Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Andrzej Chyra: Czy kiedyś się ustatkuje?

Zawodowo znów odniósł sukces. Ale czy prywatnie ma go z kim świętować?

Niektórzy twierdzą, że za oceanem za tę kreację niechybnie dostałby Oscara. Nie jest więc zaskoczeniem, że Andrzej Chyra za swoją ostatnią rolę - księdza homoseksualisty w filmie Małgorzaty Szumowskiej "W imię..." - zgarnął Złotego Lwa dla najlepszego aktora i został niekwestionowaną gwiazdą numer jeden tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Złotego Lwa odebrał po raz trzeci

Reklama

- Zagrałem w bardzo dobrym i ważnym filmie. Mam szczęście, że większość obrazów z moim udziałem, zawsze miała drugie dno. Dotykała ważnych spraw - wyznał aktor, dzierżąc prestiżową statuetkę. - Nie mam tak wielu dużych ról na koncie. Sporo gram, także takiej aktorskiej drobnicy. Więc jeśli uda się dostać nagrodę, to cieszę się z tego docenienia - dodawał skromnie, choć otrzymanie tej nagrody wcale nie jest dla niego nowością.

Andrzej Chyra bowiem laureatem za najlepsze męskie kreacje na festiwalu w Gdyni był już trzykrotnie: pierwszy raz w 1999 roku za film "Dług", drugi - 5 lat później za "Komornika". Ale Złote Lwy to tylko część jego statuetkowej kolekcji.

Z tych najbardziej wartościowych w branży filmowej trofeów aktor ma także Złotą Kaczkę przyznawaną od 1956 roku przez miesięcznik "Film" i jego czytelników oraz trzy nagrody Polskiej Akademii Filmowej nazywane polskimi Oscarami - Orły. Udany debiut w "Kolejności uczuć" równo 20 lat temu, 49 tytułów filmowych w dorobku i niezliczone występy na deskach teatralnych. Sukcesu zawodowego Andrzejowi Chyrze trudno niewątpliwie odmówić.

Z życiem prywatnym już inaczej...

Kilka lat emocjonalnej huśtawki

Mimo że, patrząc na niego, trudno w to uwierzyć, w sierpniu przyszłego roku aktor świętować będzie swoje 50. urodziny. Towarzystwa kobiecego mu bezsprzecznie nie brakuje, tyle że żadna z tych licznych znajomości nie wydaje się niczym poważnym.

Jedynym związkiem, który oficjalnie zapowiadał się na coś więcej, był trwający oficjalnie 4 lata z piękną koleżanką po fachu Magdaleną Cielecką.

Andrzej i Magdalena poznali się 12 lat temu w warszawskim Teatrze Rozmaitości, kiedy on był mężem producentki i aktorki Marty Kownackiej, ona natomiast związana była z reżyserem Grzegorzem Jarzyną. Zagrali razem w sztuce "Bachantki". Ale emocje wzięły górę dopiero później, gdy przygotowywali reżyserowaną przez partnera Magdaleny sztukę "Uroczystość".

Niedługo potem aktorka zakończyła swój związek, a aktor wyprowadził się z domu pod Warszawą, w którym mieszkał z żoną. Relacje aktorskiej pary były jednak mocno burzliwe i wcale nie zakończyły się na oficjalnym rozstaniu w 2007 roku. Nawet jeszcze w zeszłym roku spekulowano, że ciągle mają się ku sobie.

Faktem jest natomiast, że od kiedy rozpadł się ten związek, aktor rzucił się w wir imprez, nierzadko mocno zakrapianych alkoholem, i licznych romansów.

Ciągle szuka prawdziwej miłości?

- Powinienem chyba zacząć się już niecierpliwić, bo lata lecą, a ja ciągle taki samotny biały żagiel. Bardzo dużo podróżuję, nie tylko zawodowo. Jeździłem sam na narty, na nurkowanie, ta samotność już mi się trochę znudziła - wyznał szczerze Andrzej Chyra kilka miesięcy temu, zapytany o miłość.

Wydaje się, że nadal liczy, że spotka tę wyjątkową i prawdziwą. I najwyraźniej poszukuje, bo również podczas gdyńskiego festiwalu aktor nie próżnował.

W Gdyni wokół aktora zainteresowanych nim kobiet nie brakowało. Szczególnie, gdy zapadał zmrok, chociażby na imprezie po gali rozdania Złotych Lwów. Aktor ze znanym sobie urokiem flirtował z różnymi koleżankami, a potem niejedna z dam znalazła się na tanecznym parkiecie w jego objęciach.

A z Gdyni do Warszawy wrócił samochodem z pewną blondynką, którą już raz - latem tego roku - widzieliśmy z nim na obiedzie w jednej z warszawskich restauracji.

RB


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje