Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czy można kochać islamskiego terrorystę?

Daria co tchu biegnie przed siebie po nierównych ulicach Palmiry. Delikatne różowe światło świtu otacza zrujnowany świat lekką mgiełką. Świeże, orzeźwiające powietrze płynie prosto z Pustyni Syryjskiej. Jest cicho jak makiem zasiał, tylko czasami z oddali dobiega słaby głos dzikiego psa czy wilka. Trzeba się spieszyć przed pierwszym wezwaniem na modły, gdyż nawoływanie muezzinów z wysokich wież minaretów wypędzi sen spod powiek mieszkańców i obudzi miasteczko.

Na rogu przy sąsiedniej kamienicy kobieta widzi wypchaną ludźmi półciężarówkę, która powoli rusza. Nie może zatrzymać ich krzykiem, bo jeśli mąż ją usłyszy, na pewno ruszy za nią w pościg. Podnosi więc wyżej czarny arabski płaszcz i pędzi, ile sił. Auto staje, a z paki wychylają się do niej przyjazne twarze i braterskie ręce. Chwytają ją, wciągają do środka i już wie, że jest prawie uratowana. Byle dotrzeć do granicy, byle znaleźć się w obozie dla uchodźców. Byle być dalej stąd, jak najdalej od terrorystów i Jasema − zwanego dzihadi(1) Johnem − jej męża, ojca jej nienarodzonego dziecka, największego zbrodniarza naszych czasów.

Reklama

− Masz telefon. Napisz SMS-a do siostry. - Zaprzyjaźniona sąsiadka podsuwa jej komórkę.

− Ale nie wiem... Może zabiorę pani ostatnie impulsy... − Daria się waha, bo w tym kraju możliwość kontaktu ze światem jest na wagę złota.

− Nie przejmuj się. Doładowaliśmy, ile się dało. - Kobieta śmieje się serdecznie, a jej mąż kiwa głową.

"Marysiu! Uciekłam od niego! Jednak jeszcze nie jestem wolna", drżącymi palcami Daria szybko wystukuje wiadomość do ukochanej siostry, a łzy napływają jej do oczu. "Jedziemy do granicy z Jordanią. Jakoś ją przekroczymy, choć nie mam paszportu. Czekaj gdzieś tam na mnie. Proszę! Wiem, że ty mnie z tego wyciągniesz. Już niedługo będziemy razem". Patrzy na tekst i już chce go skracać, lecz Syryjka pokazuje jej na migi, żeby wysyłała. Kiedy w końcu wieści poleciały przez pół świata do Arabii Saudyjskiej, Daria składa głowę na puszystym ramieniu matki Jasema, Muniry. Przeżycia ostatnich miesięcy zniszczyły ją fizycznie i wykończyły nerwowo, a ostatnia noc na długo pozostanie w jej pamięci. Nie może sobie samej wytłumaczyć, jak mogła tak żarliwie kochać się ze swoim sadystycznym mężem, z potworem i mordercą. Z człowiekiem, który nie tylko pragnie wyplenić z tego świata niewiernych, co w jego chorym umyśle oznacza wszystkich nie-muzułmanów, ale też znęca się nad własną rodziną, a życie każdego, kto znajduje się w pobliżu niego, wisi na włosku. A jednak po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Daria czuje się prawie bezpieczna i prawie uratowana. Chybotanie ciężarówki na lejach i wybojach drogi kołysze ją i po chwili kobieta wpada w objęcia Morfeusza. Uporczywe rozpamiętywanie przeszłości znajduje odbicie w marach sennych.

Po paru godzinach uciążliwej jazdy w pyle i kurzu, w spalinach wdzierających się do płuc pasażerów na pace wozu, wszyscy uciekinierzy trochę się uspokajają. Dzieci leżą w objęciach matek, które tulą się do swoich dobrych, choć biednych i nieszczęśliwych mężów. W grupie około pięćdziesięciu osób są młodzi i starzy, zamożniejsi i całkiem biedni, odważni i tchórzliwi, ale wszyscy są mniej lub bardziej doświadczeni przez wojnę, która wyniszcza ich kraj od ponad pięciu lat. Ten, kto nawet przed arabską wiosną był bogaty, teraz ledwo ma co na grzbiet włożyć i musi się cieszyć, że jeszcze żyje. Droga jest niemal pusta, jedynie od czasu do czasu pojawia się na niej jakiś samochód, przeważnie transportowy lub wojskowy. Obywatele mają stare pojazdy, a że nie stać ich na benzynę i unikają niebezpieczeństw, starają się nie podróżować, nigdy bowiem nie wiadomo, na kogo mogą się natknąć i jaką sytuację wplątać. Wszyscy wiedzą, że bezpieczniej jest w mieście, w domu, we własnych czterech ścianach, a już najbezpieczniej - wyjechać stąd. Nagle za nimi pojawia się ściana kurzu. Z daleka słychać warkot silnika auta jadącego na najwyższych obrotach. Po chwili z tumanów wznieconego piachu wyłania się szary wielki pikap z zamocowanymi stelażami na dachu. Towarzysze podróży zostają wyrwani z błogiego snu pierwszą rakietą, która przelatuje nad ich głowami i wybucha obok ciężarówki. Z tak małej odległości nie można było nie trafić, więc widocznie strzelec nie miał takiego zamiaru. Chodziło tylko o zatrzymanie transportu. Wóz hamuje z piskiem opon, wpada w lekki poślizg, by na koniec stanąć na piaszczystym poboczu. Pikap zwalnia i powoli do nich podjeżdża. Widać już, kim są jego pasażerowie. To dżihadyści(2)! Uciekinierzy wstrzymują oddech, bo każde dziecko w Syrii wie, na co stać tych opryszków i w czym się lubują. Wszyscy są ubrani na czarno, czarnymi szalami zawinęli też głowy i zasłonili twarze. Ich gorejące, przeważnie czarne oczy lustrują zbiegów. Daria, przyodziana w abaję(3) i zakutana w chustę, nadal śpi, mocno wtulona w miękką pierś teściowej. Munira rozpoznaje jedno szalone, wściekłe spojrzenie i z przerażenia nie może złapać oddechu, a spanikowane serce podskakuje jej do gardła. Ściska swoją synową, aż ta powoli podnosi powieki. Nie ma siły krzyczeć i tylko patrzy w twarz znienawidzonego mężczyzny. Już się nie boi, nie ma zamiaru uciekać, bo i dokąd. Jej los został przesądzony i pozostaje jej tylko poddać się temu, co nieuniknione. Patrzy na nie dzihadi John, podły zabójca i kat chrześcijan, człowiek ścigany przez Interpol, wszystkie agencje wywiadowcze i brygady antyterrorystyczne. Twarz Państwa Islamskiego. Mąż Darii.

Sza’a Allah! Sza’a Allah!(4), powtarza starsza kobieta w duchu. Jasem najpierw chwyta za kark swoją matkę i zrzuca ją z paki ciężarówki. Munira pada jak worek na pobocze. Jej pulchne ciało nie jest w stanie zamortyzować upadku i kobieta boleśnie obija swoje sfatygowane kości. Daria, nie czekając, aż mąż wyrzuci ją siłą, sama zgrabnie zeskakuje z paki samochodu i usiłuje podnieść teściową. Munira jęczy i zalewa się łzami. Jasem wyławia z tłumu życzliwą sąsiadkę, która pomogła jego kobietom w ucieczce, wyciąga pistolet i strzela jej w głowę. Następnie wykonuje wyrok na jej mężu i dziesięcioletnim synu.

− Zostaw jej córeczkę! - krzyczy Daria. - Zostaw dziewczynkę! Proszę!

− Pewnie, że zostawię. - Obrzydliwie śmieje się Jasem. - Dostanę za nią niezłe pieniądze na targu. Saudyjczycy będą się o nią zabijać. - Rechocze.

− Ona ma dopiero dziewięć lat! Jak możesz?!

− Idealny wiek na żonę dla prawowitego muzułmanina - stwierdza mężczyzna. Daria już z nim nie dyskutuje; odrywa przerażone zapłakane dziecko od broczącego krwią ciała matki i bierze je w ramiona.

− Młode i ładne kobiety zabrać, reszta w piach! - Jasem wydaje polecenie swoim kompanom. - Niech mi się zwróci za benzynę - dowcipkuje, lecz nikomu z zatrzymanych nie jest do śmiechu.

W grupie prawie pięćdziesięciu uciekinierów wybucha panika. Żony nie chcą dać się oderwać od mężów, dziewczyny od chłopaków, dzieci czepiają się ubrań rodziców.

− Litości, ja said(5)! Wybaczenia, ja ustaz(6)! - błagają, wyciągając do niego ręce i patrząc pokornie w jego oczy. Nie widać w nich jednak żadnego ludzkiego uczucia. Wzrok Jasema jest jak ze stali.

− Czemu chcesz zabić małych chłopców? - Daria jednak nie wytrzymuje i postanawia interweniować. - Przecież oni też mogą ci się na coś przydać!

− Z małych chłopców wyrosną dorośli mężczyźni, którzy będą nosić zemstę w sercu -mąż wyjaśnia jej swoje postępowanie.

Jasem Alzani, o dziwo, nie okazuje jej nadmiernej wściekłości. Odnalazł ją i kobieta znów należy do niego. Lecz Daria i Munira wiedzą, że jego natura jest jak chorągiewka na wietrze, a zniewagi i porzucenia na pewno nigdy im nie zapomni. Mężczyzna jest bardzo z siebie zadowolony. Pokazał tym głupim, krnąbrnym babom, że od niego nie można się uwolnić i nie mają żadnej szansy ucieczki. Już się cieszy na to, co im wyszykuje. Aż śmieje się w duchu, myśląc o tym, jaką będą miały minę, kiedy zobaczą, gdzie trafią.

Po podzieleniu Syryjczyków na dwie grupy oprawcy jedną ustawiają na poboczu, a drugą zaganiają z powrotem na ciężarówkę, co chwilę częstując ich razami kolb karabinów i kułaków. Skazańcy idą na śmierć bezwolnie, bez oporu, jak baranki prowadzone na rzeź. Wiedzą, że nie mają już żadnych szans, ucieczka jest niemożliwa i godzą się z tym, że przegrali walkę o życie. Mężczyźni przesuwają między palcami tasbih(7) i oddają się modlitwie, tylko paru nastoletnich chłopców nie potrafi pohamować łez i oglądają się za swoimi matkami. Padają pierwsze strzały, które zaraz przechodzą w serie. Kobiety na ciężarówce szlochają bezgłośnie, jedne zasłaniają oczy, by nie widzieć śmierci najbliższych, inne wytrzeszczają je, bo nie mogą uwierzyć w to, co się dzieje.

Po chwili zapada martwa cisza, nieprzerwana nawet szumem wiatru, szelestem przesypującego się piasku czy świergotem ptaka. Z ciał porozrywanych kulami leje się krew, uchodzi życie. Nagle rozlega się cienki krzyk małej dziewczynki, który przecina powietrze jak nożem. Mała myśli zapewne, że to koniec świata i że właśnie spotyka ją najgorsze, co mogło jej się przydarzyć. Nie wie, biedna, w czyje łapska wpadła i co jeszcze przed nią. To jedynie pierwsza z najgorszych chwil w jej życiu.


WIĘCEJ DOWIECIE SIĘ Z POWIEŚCI TANYI VALKO "ARABSKI MĄŻ", KTÓRA WE WTOREK TRAFIŁA DO KSIĘGARŃ.

(1) Dżihadi (arabski) - od słowa dżihad - zwolennik dżihadu, dżihadysta; Dżihad (arabski) − walka w imię propagowania islamu, zarówno poprzez akcję zbrojną, nawracanie niewiernych, pokojowe działania, jak i wewnętrzne zmagania wyznawcy; w obecnych czasach dżihad jest rozumiany przez Zachód tylko jako święta wojna.

(2) Dżihadysta (arabski) - zwolennik dżihadu (świętej wojny); jednym z fundamentalnych zadań dżihadysty jest unicestwienie wszystkich innowierców na kuli ziemskiej.

(3) Abaja (arabski) - wierzchnie tradycyjne okrycie w krajach muzułmańskich; szeroki, luźny płaszcz noszony przez kobiety i mężczyzn.

(4) Sza’a Allah (arabski) - Bóg tak chce.

(5) Ja said (arabski) - Panie (wołacz).

(6) Ja ustaz (arabski) - Nauczycielu (wołacz); w przenośni oznacza kogoś mądrego, wykształconego.

(7) Tasbih (arabski) - muzułmański różaniec o 33 koralikach, niejednokrotnie wykonany z kamieni półszlachetnych lub szlachetnych.

Reklama

Reklama

Reklama