Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Przepowiednia mamy

George Clooney. Ma wiele twarzy i określeń z przedrostkiem naj: najprzystojniejszy, najseksowniejszy, najtrudniejszy do usidlenia. Ale też: wierny przyjaciel, marzyciel, idący własną drogą. A jednocześnie bez cienia hipokryzji przyznający, że lubi blichtr, przyjemności i dobrą zabawę. Jaki jest naprawdę? To wie tylko jego matka...

Spodziewałem się szarmanckiego gwiazdora w garniturze od Armaniego. Ostatecznie mógł być nonszalanckim dandysem maskującym wielkimi ciemnymi okularami wczorajszą imprezę. Tymczasem George Clooney wpadł na wywiad do saloniku prasowego Brytyjskiego Festiwalu Filmowego w wiktoriańskim wnętrzu hotelu Dorchester wprost z porannego joggingu w pobliskim Hyde Parku. W ciemnym dresie wyglądał jak dostawca pizzy, a nie najprzystojniejszy mężczyzna świata. Jak się okazało, ostentacyjne lekceważenie biznesowego dress code obowiązującego na londyńskim spotkaniu świata filmowego, to był tylko kamuflaż pozwalający skutecznie zmylić paparazzich wyczekujących przed wejściem do hotelu.

Reklama

Podczas rozmowy George był już tym samym czarującym facetem o ujmującym poczuciu humoru i błyskotliwej inteligencji. Na początku wywiadu upewniał się tylko, czy zapytam go o jego działalność na rzecz pokoju w ogarniętej wojną domową prowincji Sudanu – Darfurze. Prosił też, by nie pytać go o kobiety. – Na ten temat powiedziałem już wszystko, co mogłem. Jeśli czegoś nie mówiłem, to znaczy, że miałem powody – tłumaczył, odsłaniając nieskazitelnie białe zęby w słynnym na cały świat, wartym milion dolarów uśmiechu.

PANI: Wystąpił Pan w tym roku aż w trzech filmach. Na ekrany w Polsce wchodzi właśnie „Czarujący szpieg”. Jak na człowieka o reputacji hedonisty, który nad pracę przedkłada zabawę i wygodne życie, wynik jest imponujący.

George Clooney: Zawsze robię to, co sprawia mi przyjemność. Kocham aktorstwo i jest w tym coś z uzależnienia. Jeślibym przestał grać, zupełnie nie wiedziałbym, co ze sobą zrobić.

Co Pana pociąga w aktorstwie najbardziej? Pieniądze? Przygoda?

George Clooney:Nieustanny ruch. Wcielam się w najróżniejsze postacie, kręcimy filmy na całym świecie, spotykamy tam setki ludzi. To jak kolorowy, zwariowany sen. Raczej nie chodzi o pieniądze, bo już dziś, gdybym tylko chciał, mógłbym kupić jakąś ładną wyspę na ciepłym morzu i do końca życia bujać się na hamaku i pić drinki z palemką. Tylko że po kilku tygodniach umarłbym z nudów.

Co zdecydowało o Pana karierze: talent, pracowitość, szczęśliwy traf?

George Clooney: Wolałbym powiedzieć, że połączenie talentu i pracowitości, ale to nie byłoby uczciwe wobec zdolnych chłopaków, którzy błąkają się po Hollywood z castingu na casting i nic z tego nie wynika. Nie byłem od nich lepszy, miałem tylko więcej szczęścia. Szczęśliwy traf zdarza się zwykle tym, którzy są na to przygotowani.Długo i starannie przygotowywałem się na ten szczęśliwy traf. Miałem już 33 lata, gdy dostałem szansę. Przez wiele lat marzyłem o karierze prezentera telewizyjnego. Na pewno wpływ na to miało to, że mój ojciec – Nick Clooney – był gospodarzem popularnego talk-show. Gdy przyjechałem do Hollywood, zacząłem chodzić na castingi do telewizji, a później również do filmów. Musiałem być fatalnym aktorem, bo nigdy nic z tego nie wychodziło. Raz nawet producent zadzwonił do mnie tylko po to, by powiedzieć, że serial, który planują i do którego robili casting, podoba się szefom telewizji, ale że na pewno taka miernota jak ja w nim nie zagra. Po tym doświadczeniu chciałem już odpuścić i pogodzić się z tym, że nigdy nie będę aktorem. Powiedziałem sobie, że pójdę jeszcze na jeden casting. Ostatni raz w życiu. I wtedy los się do mnie uśmiechnął. Dostałem rolę w serialu „Ostry dyżur”.

Skąd w Panu było tyle samozaparcia?

George Clooney: Siłę i poczucie własnej wartości wyniosłem z domu. Od zawsze rodzice wpajali mi, bym szedł własną drogą i nie oglądał się na innych. To nie było łatwe, bo dzieciaki nie lubią się wyróżniać.

A Pan się wyróżniał?

George Clooney: Nawet strojem, bo gdy chodziłem do szkoły, moje ubrania szyła mi mama. Wytykano mnie palcami. W tamtych czasach marzyłem o tym, by ubierać się jak inne dzieci. Ale gdy prosiłem rodziców o pieniądze, za każdym razem słyszałem wykład o tym, że materialne rzeczy nie mają znaczenia, a liczy się tylko to, co człowiek ma w głowie i w sercu. Jeśli naciskałem i nie chciałem zrezygnować z kupienia sobie czegoś, mama brała mnie na bok i tłumaczyła, że na pewno któregoś dnia będę sławny i bogaty, a wtedy kupię sobie wszystko, cokolwiek mi się zamarzy.

Przepowiednia mamy się spełniła.

George Clooney: Rzeczywiście, stać mnie dziś na wszystko. Ale sprawdziło się też to, co mama mówiła o pieniądzach: nie grają w życiu takiej roli, jak mi się wydawało, gdy nie miałem grosza przy duszy. Kiedy zarobiłem już pierwszy milion, okazało się, że jako bogacz mam całkiem zwyczajne marzenia, których nie mogę teraz spełnić. Chciałbym wyjść normalnie do miasta, spotkać się z przyjaciółmi w restauracji, pójść na mecz. Tymczasem gdziekolwiek się ruszę, goni mnie horda paparazzich.

Jest Pan osobą publiczną. To jest cena...

George Clooney: Gdy jestem sam, to w porządku, mogę się z tym pogodzić. Tylko że samotność to nie jest szczyt moich marzeń, a przyjaciele i znajomi to często ludzie, którzy nie mają na co dzień do czynienia z prasą. Nie wiedzą, jak się zachować, gdy są pod ostrzałem fotoreporterów. Chcą żyć normalnie. Dlatego gdy dzwonię do nich i pytam, czy pójdziemy na mecz, najczęściej odpowiadają: „Sorry, ale z tobą nie”.

Sytuacja bez wyjścia?

George Clooney: Na szczęście znalazłem rozwiązanie. Przeprowadziłem się do Włoch. Tu nikt nie zwraca na mnie uwagi. Mogę się kilka tygodni nie golić i nikt się nie krzywi na mój widok. Przejeżdżam na motocyklu setki kilometrów, odwiedzając małe, zagubione wśród wzgórz miasteczka, i nawet jeśli ktoś mnie rozpozna, to najczęściej wzrusza ramionami i wraca do pracy.

Pana przyjaciele pozostali w Ameryce.

George Clooney: Spotykamy się rzadziej, ale za to z większym hukiem to celebrujemy. Uwielbiam nasze leniwe dni nad jeziorem Como, gdy robię dowcipy Mattowi Damonowi, a Brad Pitt złośliwie komentuje moje poczynania. Uważam, że każdy, kto ma stresującą pracę, zasługuje na taki weekend kompletnego luzu, z kieliszkiem dobrego wina na tarasie włoskiej willi. Relaks i poczucie humoru to najlepsze lekarstwo na życiowe kopniaki.

Jakie żarty Pana śmieszą?

George Clooney: Ryzykowne… Lubię poczucie humoru, które ociera się o grozę, sytuacje absurdalne, niezamierzone, wynikające z nieoczekiwanego zwrotu akcji.

Bartłomiej Kołodziej

Przeczytaj część drugą

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje