Reklama

Reklama

Katarzyna Bosacka: Magiczne superfoods? Sprawdzam!

Dużo pani mówi o ekologii, o śladach węglowych, a pierwszy przepis w książce to rosół. Rosół, czyli mięso... 

Reklama

- Myślę, że byłoby nieuczciwe, gdyby człowiek, który zajmuje się jedzeniem, był skrajnym weganinem albo frutarianinem, bo wtedy pozostałe smaki są dla niego niedostępne i nie zdobywamy wiedzy na temat innych produktów. Uważam, że potrzebny jest zdrowy balans. Chcemy być ekologiczni, ale nie będziemy przecież chodzić w łapciach z łyka, nie będziemy jeść skórek z arbuzów albo naci z marchwi, skoro nigdy tego nie jedliśmy. Nać marchewkowa jest obrzydliwa. Testuję te wszystkie mądrości z internetu typu: "Zjedzmy pestkę z awokado. Trzeba ją wysuszyć i zetrzeć na tarce". Spróbowałam, jest obrzydliwa. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy to robić.

- Światowa Organizacja Zdrowia mówi jasno: człowiek dorosły nie powinien jeść więcej niż 0,5 kg mięsa czerwonego tygodniowo. Ja jem go jeszcze mniej. A dlaczego zaczynam od rosołu? W czasie lockdownu odbierałam wiele telefonów od zrozpaczonych koleżanek. Ktoś ma męża po sepsie, ktoś dziecko z nerczycą, które nigdy nie było szczepione. Ludzie się bali wirusa, braku odporności. A rosół daje poczucie bezpieczeństwa. To smak dzieciństwa i ukojenie na każdy ból. Kiedy jako dzieci chorowaliśmy, to w niemal każdym domu mama, babcia czy tata przychodził i mówił: "O, masz gorączkę, ugotujemy rosół". Rosół rzeczywiście otwiera górne drogi oddechowe, bo uwalnia olejki zawarte w cebuli, lubczyku, natce pietruszki. Dodaję do niego jeszcze imbir, by był bardziej rozgrzewający.

- Kieruję się dewizą: żyj i pozwól żyć innym. Chcesz jeść tylko warzywa - jedz, twoja sprawa. Chcesz jeść samo mięso, jedz, ale pamiętaj, że to prowadzi do konsekwencji i dla zdrowia i dla środowiska. Ważny jest złoty środek. Coraz więcej mówi się o diecie fleksitariańskiej opartej w głównej mierze na roślinach, ale pozwalającej raz na miesiąc czy dwa zjeść tatara w ulubionej restauracji. Nie podoba mi się hejt i błoto jakim wzajemnie obrzucają się w internecie weganie i mięsożercy. Ludzie nie potrafią się nawzajem zaakceptować. Moje dwie córki są wegetariankami, my z mężem wolimy hummus od schabowego, ale nasi synowie uwielbiają jeść mięso. I co mam zrobić? Jesteśmy różni i powinniśmy mieć dla siebie dużo cierpliwości i tolerancji.

Gdyby miała pani wymienić największy grzech żywieniowy Polaków, co by to było?

- Po pierwsze cukier, po drugie sól. Cukier na pierwszym miejscu. Jest ukryty wszędzie: w białych bułeczkach, białych chlebach, ciasteczkach, ale też w groszku konserwowym, w pasztetach, w wędlinach. Niemal w każdym produkcie jest dosypka cukru, o czym wiedzą najlepiej osoby zmagające się z cukrzycą. 

- Po drugie sól. 60 procent Polaków ma nieprawidłowe ciśnienie tętnicze, najczęściej nadciśnienie, które jest bezpośrednio związane ze spożyciem soli. Jeden z kardiologów opowiadał mi historię czterdziestoletniego wysportowanego pacjenta, który cierpiał na nadciśnienie. Okazało się, że żywił się głównie w restauracjach, a tam lubią solić i to bardzo. Pacjent został wysłany na dietę. Sam sobie gotował kaszę i warzywa bez soli, z dużą ilością ziół. Po miesiącu nadciśnienie zostało opanowane. Wystarczyło, że wyjechał na narty na tydzień i jadł poza domem, a ciśnienie natychmiast skoczyło w górę. To pokazuje, w jaki sposób dieta może wpływać na człowieka.

- Cukier należy schować do kredensu, a solniczkę zdjąć ze stołu. Oczywiście nie chodzi o to, żeby się katować i nagle wszystko jeść bez soli, ale można ją ograniczyć. Spróbować zjeść pomidora czy ogórka bez soli. Jeśli doprawiamy kurczaka gotową przyprawą, to nie dodajemy już soli, bo ona na 100 proc. już w tej przyprawie jest. Musimy na to zwracać uwagę zwłaszcza po 40. roku życia.

Myśli pani, że pandemia wprowadziła trwałe zmiany w sposobie odżywiania Polaków?

- Sporo się poprawiło, bo zaczęliśmy sami gotować. Nawet ludzie, którzy nigdy wcześniej nie gotowali, bardzo się rozwinęli kulinarnie i np. sami pieką chleby, wędzą ryby, robią własne wędliny. Na pewno marnujemy mniej, bo pandemia uderzyła nas po kieszeni. Wiele osób straciło pracę. Kiedyś łatwiej było wyrzucić pół miski ziemniaków z obiadu. Teraz kombinujemy, co z tym można zrobić. Na szczęście mamy internet, w którym, choćby na waszym portalu, można znaleźć mnóstwo fajnych przepisów.

Dlaczego warto kupować pomidory z szypułkami? Czytaj na następnej stronie>>>

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje