Przejdź na stronę główną Interia.pl

Sekrety i kłamstwa

Wydajemy krocie na suplementy, które mają uzupełnić niedobory witamin i uchronić nas przed chorobami. Czy na pewno? Nawet nie podejrzewamy, jak wiele z tego, co słyszymy na temat zdrowia, nie ma potwierdzenia w rzetelnych badaniach naukowych. Znalazł się jednak ktoś, kto postanowił ujawnić najpopularniejsze mity współczesnej medycyny. Brytyjski lekarz Ben Goldacre w rozmowie z TS wyjaśnia, na co już daliśmy się nabrać i jak uniknąć błędów w przyszłości.

"Uważamy, że medycyna opiera się na pewnych dowodach: rezultatach badań klinicznych. W rzeczywistości wiele z tych testów zawiera poważne błędy. Wierzymy, że nasi lekarze znają najnowsze doniesienia naukowe i literaturę fachową, ale co z tego. Nawet w uznanych czasopismach nie publikuje się wszystkich informacji na temat działania leków i nowych terapii" - pisze Ben Goldacre w swojej najnowszej książce "Złe leki", która właśnie ukazała się w Polsce. Jej autor wie, o czym mówi, bo sam jest lekarzem, wykładowcą akademickim, a jednocześnie pisarzem. Prowadzi też popularny blog: badscience.net.

Reklama

Przez kilka lat zbierał i analizował statystyki oraz artykuły medyczne na temat działania leków. Dotarł do naukowców biorących udział w badaniach nad nimi. Czego się dowiedział? Między innymi tego, że często niepotrzebnie wydajemy pieniądze na substancje, które wcale nam nie pomagają.

O tym, w jaki sposób jesteśmy manipulowani w czasach powszechnej "medykalizacji" życia, rozmawialiśmy z Benem Goldacre’em.

Przez całą jesień i zimę w telewizji oglądamy reklamy preparatów na gorączkę, grypę, przeziębienie. Za każdym razem, gdy idziemy do apteki, możemy wybierać spośród wielu leków na zgagę, migrenę, nadciśnienie. Tymczasem pan twierdzi, że ani my, ani farmaceuci, ani co gorsza lekarze nie mają pełnej informacji na temat tego, które leki najlepiej działają i jakie mają skutki uboczne. Jak to możliwe?

Ben Goldacre: - Problem w tym, że - jak wynika z mojego "śledztwa" na potrzeby książki - aż połowa wyników badań nad lekami nie jest publikowana. Koncerny farmaceutyczne ujawniają jedynie pozytywne rezultaty, resztę testów wyrzucają do kosza. Skutki bywają poważne, tak jak w przypadku leku przeciwbólowego i przeciwzapalnego Vioxx (Rofecoxib). Wycofano go ze sprzedaży w 2004 roku, bo powodował problemy kardiologiczne - stwierdzono je u kilkuset tysięcy osób, które regularnie zażywały ten preparat. Producent wiedział o ryzyku, ale w dokumentach rejestracyjnych nie ujawnił licznych przypadków powikłań. To jednak nie znaczy, że wszystkie leki nam szkodzą.

- Współczesna medycyna nie istnieje bez farmaceutyków. Nawet niedoskonały lek jest lepszy niż żaden, np. w przypadku chorób serca czy nowotworów. Jednak gdy lekarze nie mają dostępu do kompletnych danych na temat poszczególnych preparatów, trudno jest im skutecznie leczyć.

- Na szczęście wkrótce specjalistom i pacjentom będzie łatwiej zdobyć pełną wiedzę o działaniu nowych specyfików. W ramach kampanii All Trials, której jestem inicjatorem, od wielu miesięcy zbierane są podpisy pod petycją o upublicznienie wyników badań nad lekami. Mamy ponad 60 tysięcy głosów poparcia. I już wiadomo, że parlament Unii Europejskiej planuje ratyfikować projekt ustawy, zgodnie z którą wszystkie testy kliniczne mają być rejestrowane przed ich rozpoczęciem, a wyniki opublikowane w ciągu roku od zakończenia. Na razie konsekwencje ukrywania przez lata niewygodnych dla producenta informacji ponosimy my, pacjenci.

Co więc ma robić chory po przeczytaniu pana książki? Załóżmy, że idę do lekarza, bo mam za wysokie ciśnienie, a on proponuje mi nowy lek. Powinnam być podejrzliwa?

- Zanim nie zmieni się prawo, które zagwarantuje nam dostęp do pełnych danych na temat badań klinicznych, jedyne, co pani może zrobić, to pytać. Od jak dawna lekarz przepisuje ten lek? Co wie o skutkach ubocznych? Na które z nich najczęściej skarżą się pacjenci? Czy naprawdę nowy preparat jest lepszy niż ten, który brała pani do tej pory, i dlaczego? Zapytać nigdy nie zaszkodzi, bo daje to podstawę do poszukania informacji na własną rękę.

- Dociekliwym polecam korzystać ze sprawdzonych serwisów internetowych, takich jak clinicaltrials.gov, MedlinePlus czy Pubmed, które publikują m.in. abstrakty literatury fachowej na temat nowych terapii. W przypadku rozpoczęcia leczenia trzeba obserwować samopoczucie, zwłaszcza gdy chodzi o preparaty stosowane przewlekle. Nietypowe objawy: bóle, skoki ciśnienia, duszności jak najszybciej trzeba zgłosić lekarzowi prowadzącemu.

Uważa pan, że pacjenci powinni radzić się "doktora Google’a"? To przecież zmora wszystkich lekarzy.

- Nic podobnego, "dr Google" bardzo pomaga nam w pracy, jeśli tylko pacjenci potrafią z niego korzystać! W internecie jest oczywiście mnóstwo nieprawdziwych informacji, więc trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Cieszę się, że coraz częściej chorzy starają się dokształcić.

- Wielokrotnie spotkałem się z osobami, które o możliwościach leczenia wiedziały więcej niż przeciętny lekarz. To dobrze, bo świadomy pacjent zdaje sobie sprawę z tego, co dzieje się w jego organizmie, więc łatwiej jest z nim omawiać przebieg terapii.

W dostępie do sprawdzonych informacji mogłyby pomagać media. Ale twierdzi pan, że dziennikarze są nierzetelni. Zna pan to środowisko, pisał pan dla brytyjskiego dziennika "The Guardian". Dlaczego tak się dzieje?

- Masowe media skupiają się na "chwytliwych tematach", które zapewnią im duże czytelnictwo, oglądalność czy klikalność w internecie. A jeśli chodzi o zdrowie, niestety, największym wzięciem cieszą się newsy na temat terapii cud.

Dziś w medycynie nie ma już cudów?

- Jest ich znacznie mniej niż kiedyś. Od lat 30. do końca lat 70. ubiegłego wieku medycyna przeżywała złoty okres: pojawiły się antybiotyki nowej generacji, insulina, nowe metody prześwietleń, zrewolucjonizowano intensywną terapię. Pozbyliśmy się groźnych chorób jak polio, ospa. Dzięki lekom immunosupresyjnym, czyli hamującym działanie układu odpornościowego, możliwe stały się przeszczepy. To były przełomy. Dziś postępy w medycynie dokonują się małymi kroczkami. Trudno z nich zrobić porywające nagłówki. Media wciąż jednak chcą cudów. Dlatego tak często czytamy informacje o wynalezieniu "lekarstwa na raka".

Chcemy, żeby na wszystko była pigułka. Kusząca wizja, przyzna pan.

- Tak, łatwo można dzięki niej zarobić. Przykład? Doniesienia sprzed kilku lat, jakoby kapsułki z olejem rybnym i zawarte w nim kwasy tłuszczowe omega-3 poprawiały wyniki w nauce i zachowanie u nastolatków. Szkoda tylko, że nikt jeszcze nie przeprowadził rzetelnych badań, które dowiodłyby, że tak jest. Do tej pory przeprowadzono sześć testów klinicznych: trzy wykazały nieznaczny pozytywny wpływ przyjmowania dużych dawek tych kwasów na koncentrację, kolejne trzy - nie dowiodły poprawy. Ale wystarczył jeden omawiany w mediach "eksperyment" na grupie uczniów w brytyjskim mieście Durham, by wieść o pozytywnym wpływie kwasów na mózg dzieci rozniosła się po świecie.

- Przez rok grupa nastolatków łykała kilka razy dziennie sześć kapsułek z olejem rybim. Producent suplementu dostarczył je oczywiście za darmo i miał przez wiele miesięcy darmową reklamę. Media regularnie donosiły o "postępach": przeprowadzano wywiady z dziećmi, które opowiadały, że odkąd łykają kapsułki, mają więcej zapału do nauki, chętniej spędzają czas w bibliotece. Jednak wyniki testu nie zostały nigdzie opublikowane.

- Z naukowego punktu widzenia ten eksperyment nie ma więc żadnej wartości, ale tak właśnie narodził się mit "zbawiennych kwasów omega-3", o których na pewno wiadomo tylko tyle, że pozytywnie działają na naczynia krwionośne. Dziś nawet dziecko powie, że paluszki rybne są zdrowe, bo zawierają kwasy omega-3. Tak przecież jest napisane na opakowaniu.

Reklamy przekonują nas też, że powinniśmy codziennie zażywać witaminy i minerały, bo nasza dieta jest w nie uboga. Ile w tym prawdy?

- Ostatnia analiza przeprowadzona przez naukowców z Uniwersytetu w Warwick dowodzi, że regularne zażywanie kompleksów witamin i minerałów przez zdrowych ludzi nie przynosi żadnych korzyści. To wynik badań na 450 tysiącach osób. Nawet państwowa brytyjska służba zdrowia (NHS) wydała specjalny komunikat głoszący, że branie suplementów ma uzasadnienie tylko w dwóch przypadkach: kwas foliowy zażywany przez kobiety w ciąży wpływa pozytywnie na rozwój płodu, a witamina D dawana dzieciom do piątego roku życia zapobiega krzywicy.

Skoro odradza pan suplementy, to może powinniśmy wierzyć specjalistom od żywienia? Jeść granaty, orzechy brazylijskie i brokuły, a będziemy żyć długo i szczęśliwie?

- Proszę mnie nie prowokować. "Specjaliści od żywienia", czyli angielscy "nutritionists", to nowa grupa medialnych celebrytów. Kilka lat temu nikt nawet nie wiedział, co to słowo znaczy, dopóki nie pojawili się w mediach "eksperci" opowiadający o produktach spożywczych, które rzekomo redukują stres, obniżają ryzyko zachorowań na raka czy przedłużają młodość.

- W USA i Wielkiej Brytanii mówi się na nie: "superfoods". Co to takiego? Najpierw słyszeliśmy o jagodach i borówkach amerykańskich, granatach, orzechach, kapuście i różnych ziarnach. Jakby nowością było, że jedzenie warzyw, owoców i zbóż to po prostu część zdrowej diety. Z czasem pojawiły się coraz bardziej egzotyczne owoce i ziarna: jagody acai, owoc kawy, yuzu, nasiona chia. Doprawdy nie wiem, jak do tej pory mogliśmy bez nich żyć! Ironizuję, bo zachwalający je "specjaliści" podkreślają, że mają one mnóstwo przeciwutleniaczy. A ich zdaniem przeciwutleniacze, czyli antyoksydanty, to lek na wszystkie choroby. Moim - jedna z najbardziej popularnych bzdur ostatnich lat.

Jak to? Przecież wszędzie słyszymy, że przeciwutleniacze "hamują efekty starzenia".  Jaka jest prawda? Czytaj na następnej stronie.

Dowiedz się więcej na temat: suplementy diety | witaminy | kwasy tłuszczowe omega-3 | leki

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje