Reklama

Reklama

Do wspomnień nie zaglądam

Jest legendą piosenki. I to nie tylko polskiej, bo w latach 70. robił oszałamiającą karierę w ZSRR. W Australii mówiono o nim, że śpiewa lepiej niż Frank Sinatra.

Wciąż elegancki i mimo swoich 76 lat w świetnej formie wokalnej. Nie nagrywa nowych utworów, bo nie podobają mu się propozycje, jakie otrzymuje. Poza tym jest zadowolony ze swojego piosenkarskiego życia. Narzeka tylko na wiek i... niektóre decyzje urbanistyczne, które jego, niedoszłego architekta, bolą.

Reklama

Świat i Ludzie: Mówi pan, że jest już zmęczony śpiewaniem. Pana grafik jest napięty.

Jerzy Połomski: Ludzie są wciąż ciekawi, czy jeszcze ruszam nogami, jak wyglądam. Ostatnio miałem trochę więcej koncertów, ale zwykle nie przesadzam z występami. Już nie te oczy...

Mówi pan o zaćmie?

- Raczej o przemijaniu... O operacji mówić nie chcę. Coś tam przeszedłem, czegoś uniknąłem, z czegoś innego się wydobyłem, ale nie reklamuję tego, bo to bez sensu.

Wróćmy do koncertów. Występuje pan regularnie.

- Bo muszę śpiewać... Co innego miałbym robić? Na reaktywowanie aktorstwa, którego tak naprawdę nigdy nie zacząłem, choć mam dyplom aktora dramatu i estrady, jest za późno, bo w aktorstwie trzeba terminować. A publiczność mnie pamięta i zaprasza, więc śpiewanie uważam za swój obowiązek.

Kto dziś przychodzi na pana koncerty?

- Każdy piosenkarz jest bohaterem głównie swojego pokolenia i głównie na nie może liczyć. Nie chcę na siłę wkupywać się w łaski młodszych. Oni lubią artystów modnych, dobrze ubranych. U mnie z głosem i wyglądem może być już tylko gorzej.

Ale był pan pierwszym polskim wykonawcą, który występował w garniturze od Pierre'a Cardina…

- Kupił mi go impresario w Stanach. W Buffalo jakiś rosły Murzyn, jak twierdziła policja, wybił szybę w autokarze i ukradł mój garnitur oraz suknię Ireny Kwiatkowskiej. Ciekawe, jaką miał minę, jak wyjął z toreb te nasze ubranka i zobaczył ich rozmiary? Ja nie narzekałem, bo odtąd byłem bardziej elegancki.

Wciąż bywa pan w USA?

- Miewam koncerty dla Polonii, choć już rzadziej. Przy okazji odwiedzam brata na Florydzie. Nie jestem jednak aż taki rodzinny, żeby zawracać mu głowę dłużej niż tydzień. Tu jestem u siebie, a tam umarłbym z nudów.

A działka pana nie nudzi?

- Ostatnio bywam na niej rzadko. Swego czasu straciłem tam pół zdrowia. Bo to jest leśna działka, a ja w piasku Mazowsza wykopałem sto dołów, aby sadzić drzewa owocowe.

Sad w lesie?

- Opamiętałem się. Zrozumiałem też, że walka z naturą nie ma sensu.

Dlaczego?

- Bo w lesie powinny rosnąć tylko leśne rośliny. Zresztą kiedy działka jest dzika, podoba mi się najbardziej.

Co zatem pan robi?

- Dbam o zdrowie, czytam. Ostatnio pamiętniki. Do wspomnień z mojej branży nie zaglądam, bo mniej więcej znam to wszystko. Często w innej wersji, niż to zostało opisane. Lubię ludzi z ich brakami i wadami, których i mnie los nie poskąpił.

Skąd w panu tyle ironii?

- Mam dystans do siebie, do zawodu, do ludzi. Nie można brać wszystkiego na serio, bo szkoda życia.

Co pan bierze na serio?

- Uczciwość. Bycie w zgodzie z samym sobą, z własnym sumieniem.

Hubert Musiał

Świat i Ludzie nr 27/2010

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje