Reklama

Reklama

To cud, że się jeszcze nie udusiłam

Z IZABELLĄ FRĄCZYK, autorką „Koncertu cudzych życzeń” rozmowa o źrebaku Aramisie, wpadaniu w kosmiczne tarapaty i odnajdywaniu radości oraz tajnikach zarządzania ośrodkami narciarskimi

- Przeczytałem gdzieś, że jest Pani 200-procentową realistką i w związku z tym, że pisanie to rodzaj odlotu. To w takim razie - co było na początku tego odlotu, który się nazywa "Koncert cudzych życzeń"?

Reklama

- To fakt, przy moich pierwszych dwóch powieściach tak bardzo wczuwałam się w akcję, że nie wiedziałam na jakim świecie żyję. Nie zliczę, ile razy dzwoniono ze szkoły, że zapomniałam odebrać dzieci, ile razy zapomniałam ugotować obiad lub też jak często zawaliłam to i owo, co było dla wszystkich dużym zaskoczeniem, bowiem mam opinię tzw. solidnej firmy. Jak dziś pamiętam reakcję moich małych wtedy dzieci na kolejny, nowo otwarty  plik w Wordzie. Przerażone szeptały między sobą: "Jezus Maria! Mamusia znowu książkę pisze." (śmiech). Istotnie, w tym czasie trzeba mnie było pilnować, bo żyłam jednocześnie dwoma życiami, w dwóch różnych światach, ale na szczęście z czasem oprzytomniałam, nabrałam pewnej wprawy i nauczyłam się oddzielać od siebie te dwa życia, więc teraz u nas jest już w miarę  normalnie.

A co było na początku mojej Stajni w Pieńkach? Otóż zaskoczę. Inspiracją była śmierć...

- Ojej.

- Pewnego lata, goszcząc z rodziną na wakacjach w zaprzyjaźnionej stadninie, byliśmy świadkami śmierci źrebaka. Aramis od początku był pechowy. Urodził się w piątek trzynastego, przyszedł na świat z trudnościami, kobyła ciężko przeszła poród. Mały nie chciał jeść. Same kłopoty, ale przez to stał się ulubieńcem wszystkich, aż po trzech miesiącach padł ofiarą skrętu jelit. Dziesięć godzin weterynarze walczyli o jego życie. Bez skutku, nie przeżył nocy. Płakaliśmy wszyscy. Następnego dnia popędziłam quadem odreagować na tamtejsze bezkresne bezdroża i tam mnie natchnęło, by jakoś ocalić tego  biednego malucha od zapomnienia. Tak właśnie urodził się "Koncert..." i reszta.

- Nie oszczędza Pani na początku swoich bohaterów. Ciosy przyjmuje zwłaszcza Magda. Aż kusi by spytać: jak w życiu?

- Otóż to. Nikt z nas nie ma tak całkiem cacy, bo to niemożliwe. Niemożliwym jest również napisanie historii, gdzie wszystko dzieje się tylko dobrze. Czytelnik usnąłby przy pierwszym rozdziale. Moje powieści powstają ku pokrzepieniu serc i największą dla mnie nagrodą jest, gdy ktoś do mnie pisze, że dzięki lekturze mojej książki, po miesiącach żałoby znów zaczął się śmiać. Że po życiowym upadku dzięki mnie podniósł się z kolan i przepełniony optymizmem poszedł dalej. Że śledząc historie moich bohaterów znów dostrzegł światełko w tunelu...  To buduje. Poza tym jestem zdania, że w naszym życiu wszystko dzieje się po coś, choć niejednokrotnie dostrzegamy to dopiero z perspektywy czasu. Tu sprawdza się stare powiedzenie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, a że jestem optymistką i nigdy nie martwię się na zapas, staram się obracać porażki w sukcesy. I w życiu, i w książkach.

- W pewnym momencie wszystko się jednak zmienia. Magda dostaje spadek. Czyżby znowu z życia wzięta sytuacja? 

- No cóż, spadek, czyli miłe złego początki... Magda ma za swoje szczególnie, że nie ma pojęcia, na co się porywa. Paradoksalnie ta nieświadomość chwilami  stanowi jej siłę, bowiem nie zdając sobie sprawy, w co się pakuje, dokonuje karkołomnych niekiedy wyborów, których nikt obeznany w temacie nigdy by nie poczynił. Ta niewiedza w pewien sposób ją ratuje, oszczędza jej stresów, a czasem Magda po prostu ma szczęście. I to jest sytuacja jak najbardziej życiowa, choć osobiście ani stadniny, ani nawet starej stodoły nigdy w spadku nie otrzymałam (śmiech).

- Zawsze się zastanawiam podczas czytania tego typu książek, czy autor - podobnie jak czytelnik - też trzyma kciuki za bohaterów. Albo w ogóle nie trzyma i chce, by coś złego się przytrafiło. Na przykład zdewociałej teściowej?

- Wszystko zależy od tego ,na ile lubię danego bohatera. Złemu nie przepuszczę (śmiech), choć czasem dla przykładu i jemu przychylę nieba, żeby się opamiętał. Czasem złego nawrócę, czasem go wepchnę pod samochód, a czasem tak dam mu popalić, że tylko współczuć (śmiech). Jestem specjalistką od happy endów, a tu nie było wcale lekko. Mniej więcej w połowie trzeciej części tej trylogii, mój redaktor prowadzący z wydawnictwa stwierdził, że już marzy, żeby tej Magdzie nareszcie się udało. No bo ileż można robić tej biednej dziewczynie pod górkę?

- A znajomi bywają pierwowzorami postaci w Pani książkach?

- Prawie nigdy. Z zasady nie opisuje znajomych. Często ku ich rozczarowaniu. Przy pierwszej powieści znajomi jak dzicy rzucili się na rękopis, ciekawi co też ja o nich napisałam. A tu nic! (śmiech) Oczywiście nieraz znajdują w moich książkach sytuacje, których sami również byli świadkami, ale to tylko drobiazgi. Rzecz jasna czasem ktoś mnie zainspiruje do stworzenia pewnej postaci,  ale nigdy ten ktoś nie jest u mnie sobą w stu procentach. Każda postać z czasem sama ewoluuje. Ponieważ zawsze piszę bez konspektu i planu, zatem nigdy nie wiem, co napiszę. Generalnie moi bohaterowie robią, co chcą.

- Perypetie bohaterów "Koncertu..." na początku stresują, potem - na szczęście - zaczyna się to jakoś wszystko układać. Ba, układać... Spytam więc wprost: naprawdę wierzy Pani w cuda?

- A gdzie tam są jakieś cuda? Przecież to dopiero początek jej przygód! Tam jest samo życie, które mało kiedy nas oszczędza. Wbrew pozorom Magda jest silna, nawet sama nie wie jak bardzo.

Najważniejsze w naszym życiu to starać się być dobrym człowiekiem, ale z zasady mało kto z nas zostaje świętym (śmiech). Magda popełnia błędy, wpada w kosmiczne tarapaty, czasem ją ponosi, robi głupoty, ale ta dziewczyna myśli i czuje. Mimo problemów dba o bliskich. Czasem bardziej niż o siebie samą. Tutaj tytuł nie jest bez sensu. Ale dobro wraca. Czasem późno, ale jednak, więc może czasem warto się zastanowić.

- A wierzy Pani, że książka może przynieść pocieszenie?

- No jasne, że może! Każdy z nas w kłopocie lubi mieć poczucie, że nie tylko u nas jest źle. Taka świadomość krzepi. I nawet jeśli literatura nie przynosi pocieszenia w dosłownym tego słowa znaczeniu, to każda dobrze napisana i wciągająca książka potrafi oderwać człowieka od problemów, a to już jest dużo. Często słyszę i ogromnie miło mi z tego powodu, kiedy moi czytelnicy identyfikują się z moimi bohaterami. Nieraz na spotkaniach autorskich słyszę "opisała pani moją historię" albo "skąd mnie pani zna?". To  bardzo fajne dla pisarza, gdy wie, że jego historie celnie trafiają w czyjąś prywatną rzeczywistość.

- Pani przy kim się pociesza?

- Niestety, odkąd piszę, czytam bardzo niewiele. Albo piszę swoje, albo poprawiam swoje, albo redaguję swoje, albo myślę o swoim lub gotuję lub piszę felietony na bloga Świeżo Napisane. Na cudzą twórczość czasu mam mało, więc wybieram sprawdzonych autorów, którzy pozwalają na chwilę przenieść się w inny świat, acz pocieszenia zwykle szukam gdzieś indziej. Zazwyczaj w sobie samej. Niewiele mi potrzeba, żeby z czegoś się cieszyć. Życie naprawdę jest śmieszne. Trzeba tylko umieć patrzeć.

- A właśnie: pomyślałem, że Pani musi się doskonale bawić, pisząc. Jeśli tak jest, to spytam od razu, przy której scenie "Koncertu..." bawiła się Pani najlepiej?

- To była scena, w której Magda sprzedawała samochód (śmiech). Istotnie, ma Pan rację. Pisanie daje mi dużo przyjemności i zwykle z radością zasiadam do komputera. Nieraz śmieję się na cały głos, czasem zalewam się łzami. Niektóre sceny nieustannie mnie bawią, rzadziej smucą. Moja rodzina już nie reaguje na niekontrolowane wybuchy śmiechu lub na stos zasmarkanych chusteczek. Mąż tylko czasem nie może się nadziwić, jak to jest napisać sobie samemu coś śmiesznego i potem się z tego śmiać. Drugą sprawą, która w mojej pracy bardzo mnie bawi to zbieranie informacji. Stadnina, Klub Jeździecki Amazonka, Związek Hodowców Koni, strusia ferma, hodowla ptactwa ozdobnego, ferma kur, Państwowa Inspekcja Weterynaryjna - to tylko niektóre miejsca, w których musiałam spędzić sporo czasu na zbieraniu informacji do Stajni w Pieńkach. Bywało wesoło, a w temacie hodowli drobiu jestem już prawie specjalistką.

- Coś takiego!

- Obecnie, na potrzeby nowej powieści, zgłębiam tajniki zarządzania ośrodkami narciarskimi. Dla przykładu, wczorajszy wieczór poświęciłam leasingowi ratraków, zagadnieniu wydajności śniegowych armatek i filmowym relacjom z corocznych targów Interalpin w Innsbrucku.  Kiedyś myślałam, że praca pisarza jest nudna. Że siedzi sobie taki obłąkany dziad, w amoku tłucze w klawisze i ludzie straszą nim okoliczne dzieci marudzące nad obiadkiem. Tymczasem jeszcze nigdy tak dobrze nie bawiłam się w żadnej pracy. Pisać, gadać i jeździć samochodem. To jest to, co w mojej pracy lubię najbardziej.

- A w ogóle - choć w sumie od tego powinienem zacząć - chyba to fajnie jest zaczynać nowy cykl powieściowy, prawda? 

- Zaczynając nie wiedziałam, że to będzie trylogia. Po prostu tak wyszło, a każdą nową powieść traktuję jak nową przygodę i nowe wyzwanie. Często z zapartym tchem śledzę przygody bohaterów. Czasem jakaś scena tak mnie wciąga, że wypuszczam powietrze z płuc dopiero jak skończę. To cud, że się jeszcze nie udusiłam (śmiech). To naprawdę fascynujące zajęcie.

- I co będzie dalej?

- To żadna tajemnica. W tym roku oddaję w ręce czytelników całą trylogię Stajnia w Pieńkach, zatem po "Koncercie cudzych życzeń" w niedługich odstępach czasu  można się spodziewać dwóch kolejnych części. Do tego wydaję w USA  w wersji anglojęzycznej  powieści "Kobiety z odzysku" i "Koniec świata". Obecnie piszę wspomnianą już wcześniej kolejną powieść. Jak już nadmieniłam, nigdy nie wiem, co mi wyjdzie, więc i z tym  może być bardzo różnie.

Rozmawiał Marcin Wilk

Zdjęcia Anna Pińkowska

materiały promocyjne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje