habilitację, jest jedną z najlepszych chirurgów onkologów w Polsce.

Reklama

Czy stół chirurgiczny ma regulowaną wysokość? Sprawdziła w fachowych czasopismach. Ma. Uff. - Kiedy oznajmiłam tacie, że zamierzam zostać chirurgiem, powiedział: "Jesteś kobietą i jesteś mała. Przewiduję trudności" - wspomina Baśka. Ma 156 cm wzrostu, a chirurg powinien być silny i wysoki. Dziś w lubelskiej kawiarni ma na sobie pastelowy kostium, do tego szklane korale i czarną lakierowaną torebkę.

Opowiada o wyjazdach na wieś z ojcem weterynarzem. - On kroił brzuch konia i mówił: "Patrz, to jest przepuklina". Ja gapiłam się zafascynowana i czułam, że chcę jak tata. Kiedy zdawałam na medycynę, było jedenaście osób na miejsce. Ale dostałam się - mówi. Na zajęciach w prosektorium pierwsza chce preparować. Profesorowie zapamiętują ją z tego, że nie boi się używać skalpela. Po dyplomie odbiera telefon: "Chce pani przyjść do mnie na staż?" - profesor z Uniwersytetu Medycznego. Zrezygnowałam z wakacji, żeby miejsce na stażu nie przepadło. Trzy czwarte kolegów z mojego roku zostało bezrobotnymi lekarzami - opowiada Barbara.

Po roku stażu dylemat życiowy: chirurgia czy interna? Wybrałam skalpel. Opiekunem specjalizacji został ordynator chirurgii, świetny fachowiec, nie seksista. W tym czasie pracowałam równolegle w poradni raka piersi. Prowadziłam program badawczy, z którego wynikała przerażająca statystyka: tylko pięć procent Polek robi sobie mammografię. Czułam, że chcę się z tym zmierzyć. Jako specjalizację drugiego stopnia wybrałam onkologię.

Krew na butach

Niedługo po rozpoczęciu pracy młodą panią doktor boli brzuch. Dzień, kilka dni. Prosi kolegę o zrobienie USG. - Ma dziwną minę: "Wydaje mi się, że masz guz trzustki". Byłam przerażona. Trzustka? Trzy miesiące życia i koniec. Co robić?! Pierwszego dnia dręczyłam się: nie powiem nikomu, po co fundować rodzinie horror? Drugiego doszło do mnie: trzeba poukładać sprawy, przygotować bliskich - powiem. To było piekło - mówi Baśka.

"Guz" okazał się tylko błędem graficznym na monitorze. Ale ona dostała lekcję na całe życie. - Wiem, co czuje kobieta, która dowiaduje się, że ma nowotwór. Dlatego dla zasady: nigdy o nim nie mówię, jeśli nie zobaczę wyników badania pod mikroskopem. A jeśli faktycznie guz jest nowotworem, uspokajam: "Może uda się oszczędzić pierś. Widzi pani w gazetach, w telewizji - tyle aktorek, gwiazd choruje i wychodzą z tego" - tłumaczy Baśka.

Niedawno badała młodą kobietę spoza Lublina, Magdę. - Wyczuła guzek, zrobiła USG. Akurat spędzała tu urlop, wiadomość była szokiem. Dziewczyna tydzień temu kupiła piękne bikini, cieszyła się życiem. Powiedziałam: "Niech pani nie myśli o szpitalu natychmiast. Proszę porozmawiać z mężem, za kilka dni postanowimy, co dalej". Jeśli to możliwe, nie kładę pacjentki od razu na oddział. Badania można zrobić w przychodni, a ona ma czas, żeby oswoić się z sytuacją - mówi Barbara.

Nauczyła się, że kiedy życie zawisa na włosku, pacjentki reagują różnie. Gdy płaczą, przytula. A gdy wpadają w psychozę... Opowiada: - Niedawno robiłam opatrunek kobiecie po mastektomii. Gdy skupiłam się na drenowaniu limfy, pacjentka nagle chwyciła za metalowy taboret i rzuciła w moją stronę. W ostatniej chwili pielęgniarka i ja zatrzasnęłyśmy się w składziku. To się zdarza - mówi Baśka.

Przyszło jej kiedyś do głowy, że lepiej było zostać np. okulistką? - Nie. Tu się rozwijam najszybciej. Kiedy jako początkujący chirurg odcinałam pierś, krew chlapała mi na buty. Miałam do dyspozycji skalpel i nożyczki, nie było koagulacji - zamykania naczyń krwionośnych. Dziś robimy rzeczy na najwyższym światowym poziomie. A to przecież tylko kilka lat różnicy.

Włożysz białą sukienkę

Jej pierwsza operacja, jeszcze na stażu. Pacjentka z przepukliną, równolatka Baśki. Asystujący lekarz radzi; "Zrób porządne cięcie". - A ja przeciwnie, delikatnie dookoła pępka. Dziewczyna potem włoży krótką bluzkę i co? - uśmiecha się Baśka. "Babskie" podejście w chirurgii? A czemu nie? - Mówiąc serio, myślę, że jako kobieta rozumiem, jakie to ważne, żeby szew był niewidoczny. A w poważniejszej skali - żeby zachować, a nie usuwać pierś - wyznaje Baśka.

- Jeszcze kilka lat temu obowiązywała stara szkoła: lepiej wyciąć wszystko, żeby nie było wątpliwości. Widziałam rozpacz kobiet, przekonywałam kolegów: "Postaw się w sytuacji jej mężczyzny. Pomyśl, co czuje pacjentka, której odbiera się atrybut kobiecości..." - opowiada.

Jeździła na zjazdy młodych chirurgów, poznała Umberto Veronesiego, Włocha, prekursora idei oszczędzania piersi. - Chciałam ją wprowadzać u nas. W dużej części przypadków można wyciąć tylko guz, uzupełnić leczenie chemio- lub radioterapią. Nie jest udowodnione, że pozostawienie piersi to większe ryzyko rozsiewu nowotworu - przekonuje.

Walczy też o ratowanie węzłów chłonnych. - Wycięcie to zazwyczaj komplikacje, puchnie ręka, bo limfa nie zostaje właściwie odprowadzana. A jest metoda, żeby znaleźć tylko ten jeden zajęty węzeł, tak zwany "wartowniczy" - Baśka tłumaczy, że trzeba zrobić badanie izotopem. To wymaga urządzenia za ponad 60 tysięcy złotych. - Chciałam sprowadzić je do kliniki, odpowiadałam za przetarg, udało się - mówi.

I o następnym skoku do przodu: Dorota, pierwsza pacjentka zakwalifikowana do rekonstrukcji piersi. - Miała już wyznaczony termin ślubu. Moja pionierska ekspanderoproteza: wprowadziłam pod mięsień torebkę ze specjalnym płynem, potem pompowałam go porcjami, pierś "rosła". Dziewczyna wkroczyła do kościoła w białej sukni z dekoltem - opowiada Barbara. Złe chwile? - Wiadomości o śmierci. Nieraz pacjentki leczę latami. Ale w końcu dzwoni telefon, że to już... Nie chodzę na pogrzeby. Nie mogę dać sobie pretekstu do chwili zwątpienia.

O chorobach cicho sza!

- Wiesz, kolega mi mówił, że jego mama cię zna - syn Baśki zagląda do kuchni. - I podobno ty masz tam dobrą opinię w tym szpitalu... Baśka nie ma pretensji, że synowie nie znają szczegółów jej pracy. Niech to będzie osobny świat. - Mój mąż jest inżynierem. To też inne sprawy, inni znajomi. I dobrze - mówi. Gdy zdejmuje lekarski fartuch, chce być mamą, żoną, kobietą.

Po pracy w szpitalu ma wykłady na Uniwersytecie Medycznym. - O osiemnastej. Więc wcześniej jest czas, żeby pójść do fryzjera, kosmetyczki. Nie mogę przecież wyglądać gorzej niż moje studentki - żartuje. Musi być margines na przyjemności. - Bo łatwo zwariować. Choć oczywiście nie da się przeskoczyć automatycznie z jednej skóry w drugą. Nie wyłączam komórki po pracy, jestem dostępna. Jednak nie zaprzyjaźniam się z pacjentami, a w gronie przyjaciół oprócz lekarzy mam prawników, dziennikarkę, nauczycielki - zastrzega Baśka.

- Wolę pogadać o miłościach z ogólniaka niż o operacjach. Albo poczytać. Wyjechać w góry. Dwa razy w tygodniu chodzę na basen. Po to jest życie. Trzeba wiedzieć, że Chorwacja jest piękna i jak długa jest w tym roku kolejka na Kasprowy. A Budka Suflera nagrała nową płytę. Żeby to nie uciekło. Wszystko trwa tylko chwilę.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL 10/2010

Dowiedz się więcej na temat: rak | onkologia | lekarze

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje