Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ja się po prostu nie mieszczę w telewizyjnym kadrze

Zwykle na innych patrzy z góry... Ale tylko z racji swojego wzrostu. Widzowie polubili go za wyjątkowo uszczypliwy humor i ludzką bezpretensjonalność.

Dziennikarz wszechstronny: dobrze radzi sobie w prasie, nie gorzej w radiu, a już najlepiej w telewizji. Charakterystyczna wysoka i szczupła sylwetka jest jego znakiem rozpoznawczym. Sprawia wrażenie wiecznego młodzieńca, który bez przerwy żartuje. Nic bardziej mylnego. Marcin Prokop (33) jest dojrzałym realistą, który chłodnym okiem patrzy na swoją popularność.

Reklama

Witam jednego z największych dziennikarzy telewizyjnych w Polsce. To ile pan dokładnie mierzy?

Marcin Prokop: - 205 centymetrów.

Jak w takim razie pracuje się panu z Dorotą Wellman, tak energiczną, ale też o wiele niższą od pana kobietą?

- Fenomenalnie, zwłaszcza, że przez większość czasu siedzimy. Natomiast są takie sytuacje, gdy ja się po prostu nie mieszczę w kadrze. Wtedy trzeba ustawiać kamery specjalnie pod moim kątem. Bywa to zabawne.

A pana życiowa partnerka, która jest chyba niską kobietą…

- Marysia taką niską kobietą nie jest. Ma 170 cm wzrostu. To chyba taka norma wśród pań...

Różnica wzrostu jest jedyną, której nie jesteście w stanie zaradzić. Stanowicie zgodną i radosną parę. Czemu to zawdzięczacie?

- Odpowiem cytatem z Katarzyny Grocholi - "To tylko miłość".

Pana partnerka Maria Prażuch wychowała się w USA, tam ma rodzinę, przyjaciół. Nie myśleliście o tym, żeby się przenieść do Stanów na dobre?

- Jeździmy do USA na wakacje, spędzamy tam większość świąt, ale nasz dom jest tutaj. Stany to kraj, który przypomina ciastko z kremem - fajnie jest od czasu do czasu je skonsumować, ale... gdybym miał jeść je codziennie, stałoby się niestrawne.

Jakie są pana najbliższe plany zawodowe? Jakieś nowe projekty?

- Nie mam naprawdę czasu na dodatkowe zajęcia, bo kalendarz mam szczelnie wypełniony. "Automaniak", "Mam talent", "Dzień Dobry TVN" i Radio Zet. A od niedawna jestem redaktorem naczelnym magazynu "Stuff". Czy to nie dość?

Ależ dość! A jak się panu pracuje na stanowisku naczelnego? To miesięcznik poświęcony gadżetom?

- Tak. Interesuję się tym. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania w naszej rzeczywistości bez, na przykład, smartfona, który tak naprawdę jest dla nas przenośnym biurem.

Co innego gdyby chodziło o samochód, prawda?

- To jest pytanie podchwytliwe i oczywiste. Samochody to moja pasja. Potrafię godzinami śledzić ogłoszenia motoryzacyjne w internecie dla samej przyjemności patrzenia na auta.

To dlatego rozbija się pan teraz obłędnym Ferrari po Warszawie?

- To akurat jest element kampanii reklamowej nowej gry komputerowej, która wchodzi właśnie na rynek. Auto nie należy do mnie. Szkoda...

Jest pan celebrytą, czyli osobą powszechnie znaną, rozpoznawaną - i to nie tylko z racji wzrostu godnego Longinusa Podbipięty. Jak pan sobie z tym radzi?

- Szczerze mówiąc to po prostu staram się nie myśleć o sobie w kategoriach celebryty. Nie wydaje mi się, żebym był jakimś szczególnie wyjątkowym człowiekiem na tle tych, którzy spacerują po ulicy. Tak... pomijamy wzrost. Popularność na pstrym koniu jeździ. Dzisiaj mnie pozdrawiają, jutro mogą na mnie wieszać psy, Więc w ogóle się nie przyzwyczajam do myśli, że jestem osobą popularną.

Widać, że jest pan mężczyzną twardo stąpającym po ziemi. Jaką zasadą pan się w życiu kieruje?

- Myślę, że mógłbym podpisać się pod przysięgą lekarską: "Najważniejsze to nie szkodzić". Czyli: rób wszystko, aby ci się w życiu żyło wygodnie i przyjemnie, ale nie rób innym krzywdy.

Michał Wichowski

Świat i Ludzie 42/2010

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Prokop | Dorota Wellman | Maria Prażuch

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje