Przejdź na stronę główną Interia.pl

Wszystko, co niesie życie ma swój sens

Po śmierci męża uczy się budować swój świat na nowo.

Kiedy na początku lat 80. telewizja zaczęła emitować serial "Dom", pustoszały ulice. Polscy widzowie podzielili się wtedy na tych, którzy dobrze życzyli małżeństwu Basi Lawinówny z Andrzejem Talarem i na tych, którzy u jej boku widzieli jedynie Łukasza Zbożnego. W końcu jednak Barbara, którą grała Jolanta Żółkowska (56), wybrała Łukasza, czyli Krzysztofa Kołbasiuka (†54). Jej serce zdobył nie tylko w filmie...

Reklama

Był zabójczo przystojny, ale kobiety kochały go nie tylko za urodę - także za ciepło i wrażliwość. A pani Jolanta? W 1980 roku była tuż po warszawskiej szkole teatralnej, gdzie uchodziła za jedną z najładniejszych studentek. Miała wielu adoratorów, ale dopiero na widok kolegi z planu jej serce zabiło mocniej. - To było wielkie uczucie i namiętność - wspomina aktorka po latach.

Kilka lat po cichym, kameralnym ślubie przyszedł na świat syn Kamil (27). Wtedy aktorka poczuła, jak smakuje rodzinne szczęście. Bo nawet szara codzienność miała słodki smak. Kariera zawodowa przestała mieć dla niej większe znaczenie. Za jedyną ważną rolę w życiu uznawała macierzyństwo.

- Rodzina może dać kobiecie poczucie bezpieczeństwa - zapewniała. Wstawała rano, zajmowała się domem i wychowywała syna. Wcale nie załamywała rąk, gdy po serialu "Dom" nie przyszły nowe, wielkie role. Zajęli się z mężem projektowaniem ubrań. A potem remontowali domy w Szwecji, albo zbierali jagody. Tamten niełatwy czas pani Jolanta wspomina teraz z wielkim sentymentem. Ich miłość zdała wtedy egzamin na piątkę.

Wydawało się, jak to w bajkach bywa, że będą żyli długo i szczęśliwie. Niestety... 3 marca 2006 roku mąż aktorki nagle zasłabł. Okazało się, że to rozległy zawał. Nikt nie mógł mu już pomóc. Dla pani Jolanty to był niespodziewany, nokautujący cios.

Na długie miesiące zamknęła się w czterech ścianach swego mieszkania w śródmieściu Warszawy. Miała wrażenie, że życie się skończyło, pozostał tylko ból i wielki żal. - Trudno pogodzić się z taką tragedią. Ten moment wciąż wraca do mnie we wspomnieniach - zwierza się ze łzami w oczach.

Szczęśliwie w tych trudnych chwilach był przy niej syn. Kamil zrezygnował ze studiów w Toruniu i przeniósł się na warszawską ASP. Wrócił do domu. - Byliśmy dla siebie nawzajem wielkim wsparciem - mówi aktorka.

Tragiczne w skutkach wydarzenie sprzed pięciu lat uodporniło w pewnym stopniu panią Jolantę na to, co przynosi los. - Trzeba pogodzić się z tym, że często nie mamy wpływu na to, co się stanie - przekonuje dzisiaj.

Jej marzenie? Chciałaby jeszcze grać, najchętniej kobiety inne niż ona sama: złe, okrutne, pełne nienawiści. Prywatnie? Chce tylko, żeby... nie było gorzej. Otoczona przyjaciółmi, miłością syna, w końcu odzyskała spokój. I nadzieję. - Nie mam żalu do losu. Wszystko, co w życiu zrobiłam, było zrobione po coś - mówi spokojnie.

EZ

Świat i Ludzie 17/2011

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje