Przejdź na stronę główną Interia.pl

SEKSTURYSTYKA – EGZOTYCZNA UŁUDA MIŁOŚCI

Na plaży nie było dużo ludzi, na nieboskłonie kłębiło się więcej granatowych chmur, zanosiło się na deszcz. Przyjaciółki chodziły po miękkim, żółto-czerwonawym piasku, zostawiając na nim wyraźne ślady stóp. Ocean obmywał plażę białymi grzywami fal i to w nich Sara spotkała się pierwszy raz z oceanem. Szła brzegiem, pozwalając wodzie sięgać jej kolan. Było niebo, był ocean, był piasek, była zieleń. I Sara.

Reklama

Co jakiś czas do dziewcząt podchodzili przystojni, dobrze zbudowani młodzi mężczyźni w seksownych slipkach, w których mogli się pochwalić swoimi męskimi atutami, i z szerokimi uśmiechami próbowali zacząć z nimi konwersację.

- Jak masz na imię? Skąd jesteś? Pierwszy raz na Sri Lance? - To był rutynowy zestaw początkowych pytań.

Dziewczyny po doświadczeniach z poprzedniego dnia ignorowały tego typu zaczepki i szły dalej, nawet nie patrząc w stronę mężczyzn. Oni nie bardzo się tym przejmowali, tylko czekali na następne samotne białe kobiety, które z pewnością odpowiedzą na ich inicjatywę, w końcu po to tu przyjechały. Nawiążą kontakt i wciągną się w egzotyczną, płatną miłość.

A później na profilach Facebooka i Instagramu pojawią się zdjęcia roześmianych białych kobiet w towarzystwie ciemnych Lankijczyków. Z plaż, dyskotek i klubów, z mężczyznami, którzy się do tych kobiet uśmiechają, obejmują je i przytulają. Widzicie nie jestem sama, ktoś mnie chce, ja też mam mężczyznę koło siebie, świetnie się bawię, jestem taka szczęśliwa, zobaczcie, nie jestem sama, interesują się mną, taki mężczyzna obok mnie, zobaczcie. To konwulsyjne, wieczne dążenie kobiet do szczęścia, które może zapewnić tylko mężczyzna. A że to szczęście, jeżeli w ogóle można to tak nazwać, jest ulotne, wymyślone, przywołane do życia niespełnionymi pragnieniami i brutalnie kupione, to już nie ma żadnego znaczenia. Jest na zdjęciu. Wszyscy widzą. Jestem szczęśliwa.

Ale jest i dużo ciemniejsza strona seksbiznesu na Sri Lance. To pedofilia i pornografia dziecięca. Europejczycy przyjeżdżają na biedną wyspę, aby, wykorzystując dzieci, zaspokoić anormalne chucie, zadowoleni, że tak tanio i stosunkowo bezkarnie mogą się oddać zaspokajaniu swojej namiętności. Te dzieci zarabiają na chleb. Swój i swoich rodzin. Chłopcy chodzą po plaży w kolorowych, dopasowanych slipkach, pod którymi zaznacza się dopiero co wykształcona męskość, aby przykuć uwagę bogaczy i niebogaczy z Europy. Te dzieci można wykorzystać, bo nikt się za nimi nie ujmie. Kto z nas zna choć jedno imię chłopca czy dziewczynki na Sri Lance. Nie ma imion, nie ma dzieci. Nie ma świata. Chyba że chcemy jechać i pobawić się lub pozachwycać przyrodą, oceanem, plantacjami herbaty lub wyprawą w gęstwinę lasu równikowego. Wtedy nagle ten świat się wyłania, ale tylko przez pryzmat naszej perspektywy. To takie ułudne. I znowu bogatsi mają głos. Mając pieniądze, można się bawić we wszystko. Ach, jak ja świetnie medytuję. Ćwiczę jogę. Rozwijam się. A to, że tuż obok dochodzi do haniebnych czynów, których ofiarami są dzieci, i że tuż za ogrodzeniem wygodnego hotelu panuje nieopisana bieda, to już nie moja działka. O biedzie nie będę mówić. Bo bieda nie jest medialna, nie jest ładna ani ciekawa. Jest brzydka. I mnie nie dotyczy.

Następnego dnia przyjaciółki pojechały do buddyjskiej świątyni. Sara wraz z wiernymi zapalała świeczki, ofiarowywała kwiaty, prosiła o dobro. Znowu wierzyła, że zostanie wysłuchana. Wierzyła, że zło się odwróci. I że już będzie dobrze. Wierzyła jak każdy z nas.

Tylu bogów na świecie. I tyle zła. Czy istnieje niezawodny sposób odróżnienia dobra od zła? I obrony przed nim?

Więcej dowiesz się z powieści Laili Shukri pt. "Perska namiętność", w księgarniach od 25 kwietnia.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje