Reklama

Reklama

Szukam Marii spokojnej

Pani syn Janek przyszedł na świat w czasach, gdy żyliśmy wolniej. Teraz ogarnęło nas szaleństwo. Da się ustrzec tych, których kochamy przed obłąkanym pędem?

Reklama

– Zawsze rozmawialiśmy o tym z Jankiem. Nie omijaliśmy trudnych tematów. Znajdowaliśmy czas na filozoficzne dyskusje, ale także nie broniliśmy mu szaleństw. To także był chaos. Myślę jednak, że każdy musi przez coś takiego przejść, tyle że w pewnym momencie trzeba się zatrzymać i powiedzieć sobie: Halo, chwileczkę. Nie tędy droga! Jest jeszcze coś innego!

Gnając przed siebie, raczej nie dostrzeżemy tego innego, lepszego wymiaru.

– A ja właśnie uparłam się dostrzegać. Szukam spokoju, wyciszenia. Lubię harmonię i... koty. Te miauczące, puchate, urocze stworzenia, do których trzeba wstać, mogą być drogą do spokoju. To nie jest banalne czy głupie, że bawię się z moim kotem syberyjskim Fiodorem.

Zawsze żyła pani z zegarkiem w ręku. Teraz jest inaczej?

– To niezupełnie tak. Plan się przydaje. Mam jednak marzenie: chcę być Marią spokojną, która pewnych rzeczy już nie musi.

Największa, najfajniejsza przygoda filmowa?

– Oczywiście debiut – „Dolina Issy”. Taką chwilę zapamiętuje się na całe życie. Zetknęłam się z moim krajanem – wielkim Tadeuszem Konwickim. Nigdy nie zapomnę, jak mi gdzieś na planie powiedział na ucho, że czuję kamerę i że to dobrze. Pewnych rzeczy nigdy nie mówił wprost – taki był. A jednak wypuszczając te małe zdania, sprawiał, że działały magicznie. Były niczym najcenniejsze wskazówki.

- Debiutować u kogoś tak mądrego było czymś niesamowitym. Cała jego litewska, lekko mroczna natura fascynowała mnie. Zresztą, także jego wielka duchowość. I skrytość. Ten pierwszy raz zawsze jest najważniejszy i to się zapamiętuje – aż zmysłowo. Ja zapamiętałam.

Co dalej w sprawach zawodowych? Biegnie pani gdzieś?

– Na deski teatru. Zapraszam do Teatru Komedia na moje ukochane, cudowne przedstawienie – „Dziewczyny z kalendarza”. Polecam je, bo to gwarancja pozytywnych doznań.

Lubi pani Warszawę – tę właśnie, w której jest Teatr Komedia?

– Tak. I to coraz bardziej. Nad Wisłą zaczyna się coś dziać. Fajnie przejść się Traktem Królewskim, Nowym Światem. Bardzo lubię – bo to moja codzienna droga do teatru – Aleje Ujazdowskie. Na Krakowskim Przedmieściu powstaje mnóstwo fantastycznych kawiarenek. Z chaosu i szarości zaczyna się wyłaniać wspaniała, europejska stolica.

Cudownie, młodo pani wygląda. Są na to jakieś sposoby?

– Ależ skąd. Przecież kamera nie oszukuje. Widać już upływający wiek. I bardzo dobrze!

Nie wykręci się pani od odpowiedzi – wygląda pani świetnie! Co za tym stoi? Jaki sekret?

– Staram się racjonalnie odżywiać, ale oczywiście pozwalam sobie czasem na małe szaleństwa. Kocham wakacje i wtedy właśnie zaczynam więcej jeść. Rozsmakowuję się. Uwielbiam te chwile na Mazurach, gdy ryby prosto z jeziora bajkowo smakują. Jednak nie tyję. Może mam dobre geny? A może to zasługa tego, że intensywnie pracuję, gram na scenie, co do pewnego stopnia zastępuje gimnastykę?

Podobno ulubioną pani potrawą jest śledzik w każdej postaci. Marzyła pani też kiedyś o tym, by napisać książkę kucharską...

– Trzeba mieć czas, a z tym czasem kiepsko u mnie bywało. Mnóstwo miałam zajęć zawodowych i życiowych. Ale mam nadzieję, że kiedyś jeszcze znajdzie się sposobność. Kto wie, może uda mi się zrealizować moje wielkie marzenie i... otworzyć takie swoje miejsce, w którym można by smacznie zjeść?

Jakie potrawy dominują na stole Marii Pakulnis?

– Zawsze idę sezonami, bo tak należy. Gdy zaczyna się jesień, uwielbiam przetwarzać warzywa. Kocham cukinię, bakłażany, dynię. Bardzo lubię, gdy w lodówce mam zupę krem z warzyw. Powiem szczerze, że kiedy zaczynają się pierwsze chłody, uwielbiam zjeść porcję takiej gorącej zupy na śniadanie. Polecam wszystkim! Zresztą już nasze babcie mówiły, że na siłę i zdrowie dobra jest zupa.

- Kocham też strudle ze szpinakiem polane zimnym sosem na bazie dobrego jogurtu z czosnkiem i zieleniną. Tarty warzywne, kisze francuskie. Lubimy do tego napić się gorącego barszczu. Moją pasją jest papryka pieczona w vinegrecie, pocięta w paseczki. I pasty oliwkowe. Jak mam czas, przygotowuję wszystkie te smakołyki sama.

To będzie smaczna zima?

– Jestem tego pewna!

Rozmawiał Maciej Misiorny

Dowiedz się więcej na temat: Maria Pakulnis

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje