Reklama

Reklama

Coraz częściej myślę o stabilizacji!

Zrozumiał, że czas na zmiany. Szuka swego miejsca na ziemi, wciąż wierzy i czeka na dojrzałą miłość.

W swoim zawodowym dorobku Marek Włodarczyk (58) ma kilkadziesiąt ról filmowych i serialowych. Robi karierę w Polsce i za granicą. Wciąż żyje na walizkach... Przede wszystkim jednak jest kochającym ojcem trzech fantastycznych chłopaków.

Reklama

Odnalazł pan już swoje miejsce na ziemi? Bliższy pańskiemu sercu jest Hamburg czy może jednak Warszawa?

Marek Włodarczyk: - Między Hamburgiem a Warszawą wybrałbym Majorkę. W tym miejscu jest zdecydowanie cieplej i częściej świeci słońce. Poza tym do każdego miejsca w Europie docierasz szybciej i niejednokrotnie taniej. Jednak gdzie wyląduję w przyszłości - czas pokaże. Może to będzie Majorka?

Dlaczego właśnie tam?

- Mój przyjaciel mieszkający w Düsseldorfie powiedział mi, że jak skończy 50 lat, to przestaje pracować. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu rzeczywiście zrealizował swoje postanowienie. Wyjechał na Majorkę i kupił tam duży dom. Ostatnio zaprosił mnie nawet do siebie. Szalenie spodobało mi się nie tylko to miejsce, ale również sposób na życie, który wybrał. Kto wie czy jego postępowanie nie zainspiruje mnie do działania?

Poruszmy temat kobiet. Wierzy pan jeszcze w miłość?

- Oczywiście! Ostatnio coraz częściej i poważniej o tym myślę. Niestety, mój zawód nie sprzyja trwałym związkom. Aktorstwo wymaga dużej niezależności. Jednocześnie chciałoby się mieć jednak swój kąt, jak również kobietę, do której zawsze można się przytulić. Wielką sztuką jest pogodzić te dwie rzeczy, jeżeli chcemy być odpowiedzialni, uczciwi i szczerzy wobec tej wybranej...

Tak się złożyło, że pańskimi życiowymi partnerkami były aktorki. Czy w show-biznesie związki z osobami spoza branży są niemożliwe?

- Absolutnie nie! Tak jest z reguły, ale ja nie jestem zwolennikiem tej teorii. To nie przypadek, że akurat dwie moje partnerki były aktorkami. Teraz przyszedł czas na zmiany i skoro tak dużo mówimy o stabilizacji, to... tym razem szukam kogoś spoza branży!

Zabrzmiało, jakby to było jedno z pańskich postanowień noworocznych!

- Jest ich trochę na ten 2012 rok. Przede wszystkim muszę uważać na nowe znajomości. W minionym roku kilka razy się na tym przejechałem i obiecałem sobie, że już nigdy więcej nie może się to powtórzyć. Jestem człowiekiem bardzo ufnym i otwartym do ludzi. I na szczęście rzadko się myliłem... aż w końcu przekonałem się, że tak nie jest. Dlatego teraz postanowiłem być bardziej ostrożny. Najpierw poznam, a dopiero później zaufam. I nie dotyczy to wyłącznie relacji męsko-damskich.

Synów chyba też nie? Jaki ma pan z nimi kontakt?

- Zawsze bardzo ciepło o nich myślę! Przede wszystkim chciałbym, żeby mieli szansę i możliwość realizacji swoich planów.

Jest pan z nich dumny?

- Oczywiście, że tak! W tym moim zabieganiu starałem się znajdować dla nich jak najwięcej czasu. Każdemu z nich oferowałem - i robię to do dziś - swoją pomoc. Zawsze dokładałem wszelkich starań, aby było nam jak najlepiej.

Czym zajmują się teraz pana chłopcy?

- Najstarszy Patryk mieszka w Wiedniu i jeszcze studiuje. Wybrał sobie aż dwa kierunki - prawo międzynarodowe i doradztwo dla przedsięwzięć gospodarczych. Oprócz tego prowadzi interesy, które pozwalają mu egzystować. Ma ambicje. Poza tym jest już ojcem. Te wszystkie obowiązki naprawdę ciężko ze sobą pogodzić. Czasem wydaje mi się, że za dużo wziął na swoje barki. Na szczęście ma jednak świadomość tego, że zawsze może na mnie liczyć.

A co słychać u Vincenta?

- Mój średni syn chce sobie teraz trochę pofruwać. Zadecydował, że złoży dokumenty do szkoły Lufthansy. Vincent chce zostać pilotem. Nie jest łatwo dostać się na te studia, ale życzę mu wszystkiego najlepszego! Niech spełnia swoje marzenia. Ostatnio oznajmił mi, że chce przygotować się do prawdziwego życia. I tak też uczynił. Za kilka dni wyjeżdża na pół roku do Australii.

I co on tam będzie robił?

- Zamierza podróżować i jednocześnie pracować. Sam jestem ciekawy co z tego wyjdzie. Studia zaczyna od lipca, dlatego pod koniec czerwca musi wrócić do Hamburga.

Został jeszcze Simon. Może chociaż on pójdzie w ślady taty?

- Cieszę się, że nie tylko ja uważam, że chociaż jeden z nich powinien zostać aktorem. Cóż mogę powiedzieć... Cała moja nadzieja w najmłodszym. Jak na razie nie mam chyba jednak na co liczyć, bo Simon cały czas improwizuje.

Alicja Dopierała

Świat i Ludzie 3/2012

Dowiedz się więcej na temat: Marek Włodarczyk | aktorstwo | ojcostwo

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje