Przejdź na stronę główną Interia.pl

To miłość napędza do działania

Najbardziej znany prezenter w Polsce. Prywatnie niezwykle sympatyczny i dowcipny mężczyzna, a także kochający ojciec dwóch synów.

Krzysztof Ibisz (47) z wykształcenia jest aktorem, ale skończył także dziennikarstwo. Show-biznes traktuje bardzo szeroko. Występuje na deskach teatru, w serialach, filmach, reklamach. Prowadzi programy telewizyjne, a ostatnio próbuje swoich sił również na scenie kabaretowej...

Reklama

Pański kalendarz zapełniony jest co do minuty. Czyli można powiedzieć, że Krzysztof Ibisz żadnej pracy się nie boi?

Krzysztof Ibisz: - Uważam, że każda praca jest przywilejem. Jako młody chłopak, studiując w Kanadzie, musiałem się jakoś utrzymać. Dlatego też czyściłem toalety, pracowałem w greckiej knajpie w kuchni, robiłem nadruki na koszulkach. Dzięki takim doświadczeniom nauczyłem się, że w każdej sytuacji sobie poradzę.

Nawet w kabarecie?

- Jestem szalenie szczęśliwy z ostatniego tournée po Stanach Zjednoczonych, w którym brałem udział razem z najpopularniejszymi polskimi kabaretami. To była dla mnie ogromna frajda. W sali Copernicus w Chicago zagraliśmy dla ponad 2000 osób. A taka frekwencja zdarza się rzadko. Oprócz tego występowaliśmy m.in. w Nowym Jorku, Detroit i Toronto. Powiem szczerze, że zawsze myślałem o występach w kabarecie. Zadebiutowałem w nim jednak dosyć późno, bo dopiero w wieku 46 lat, ale to mi wystarczyło...

...aby zakochać się w nim bez pamięci, podobnie zresztą jak w Ameryce?

Pierwszy raz odwiedziłem Stany i skradły one moje serce. Otwartość ludzi, ich nieschodzący z twarzy uśmiech, pozytywne nastawienie do świata - ciężko się w tym nie zakochać. Poza tym Amerykanie uwielbiają Polaków. Mają wielki szacunek dla naszego narodu. I już wiem, że tam wrócę, bo jest to piękny kraj, którego po prostu się nie zapomina.

A kiedy w tym natłoku obowiązków znajduje pan czas dla swoich synów?

- Dla nich zawsze mam czas. Staram się aktywnie uczestniczyć w życiu rodzinnym, bo to od zawsze było, jest i będzie dla mnie najważniejsze. I właśnie dlatego co roku organizuję z moim starszym synem Maksem męski wyjazd w góry. W tym roku wybraliśmy się do Zakopanego. Odkąd skończył cztery lata praktykujemy takie wypady. Wtedy mamy czas tylko dla siebie. Odrzucam wszystkie zawodowe propozycje, bo nasz męski wyjazd zawsze musi dojść do skutku. Można powiedzieć, że to już poniekąd nasza tradycja rodzinna.

Kiedy mówi pan o Maksie, na n np ana twarzy pojawia się uśmiech.

- Jestem szalenie dumny z moich dwóch synów. Podchodzimy do siebie z ogromnym szacunkiem. Właśnie tego nauczyli mnie moi rodzice. Dzieci są naszą "strzałą" wypuszczoną w przyszłość. Nigdy nie podniosłem na chłopców głosu. Oprócz jednego razu, kiedy Maks wypiął pasy bezpieczeństwa w czasie jazdy samochodem. W życiu nie dostali ode mnie nawet klapsa. Mój tata też zresztą nigdy nie podniósł na mnie ręki.

A mama nauczyła pana pewnie tego optymistycznego podejścia do życia?

- Zawsze powtarzała, że szklanka jest do połowy pełna, a nie do połowy pusta. Moja mama jest szalenie ciepłą, zawsze pozytywnie nastawioną do świata osobą. I co najlepsze - ona z biegiem lat wcale się nie zmienia. Mimo że jest już starszą osobą, cały czas niezmiennie pozostaje optymistką. A ja na szczęście odziedziczyłem to po niej w genach. I tego będę również starał się nauczyć moich chłopców.

Czy jeszcze coś chce im pan przekazać?

- Mówi się, że w naszym życiu pewne są tylko śmierć i podatki. A ja dodaję, że również zmiany. I do tego chcę ich właśnie przygotować. W dzisiejszych czasach człowiek musi przecież być niezwykle elastyczny. Zawsze będę im pomagał, a zarazem wspierał we wszystkich ich działaniach. Spokojnie będę podążał za nimi. Pragnę, żeby byli szczęśliwi. A szczęśliwi będą tylko wówczas, gdy pójdą do pracy z uśmiechem i będą robić to, co naprawdę kochają. Chciałbym, aby w przyszłości dobrze wybrali swój zawód. 

A Maks, jako ten starszy syn, ma już jakieś plany dotyczące swojej przyszłości?

- Ma mnóstwo zainteresowań. Ale ja przeczuwam, że zostanie komentatorem sportowym. On po prostu wie wszystko na temat piłki nożnej. Nie da się go zagiąć żadną informacją. Zna piłkarzy, kluby, transfery, a nawet dokładną liczbę bramek strzelonych w każdym ważnym meczu. Recenzuje je tak dokładnie, że nie oglądając spotkania można sobie wyobrazić przebieg gry. Wspaniale o tym opowiada. I te jego emocje!

Zostańmy zatem przy temacie uczuć. Powiedział pan kiedyś, że miłość jest najważniejszą wartością w naszym życiu. Czy to jest aktualne?

- Oczywiście! Miłość napędza do działania. Oprócz zdrowia jest to najważniejsza wartość w życiu każdego człowieka. To właśnie dla niej żyjemy i ona daje nam szczęście. Zakochane kobiety mają "motyle" w brzuchu, a faceci odczuwają nagły przypływ niebywałej mocy, a zarazem pozytywnej energii.

Dostrzega pan same plusy, a mimo wszystko pozostaje pan nadal sam...

- Ale to wcale nie oznacza, że jestem nieszczęśliwy. Odnalazłem to szczęście w sobie. A to naprawdę duża sztuka! Było trudno, ale nareszcie mi się to udało. Teraz już zrozumiałem, że można spędzić naprawdę fajny czas wyłącznie w swoim towarzystwie. I nie chodzi o to, że od dziś zamykam się na nowe relacje. Po prostu staram się być dobrze nastawionym do ludzi i zawsze pozytywnie myśleć. Niektórzy się z tego śmieją, ale proszę mi uwierzyć - to naprawdę działa. Pamiętajmy, że najbardziej fascynująca w naszym życiu jest codzienność. A życie jest zbyt piękne i krótkie, aby niepotrzebnie się czymś zamartwiać.

Alicja Dopierała

Świat i Ludzie 12/2012

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje