Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl
Obwiniał się o śmierć brata

Jan Mela o tragedii i marzeniach

Tragiczna śmierć brata, wypadek, amputacja nogi i ręki. Uważa, że wszystko to było po coś. Ale najtrudniejsze wyzwanie dopiero przed nim. Założenie rodziny.

- Ten transformator stał tam, odkąd pamiętam. Dzieciaki często bawiły się, biegając wokół niego. Duże, metalowe drzwi zazwyczaj były zamknięte na kłódkę, ale tamtego dnia było inaczej - rozpoczyna swą opowieść Jan Mela (25). 24 lipca 2002 r. schował się tam przed deszczem.

Reklama

Przez jego ciało przepłynęło piętnaście tysięcy woltów. Do domu doszedł jeszcze o własnych siłach. To ojciec zawiózł go na pogotowie. Ale przy porażeniu prądem kryzys przychodzi dopiero po dwóch dobach. Mamy Janka w momencie wypadku nie było w mieście.

- Tata musiał przez telefon powiedzieć jej, że mają prawdopodobnie dwa dni, żeby się ze mną pożegnać - wspomina. A przecież cztery lata wcześniej stracili już syna, Piotra. Byli całą rodziną nad jeziorem. Siedmioletni chłopiec zapytał Janka, czy może popływać na jego dmuchanym materacu. Mela widział jak brat odpłynął za daleko i ześlizgnął się do wody. Jak rozpaczliwie szuka gruntu. Zaalarmowani dorośli wbiegli do wody, ale chłopca nie udało się już uratować.

- Myślałem: "A gdybym potrafił pływać? A gdybym nie pożyczał mu tego cholernego materacyka?" - przyznaje. Odpowiedzi, jak mówi, przyszły po latach. - Chyba udało mi się pogodzić z jego stratą i uwierzyć, że jest teraz szczęśliwy w lepszym świecie.

Nie kryje, że w trudnych chwilach w szpitalu pomogło mu świadectwo wiary mamy. - Wiele razy mówiła: "Boże, nie możesz mi więcej zabrać, nie możesz mi zabrać kolejnego syna". Ale tak naprawdę wiedziała, że to nie jest prawda - mówi.

W szpitalu ksiądz wytłumaczył mu, że cierpienie też jest modlitwą, ofiarował więc swój ból za brata. Ale najpierw stracił nadzieję. Najtrudniejszy był dzień, gdy po obudzeniu odkrył, że amputowano mu część stopy.

- Zobaczyłem przeraźliwie smutne oczy mamy. Powiedziałem coś w rodzaju: "Nie martw się mamo, jeszcze stanę na nogi". Wtedy nie wytrzymała i poryczała się. Kiedy usłyszałem, że płakał ojciec, był to dla mnie koniec świata - opowiada.

Z czasem okazało się, że musiał stracić przedramię i nogę poniżej kolana. - Nadzieja prysnęła jak bańka mydlana. Nie widziałem żadnego sensu, by dalej żyć - wyznaje. Tymczasem musiał wszystkiego uczyć się od nowa. Jak ukroić chleb, gdy nie można go przytrzymać? Jak przenieść herbatę, gdy w jedynej ręce trzyma się kule? Jak zapiąć guziki? Zawiązać buty?

Rehabilitacją zajął się jego ojciec. - To było bolesne. Miałem dość, kłóciłem się. Tata krzyczał na mnie, że muszę przecież normalnie żyć, że jak nie będę ćwiczył, to będę ofermą, kaleką. Potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć jego motywację, ale wreszcie ją pojąłem. Teraz mam w tacie prawdziwego kumpla - przyznaje.

Wtedy myślał jednak, że wszystko o czym marzył: podróże, studia, miłość, są dla niego nieosiągalne. Brakowało mu motywacji. Aż na jego drodze stanął Marek Kamiński (50). O wypadku Meli dowiedział się od przyjaciela Wojtka Ostrowskiego, którego żona jest znajomą mamy Janka. Razem wymyślili, że zabiorą chłopaka na biegun północny.

- Największe nieszczęście spotkało Jaśka 150 metrów od domu, więc może tam, na końcu świata, spotka go szczęście - tłumaczyła mama Meli, pytana o obawy przed podróżą syna. Miała rację. Janek znalazł motywację do ćwiczeń i sens życia. - Uparłem się, żeby wyruszyć na wyprawę, by udowodnić ojcu, że nie jestem frajerem - mówi.

Dziś dzieli się takim myśleniem z innymi. Założył fundację Poza Horyzonty, która pomaga kupić protezy osobom po amputacji. - Pokazuję, tak jak mnie kiedyś pokazano, że niepełnosprawność jest tylko w głowie- mówi. Z podopiecznymi rozmawia konkretnie, tak jak z nim rozmawiał ojciec. - Pytam: "Do czego potrzebujesz protezy?". Samo stwierdzenie, "do chodzenia" to za mało.

Bo jak już będziesz chodził, to musisz być aktywny. Nie możesz siedzieć w domu i wmawiać sobie, że wszystko się skończyło. Skończy się, gdy uwierzysz w takie bzdurne gadanie - tłumaczy. Teraz czeka go kolejne wyzwanie. Wystąpi w "Tańcu z gwiazdami", a jego partnerką będzie Magda Soszyńska- Michno.

- Już czekam na komentarze w stylu: "jak on będzie tańczył bez nogi i bez ręki". Taniec to dla mnie nowość. Co innego ruszać nogami w drodze na Kilimandżaro czy biegnąć czterdziesty drugi kilometr maratonu, a co innego ruszać biodrami do salsy - śmieje się. Połowę gaży za każdy odcinek zamierza przeznaczyć na fundację, połowę na budowę własnego domu.

- Nie sztuką jest odkrywać ciągle nowe miejsca. Sztuką jest umieć odnaleźć się w jednym, swoim miejscu - przyznaje. Jego młodsza siostra Dorota (19) została niedawno mamą. Po zakończeniu show Janek też chciałby się ustatkować.

- Podróż przez dorastanie dziecka to coś, o czym marzę najbardziej na świecie. A gdy masz przy sobie prawdziwie fascynującą osobę, możecie się odkrywać przez całe życie - marzy. O swojej partnerce Ani mówi niewiele. Nazywa ją swoją inspiracją, chwali za duszę artystki, piękny głos.

- Dla osoby, którą się kocha, warto iść na koniec świata. Z Anią pobiegłbym na Księżyc - mówi. Przykładem związku, z którego chce czerpać, są jego rodzice.- Są idealni, bo mają mnóstwo wad. Mają za sobą trudne doświadczenia, a jednak potrafili to przekuć w siłę. Są szczęśliwi i to, moim zdaniem, jest kosmos - podkreśla.

M. Lubartowska

32/2014 Na Żywo

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje