Reklama

Reklama

Moja Zosia daje mi tyle szczęścia

Późno zdecydowała się na macierzyństwo, ale dzisiaj uważa, że nic piękniejszego nie mogło jej spotkać. Cieszy się, że wykorzystała otrzymaną szansę.

Zawsze uśmiechnięta i radosna. Potrafi cieszyć się życiem. Teraz jednak najważniejsza jest dla niej córeczka Zosia. Dla niej zrezygnowała z bywania na warszawskich salonach. To właśnie jej pani Joanna poświęca teraz cały swój czas i stara się, aby Zosia codziennie budziła się z uśmiechem na twarzy.

Reklama

Znamy panią jako świetną aktorkę i wspaniałą kobietę. A jaką jest pani mamą?

Joanna Kurowska: - W wychowywaniu Zosi kieruję się intuicją, a nie wiedzą z książek. Wszelkie poradniki są absolutnie nie dla mnie. Według mnie najważniejsza jest intuicja i miłość. Staram się także zawsze pamiętać o tym, że dziecko to też człowiek.

To takie trudne?

- Niestety, często łapię się na tym, że kiedy z kimś rozmawiam - a córka chce mi coś powiedzieć - to nie zwracam na to uwagi. Walczę z tym, bo dziecko to odrębna osobowość, i jest to dla mnie bardzo ważne. Nie staram się też przekładać na dziecko swoich kompleksów. Nie skończyłam szkoły muzycznej, ale to nie oznacza, że Zośka od razu musi chodzić do konserwatorium.

Jakim dzieckiem jest Zosia?

- Szalenie pogodnym. Budzi się z uśmiechem na twarzy i to jest dla mnie najważniejsze, bo oznacza, że nie zniszczyłam w dziecku dziecka. Ostatnio, na przykład, powiedziała, że nie chce dorastać i nie chciałaby wyprowadzać się z naszego domu. To, że Zosia kocha swój dom, uważam za wielki sukces macierzyński.

Wkrótce przystąpi do Pierwszej Komunii Świętej?

- Tak. W zasadzie to już lada dzień. Bardzo się cieszę, że wszystkie dziewczynki będą miały identyczne sukienki. Nie będzie tej całej rewii mody.

Stresuje się pani przed tą uroczystością?

- Nie, na szczęście przechodzimy to łagodnie, bez wariacji i szaleństw. Pierwsza Komunia powinna być przecież przeżyciem duchowym. Zależy nam na skromnej uroczystości.

Ale zapewne Zosia sporządziła listę wymarzonych prezentów?

- Nie, nie. W sumie ma wszystko, co chce i rzeczy materialne nie są dla niej tak ważne.

A gdzie zorganizuje pani to rodzinne spotkanie?

- W lokalu. Chcę zaoszczędzić sobie nerwówki przygotowań. Nie myśleć, gdzie jest widelec a gdzie łyżka, gdzie kogo posadzić i gdzie kupić kurczaka, żeby było taniej. Nie chcę, aby tego dnia takie sprawy zaprzątały mi głowę. Mam zamiar przeżyć pierwszą komunię razem z córką.

Zosia zadaje trudne pytania?

- Od samego początku. Dzięki czemu jestem już wyszkolona (śmiech) i potrafię sobie z tym poradzić. Pyta, na przykład, o śmierć, ponieważ boi się, że umrzemy. Chce wiedzieć, co wtedy będzie. Jej życie jest jeszcze bardzo beztroskie. Cieszę się, że w dorosłym życiu będzie mogła oprzeć się o cudowne dzieciństwo.

- Cały czas powtarza, że ma jak raju. A ja daję jej siebie, swój czas. Każdego dnia staram się coś dla niej zrobić. Wiem, że za chwilę wyfrunie z naszego gniazda. Dlatego chcę się nią nacieszyć i pielęgnuję te chwile, które razem spędzamy. To jest teraz najważniejsze.

Nie zarzuca sobie pani, że Zosi poświęca zbyt mało czasu?

- Nie. Mój dzień dzieli się na pracę i dom, w którym zajmuję się Zosią. Nie ma nic więcej. Czasami, oczywiście, spotykam się ze znajomymi, ale nie wychodzę do teatru czy kina. Nie bywam na imprezach - to dla mnie to strata czasu.

Kiedyś pani jednak bywała…

- Owszem, ale wtedy nie byłam matką. Być może wrócę na salony, kiedy Zosia będzie już miała swoje życie. Bo dziecku trzeba pozwolić odejść i nie żyć jego życiem. Wtedy będę miała czas dla siebie.

Późne macierzyństwo ma więcej plusów czy raczej minusów?

- Moim zdaniem - plusów. W zasadzie nie dostrzegam żadnych minusów. Zosia jest szczęśliwa, ma ogród, zieleń i koleżanki. To tworzy sielski, cudowny obraz. Myślę, że nic nie przegapiłam, bo staram się żyć czujnie.

Fryderyk Kuś

Świat i ludzie nr 20/2010

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje