Przejdź na stronę główną Interia.pl

W głębi serca jestem kruchą kobietą

Anna Korcz zaryzykowała. Dziś jest spełniona i szczęśliwa w drugim małżeństwie.

Jest ambitna. Nie uznaje półśrodków. Wszystko jest dla niej albo czarne, albo białe. W branży mówi się o niej, że ostro negocjuje stawki. Jest kapryśna, niedostępna, kategoryczna i nie lubi rozbierać się przed kamerą. – W głębi serca jestem tylko kruchą kobietą. Zdecydowana postawa jest tarczą chroniącą mnie przed światem – uważa Anna Korcz. Tę kruchość dostrzegł w niej młodszy o 5 lat Paweł Pigoń.

Reklama

Zaczęło się banalnie od spotkań w pracy, w końcu Paweł postanowił wybrać pomiędzy miłością do Anny a rodziną. Zamieszkali razem, na świat przyszedł ich syn Jaś. – Miałam szczęście, że spotkałam niezwykłego człowieka: mądrego, prawego. O takim mężczyźnie marzyłam – mówi aktorka.

Południowe korzenie

Egzotyczną urodę odziedziczyła po przodkach. Płynie w niej krew włoska, węgierska, litewska. Jeden z przodków ufundował w Krakowie na placu Matejki kościół. Pradziadkowie to z kolei Cedrowie z „Popiołów” Żeromskiego. Jej największym autorytetem i przyjacielem był dziadek Tadeusz, żołnierz AK, dowódca oddziałów „Limba” i „Setka” w Gorcach, który zastąpił jej ojca.

– Wychował sobie dobrego żołnierza – mnie. Gdy tulił mnie do snu, prosiłam, by opowiadał o wojnie – mówi pani Anna. Jej rodzice, rozstali się, kiedy miała rok. Mama, piękna, inteligentna, stworzyła Ani ciepły, pogodny dom. Dziś wie, jak wiele ją to kosztowało. – We wspomnieniach widzę Falenicę, sosny, psy. Szaleję na sankach. Zawsze sama. Moim najlepszym przyjacielem był Misiulek. Zabawka, zamiast noska, miała pinezkę. Zasypiając dotykałam jej policzkiem.

Sukces w pracy, krach w miłości

Pierwszy kontakt z filmem miała w liceum. Zagrała córkę jednego z bohaterów „Nocnego gościa” w filmie Stanisława Różewicza. Przygoda z filmem nie przesądziła jednak o wyborze zawodu. Miała parę innych pomysłów na życie. Egzaminy wstępne do PWST odbywają się wcześniej niż na inne uczelnie, więc gdyby się nie powiodło, niczym nie ryzykowała. Dostała się za pierwszym razem. Miała 22 lata, gdy za rolę matki w „Pelikanie” Strindberga, na łódzkim Przeglądzie Dyplomów Szkół Teatralnych, zdobyła pierwszą nagrodę. Była też szczęśliwa prywatnie.

Spotkała miłość. Po roku znajomości z Robertem zaplanowali ślub. Urodziła się pierwsza córka Ania. Zamieszkali w Rembertowie. Pan Robert medycynę zamienił na biznes. Interesy szły nieźle, więc sprawy materialne nigdy nie były problemem. Urodziła się Kasia. Pani Anna starała się łączyć opiekę nad córkami z pracą. Występowała w wielu teatrach, zagrała kilkadziesiąt ról, ale popularność zdobyła dopiero w 2002 roku, gdy zaczęła grać w serialu „Na Wspólnej”.

Z powodzeniem w pracy przyszedł krach w miłości. Rozwiodła się w 2003 roku. Została sama z dziećmi. – Byłam za młoda, za głupia, aby dyplomatycznie dyrygować naszym małżeństwem. Jednak decyzji o rozwodzie nie podjęłam pod wpływem emocji. W momencie, gdy dowiedziałam się, że przegrałam, próbowałam ratować związek. Były łzy, nieprzespane noce. Ale zaryzykowałam i nie żałuję podjętej decyzji – wyznaje.

Odnalezione szczęście

Wie, na czym jej zależy, a co niewarte jest zachodu Dziś szczęśliwa, spełniona, żartuje, że życie zaczyna się po 40., kiedy się wie, co w życiu jest ważne, co nie. Na czym nam bardziej zależy, a co można sobie odpuścić. Dziś najważniejsze są dzieci oraz Czarnowo, 5,5 hektara ziemi w podwarszawskim Pomiechówku.

Pani Anna z mężem stworzyli tam centrum konferencyjno- bankietowe. A potem? – Chciałabym jeździć po świecie, bo uwielbiam poznawać nowe miejsca i ludzi. Skosztować tych wszystkich dań i napojów. Przeczytać masę książek. Być szczęśliwą i mieć święty spokój – mówi.

MJ

Życie na gorąco 11/2011

Dowiedz się więcej na temat: Anna Korcz | małżeństwa | miłość

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje