Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zakochana, ale czy szczęśliwa...

Jej mąż uwielbia być w centrum uwagi, dla niej liczą się wyłącznie córeczki. Czy taki układ ma szanse?

Połowa września, niedziela na plaży w Juracie. Wśród tłumów grzejących się w promieniach słońca, schowana za kolorowym parawanem - córka tragicznie zmarłej pary prezydenckiej, Marta Kaczyńska-Dubieniecka (31) z rodziną. Choć na stałe mieszka w Gdyni, to właśnie do Juraty czuje wielki sentyment.

Reklama

To tu w ośrodku prezydenckim w 2006 roku przedstawiła rodzicom swojego obecnego męża, obiecującego adwokata Marcina Dubienieckiego (31). Jurata była ulubionym miejscem odpoczynku Marii i Lecha Kaczyńskich. Tu cieszyli się każdą wolną chwilą. Jeden z pięknych wrześniowych weekendów pani Marta spędziła właśnie tam z mężem i córeczkami: Ewą (8) i Martynką (4).

Choć od ślubu minęły zaledwie cztery lata, rodzina rzadko widywana jest w komplecie... - Wolę, gdy kobieta jest w domu. Ciężko byłoby mi zaakceptować żonę, która pracuje w pełnym wymiarze - mówił kiedyś w wywiadzie mąż pani Marty.

Życiowe role podzielili więc zgodnie z precyzyjnym planem pana Marcina... To Marta Kaczyńska zajmuje się wychowaniem córeczek. Sama odwozi je rano do szkoły i do przedszkola. Równolegle opiekuje się sopockim mieszkaniem tragicznie zmarłych rodziców.

Właśnie przeprowadza tam remont. Wszystkiego dogląda osobiście. Jej mąż tymczasem prowadzi interesy w Warszawie. Tu uczestniczy w biznesowych spotkaniach, tu ma przyjaciół, tu bywa w modnych lokalach, tu czuje się jak u siebie. - Nasze małżeństwo to przemyślana taktyka - mówił w tym samym wywiadzie. Czy jednak?

Plażowicze w Juracie nie mieli wątpliwości, kto w tym związku chce być gwiazdą. Pan Marcin nie miał czasu ani na zabawę z córeczkami, ani na przytulenie żony. Wciąż załatwiał interesy przez telefon, a w przerwach żartował z kolegami, którzy mu towarzyszyli. Pani Marta tymczasem rozkładała ręczniki, podawała córeczkom zabawki, poprawiała parawan.

Mąż, wyraźnie zniecierpliwiony, stał w dżinsach. A gdy zdecydował, że czas plażowania się skończył, odszedł w pośpiechu z kolegami nie oglądając się na rodzinę. Pani Marta zabrała się za pakowanie ręczników, zabawek, toreb z ubrankami, parawanu... Wszystko zawiesiła na swych wątłych ramionach, wzięła dziewczynki za rączki i zeszła z plaży. Plażowicze długo jeszcze nie mogli wyjść z podziwu, jak taka krucha istota daje sobie z tym wszystkim radę. Czy tak wygląda sprawiedliwy podział obowiązków?

AM

Rewia 39/2011

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje