Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marzy mi się jeszcze wielka i szczęśliwa miłość...

Przez dwadzieścia lat życia była matką Polką, dla której liczy się tylko dobro rodziny i praca. Aż kiedyś zapragnęła zmiany, wreszcie pomyślała o sobie. Teraz jest inną kobietą.

Gdy w sierpniu 2007 roku przestała być ministrem pracy i polityki społecznej, zaczęła szukać pomysłu na siebie, na dalsze życie. Zupełnie niespodziewanie drogowskazem okazała się podróż do Bombaju. Podczas pobytu w Indiach Anna Kalata (45) wyciszyła się i znalazła siłę, by całkowicie zmienić swój świat. Została przebojową kobietą biznesu, po latach trudnego związku odważyła na rozwód. A do tego jeszcze wypiękniała...

Reklama

Co to są zachcianki kontrolowane według Anny Kalaty?

- Od kiedy mieszkam w Bombaju, pokochałam indyjską kuchnię. Lubię szaszłyki tikka z kurczaka lub ryb, mam słabość do ciepłego pieczywa naan. Staram się jednak uważać na to, co jem. Na własny użytek stworzyłam sobie dietę, dzięki której zrzuciłam dokładnie 38 kilogramów. Królują w niej warzywa gotowane na wodzie, owoce i chude mięso. Wszystko to sprawia, że od dwóch lat utrzymuję stałą wagę, rozmiar 52 zamieniłam na 36. A to dzięki jednej podróży do Indii...

Schudła pani z miłości do Indii?

- 15 czerwca 2007 roku poleciałam do Indii jeszcze jako minister pracy i spraw społecznych. Zachwyciłam się wielobarwnością indyjskiej kultury, tamtejszą filozofią życia. Po powrocie postanowiłam, że zacznę się zdrowo odżywiać, jeść mniej i świadomie. Dieta była też impulsem, by totalnie zmienić życie.

W ministerstwie mówiono, że jest pani uparta i zawsze dąży do celu.

- Jak każdy mam swoje słabości. Ale to fakt, zawsze miałam silną wolę, wiedziałam czego chcę i byłam konsekwentna.

Jak na pani przemianę zareagowali najbliżsi?

- Dzieci wyznały, że są ze mnie bardzo dumne. W mojej rodzinie kilka osób dosyć spektakularnie zbiło wagę, ale potem następował efekt yo-yo. Więc może zaczęłam ową świecką tradycję? Na razie syn martwi się, żebym nie była już szczuplejsza. Kiedy dostałam propozycję udziału w "Tańcu...", poprosił mnie: mama, błagam, nie chudnij już więcej!

Metamorfoza nie pomogła jednak ocalić pani małżeństwa. A może wręcz przyspieszyła jego rozpad?

- Rozwód był nieunikniony, a wyjazd do Indii dodał mi odwagi, by decyzję szybko podjąć. W moim życiu przyszedł czas na zajęcie się sobą. Poznaję własne pragnienia i pokonuję bariery. Każdy ma w swoim życiu taki moment, gdy chce coś w nim zmienić. Moje marzenia stały się rzeczywistością. Przeżywam teraz drugą młodość.

Czy za pani przemianą nie kryje się jakiś tajemniczy mężczyzna?

- Od jakiegoś czasu jestem wolna... Przyznaję, mam wielu adoratorów, ale teraz przede wszystkim koncentruję się na sobie. Już wiem, że udany związek wymaga opieki i zaangażowania. Na razie chcę inwestować w siebie. Po 27 latach bycia żoną mogę pozwolić sobie na chwilę wytchnienia. Choć... nie ukrywam, że marzy mi się jeszcze wielka miłość.

A może ta przemiana jest pierwszym krokiem w pani powrocie na polityczne salony?

- Miałam propozycję wstąpienia do partii, ale odmówiłam. Nie angażuję się już w to. Działam biznesowo w Indyjsko-Polskiej Izbie Gospodarczej, piszę też książkę, w której ujawniam szczegóły przemiany i nowego życia. Bardzo dobrze czuję się w Indiach, w tym co robię. Nie chcę tego zmieniać.

Czy poważnej kobiecie biznesu przystaje takie fikanie nogami w "Tańcu z gwiazdami"?

- A dlaczego nie zrobić w życiu czegoś szalonego? Jestem twardą kobietą interesu i to czy tańczę w jakimś programie, czy też nie, nie ma najmniejszego wpływu na moją pracę. Ucieszyłam się z propozycji udziału w tym programie. Wprawdzie taneczna przygoda właśnie dobiegła końca, ale ja dalej zamierzam trenować. Taniec to fantastyczny trening dla ciała i kolejny element, który sprawia, że doskonale się czuję i całkiem nieźle wyglądam.

IL

Świat i Ludzie 40/2010

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje