Reklama

Reklama

Boskie wnętrza

Świątynie – choć wydają się być synonimem trwania – również ulegają transformacjom. Te, które nie służą już wiernym, zwykle zyskują drugie życie. I to takie, od którego niejednemu duchownemu włos zjeżyłby się na głowie.

Liczby dają do myślenia: W Niemczech w niedzielnym nabożeństwie regularnie uczestniczy ok. 10 proc. katolików i protestantów. We Francji: 6-8 proc. Nawet w uznawanej za religijną i konserwatywną Irlandii, odsetek praktykujących wiernych nie jest imponujący: co niedzielę do kościoła chodzi zaledwie co 4. wierzący. Brakuje nie tylko tych, którzy w mszach uczestniczą, ale również kapłanów, którzy mogliby je sprawować - kościół już od dłuższego czasu informuje o spadku powołań. Mniej wiernych to nie tylko puste kościoły, ale również topniejące wpływy do parafialnych budżetów. Te, coraz chudsze, często nie wystarczają na utrzymanie budynków. Nic więc dziwnego, że kolejne parafie decydują się na zamykanie świątyń. 

Obrazy wyprowadzić

Reklama

Desakralizacji dokonuje się np. na wniosek proboszcza lub wspólnoty parafialnej. By nie dopuścić do profanacji, z budynku wynosi się najświętszy sakrament, przedmioty kultu, szaty liturgiczne. Mogą one później trafić do innej świątyni lub do muzeum. Przed tabernakulum gaśnie światło. Ołtarz  - jako obiekt nigdy nie tracący swego przeznaczenia i konsekracji - jeśli nie może być przeniesiony, jest niszczony. 

Ile świątyń rocznie poddaje się takiej procedurze? O dokładne dane, opisujące zjawisko w globalnej skali, trudno. Pewien obraz dają jednak statystyki, odnoszące się do poszczególnych krajów. Dla przykładu, wydawany w Chicago magazyn "The Christian Century" podaje, że każdego roku w USA zamyka się blisko 4 tys. kościołów. W Holandii zaś, w ciągu ostatnich 10 lat zlikwidowano tysiąc świątyń.  

To, co później dzieje się z ześwieczczonym obiektem,  w dużej mierze zależy od jego nowego właściciela. O ile taki się znajdzie. Wśród budowli sakralnych są bowiem obiekty bardziej i mniej podatne na modyfikacje. Największym powodzeniem wśród nabywców cieszą się budowle gotyckie i neogotyckie - wysokie sufity, duże okna i misterne detale, czynią z nich idealne pole do wnętrzarsko - funkcjonalnych eksperymentów. Przeprowadzanych oczywiście pod okiem i za zgodą konserwatora zabytków.

Niebo w gębie

Jednymi z najczęstszych - i najbardziej nagłaśnianych przez media -  rodzajów transformacji, jest przekształcenie świątyni w lokal gastronomiczny.

Choć funkcja zmienia się diametralnie, forma kościoła zwykle pozostaje zachowana. Utrzymany zostaje wyraźny podział na korpus nawowy, prezbiterium i kaplice, nie rozbiera się empory, na której stoją organy. Niezmienione pozostają również dekoracje: mozaiki, polichromie, posadzki, przeszklenia. Chodzi nie tylko o zalecenia wspomnianych wyżej konserwatorów, czy wymogi konstrukcyjne budynku, ale również o czystą komercję: przecież właśnie to, że lokal funkcjonuje w dawnym kościele, jest głównym wabikiem dla klientów.

Więcej - do przeszłości odwołuje się czasem sama nazwa i menu lokalu. Chwała (Portland, USA), Chleb nasz powszedni (Veneta, USA), Kościelny browar (Pittsburg, USA) - to tylko kilka przykładów. Restaurator z Gandawy w dawnym kościele klasztornym p.w. św. Bernardyna otworzył zaś  targ jedzeniowy pod nazwą "Holy Food Market". W wielkiej hali, oświetlanej przez ostrołukowe okna, zakupić można specjały o nazwach takich jak: manna z nieba, czy woda święcona.


Dance macabre

Pomysł przekształcenia kościoła w restaurację, potrafi wzbudzić kontrowersje. Prawdziwa burza rozpętuje się jednak, gdy nowy właściciel obiektu ogłasza, że niegdysiejsza świątynia stanie się... dyskoteką. Przykłady takich metamorfoz można znaleźć nie tylko na Zachodzie, ale również w Polsce.  Na przełomie wieków głośno było o kościele w Wieldządzu pod Toruniem. Dawna świątynia ewangelicka po desakralizacji długo pełniła funkcję magazynu. Nowy właściciel postanowił jednak przerobić ją na klub: w prezbiterium stanęła didżejska konsola, obok zamontowano dziesięciometrowy bar, w niszach i kaplicach ustawiono stoliki, a zakrystia pełniła rolę szatni.  Słów krytyki nie brakowało. Podobnie jak chętnych do weekendowej zabawy. Zamieszanie wokół dyskoteki zrobiło się tak duże, że klub doczekał się nawet poświęconego mu filmu dokumentalnego. 

W 2016 obiekt został wystawiony na sprzedaż. Cena jak na gigantyczną, zabytkową powierzchnię, całkiem przystępna: zaledwie 220 tys. złotych.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje