Reklama

Reklama

Piętnaście tysięcy historii

Ewa Drzyzga (42) nigdy nie ogląda "Rozmów w toku".

W czasie, kiedy emitowane są kolejne odcinki ona podaje synom obiad i ma wyłączony telewizor. Choć trudno jej zapomnieć o ludziach, z którymi rozmawiała w studiu, stara się, by w domu myśleć tylko o najbliższych. Chce, żeby synowie, Staś i Ignacy, mogli kiedyś powiedzieć, że mieli piękne dzieciństwo, że mama zawsze miała czas dla nich.

Moja historia jest bardzo nudna

Reklama

Pytana o swoje życie Ewa Drzyzga żartuje, że w porównaniu z historiami, jakie usłyszała w ciągu ostatnich dziesięciu lat, jej historia jest po prostu nudna: - Szkoła, studia, praca, mąż, dzieci - śmieje się. Inna sprawa, że zawsze wolała słuchać niż opowiadać.

Wiedział o tym Edward Miszczak, gdy w 2000 roku zaproponował jej, by prowadziła talk-show w TVN. Poprzedniczka Drzyzgi, aktorka Ewa Bakalarska, potrafiła świetnie zagrać emocje, ale brakowało jej spontaniczności. Ewa Drzyzga była "prawdziwa". I nie musiała udawać emocji.

Wiele razy na oczach widzów ocierała łzy i nie mogąc pogodzić się z tym, co usłyszała drżała ze zdenerwowania. Od chwili, gdy poprowadziła swoje pierwsze "Rozmowy w toku", mija właśnie dziesięć lat. W tym czasie wysłuchała piętnastu tysięcy ludzkich historii!

- Jeśli stale spotykasz ludzi a oni opowiadają ci swoje historie, nie ma takiej możliwości, żeby się od tego odciąć. Bo budują cię tak naprawdę tragedie i radości, które przeżyłeś, książki, które przeczytałeś, ale także historie ludzi, których spotykasz - mówiła w wywiadzie.

Dla niej nie ma lepszych i gorszych rozmówców. Każdemu poświęca tyle samo uwagi, każdego słucha ze skupieniem. - Ona jest nienasycona - mówi Edward Miszczak. Nie jest ważne, czy rozmawia z mordercą, czy z zakonnicą, czy gości w studiu zbuntowaną nastolatkę. Liczy się człowiek i jego historia.

- Sukcesem naszego programu są ludzie, którzy na oczach widzów opowiadają o sobie. Ja tylko słucham - powiedziała pani Ewa podczas jubileuszowego spotkania z ekipą programu w Krakowie na początku listopada.

Zaszywa się w swoim domu pod Krakowem

Kiedy po nagraniu wraca do domu, zapomina o pracy. Z dziennikarki zmienia się w troskliwą mamę. Dawniej, gdy na świecie nie było jeszcze Stasia i Ignacego, pracowała siedem dni w tygodniu. Zdarzało się, że nocowała na podłodze w studiu radiowym. Budziła się o świcie i prowadziła poranny serwis informacyjny. Nie miała czasu, by jechać do domu, przebrać się, przespać.

Macierzyństwo zmieniło ją. Dziś zrezygnowałaby z pracy, gdyby wymagało tego dobro dzieci. Długo czekała, by mieć prawdziwą rodzinę. Pierwsze małżeństwo z Andrzejem Roszakiem nie było udane. Przez jakiś czas próbowała ułożyć sobie życie u boku Andrzeja Sołtysika. Nie wyszło.

Miłością jej życia okazał się drugi mąż, Marcin Borowski. Dziś pani Ewa śmieje się, że to on wyleczył ją z pracoholizmu. Do pełni szczęścia brakowało tylko dziecka. Stasia urodziła mając 37 lat. Mówi, że wtedy poczuła pierwszy raz, że naprawdę jest kobietą. Dwa lata później pojawił się Ignacy. W domu pod Krakowem ma wszystko, o czym marzyła i co kocha.

Czasem tylko zastanawia się, kiedy skończy się jej przygoda z "Rozmowami w toku"? Może jednak wtedy wreszcie uporządkuje zbierane od lat zdjęcia i poukłada je w albumach. Może pojedzie na wymarzoną wycieczkę do Meksyku!

AS

Życie na gorąco 46/2010

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje