Przejdź na stronę główną Interia.pl

Trójkąt z Panem Bogiem

Napisał książkę "Seks jest boski". Kontrowersyjna, bo mówi w niej o niepopularnej w Kościele idei afirmowania seksu w małżeństwie. I w dodatku jest duchownym. Rozmowa o sprawach nieoczywistych z zakonnikiem, ojcem Ksawerym Knotzem.

Twój STYL: Myśli ojciec, że Pan Bóg zna słowo "seks"?

Reklama

Ksawery Knotz: Myślę, że zna też słowa: penis, pochwa i orgazm. To On, proszę pani, stworzył mężczyznę i kobietę, ich ciała. Nasza seksualność wyszła spod jego ręki. Niewierzący powiedzą: stworzyła ją natura, ja mówię - ciało jest boskie, seks jest boski, bo Bóg to wymyślił.

Skoro ciało jest boskie, to jeśli podoba mi się mężczyzna, który nie jest moim mężem - powiedzmy ten, widzi ojciec, który wszedł teraz do kawiarni - i myślę: o, ma świetny tyłek, to czy ja grzeszę?

- Nie. Normalne, że oddziałujemy na siebie seksualnie, podobamy się sobie, wywołujemy podniecenie. To reakcja psychiki też stworzonej przez Pana Boga. Nie należy bić się za to po łapach. Tak reagujemy i tyle. Pytanie: co z tym "podobaniem się" zrobi pani dalej? A to już kwestia reakcji serca.

Myśli ojciec, że serca?

- To w nie trzeba wniknąć i pomyśleć: czego ja bym chciała od tego mężczyzny? Związku z nim? O co mi chodzi? Wielu ludzi wchodzi tylko w naskórkową relację - jedna kolacja, iluzja nawiązanej więzi, szalony seks. A rano budzą się obok człowieka, którego imienia nie pamiętają. Jest głupio, wstyd, makijaż się rozmazał. I uświadomienie: to ktoś obcy, nie chcę nawet jego numeru telefonu, nie biorę odpowiedzialności za jego życie, przyszłość. Po co mi to.

Może obojgu chodzi o chwilową przyjemność? Nie dopuszcza ojciec myśli o seksie hedonistycznym? Mnóstwo ludzi go uprawia. To ludzkie iść z kimś do łóżka po imprezie i nie oczekiwać potem ślubu.

- Ja nikogo nie osądzam, ale pokazuję, że jest jeszcze większa wartość seksu. Niedawno zaproszono mnie do telewizji śniadaniowej i siedziałem na jednej kanapie z Frytką, wie pani, tą z Big Brothera. Potem dostało mi się w internecie: jak mogłem w ogóle pokazać się obok takiej grzesznicy, a już rozmawiać z nią, w dodatku życzliwie? A czy ja mam prawo ją krytykować? Bo nie żyje jak chrześcijanka? Może kiedyś nią zostanie. Ludzie sami dokonują wyboru, czy zapraszają Pana Boga do swojego życia. Ja mówię: jeśli zaproszą - On przenika całe życie, także sferę seksualną. Dlaczego akurat dla niej miałby robić wyjątek? To jest dla wielu osób obrazoburcze, bałwochwalcze i w ogóle straszne, co mówię. Ale dla innych - piękne, bardzo głębokie, prawdziwe, inspirujące.

A co to znaczy "przenika sferę seksualną"?

- Sakrament małżeństwa ma taką definicję: obecność Boga w więzi dwojga ludzi. Weźmy więc konkretną parę - umówmy się, że ona jest blondynką w rozmiarze 38, on wysokim szatynem z dwudniowym zarostem. Widzi ich pani? Kochają się, są na takim etapie tworzenia związku, że zapragnęli zaprosić Chrystusa do swojego życia.

- Gdyby byli niewierzący, uprawialiby udany seks, ale Boga by do tego nie wołali. Cieszyliby się bliskością, fizycznością. Jednak nasza para otwiera się na Niego, czyli na połączenie również na poziomie duchowym. Jak Bóg zaczyna działać? To kwestia naszych intencji. To się dzieje przez tę drugą osobę, z jej uczuciami, myśleniem, także cielesnością. Widzimy ją jako przejaw Boga. Bóg jest w więzi, która istnieje między nimi. Tworzy ją np. rozmowa, wsparcie, wspólna praca, pocałunki, przytulanie, a także akt seksualny.

Możemy powiedzieć: Bóg jest z kobietą i mężczyzną w łóżku od gry wstępnej do orgazmu?

- Konsekwentnie - tak. Takie myślenie niektórych oburza.

Bo jest nowatorskie. W kościele takich rzeczy nie słyszałam.

- Myślę, że Kościół, nie zmieniając swojej doktryny, powinien zmienić język, którym mówi o sferze seksualnej. Na bardziej otwarty, wprost.

A ojciec spotyka się czasem z pytaniem: jakim prawem duchowny w ogóle zabiera głos w sprawach seksu?

- Oczywiście. Odpowiadam tak: to zależy od interpretacji słowa "seks". Jeżeli myślimy o nim jak o akcie fizjologicznym - wypowiadać się powinien lekarz albo biolog. Nawet nie małżonkowie, których wiedza w tej dziedzinie jest przeważnie skromna.

- Jeśli o relacjach - niech mówi psycholog albo terapeuta. Ja widzę seks w aspekcie duchowym, szerszym. Dlatego czuję się uprawniony, by o nim otwarcie rozmawiać. Tak naprawdę jest to temat dla wszystkich.

Dlaczego ta sfera tak ojca zajęła? To w Kościele niepopularny temat, żeby nie powiedzieć: tabu.

- Od wielu lat spotykam się z ludźmi w różnym wieku. Niemal wszyscy mają potrzebę mówienia o doświadczeniach związanych z seksualnością. I to wcale nie tylko na poziomie doznań zmysłowych. Głębiej. To mnie przekonało, że są potrzebne takie spotkania, dyskusje. Rozmawianie o seksie normalnym, często dosadnym - co nie znaczy wulgarnym - językiem. Tak staram się mówić i pisać. Tyle się nazbierało tych doświadczeń, że wydałem książkę, potem kolejne. Czuję, że są potrzebne.

Ciekawe, co z tych doświadczeń wynika: umiemy rozmawiać o seksie czy wciąż się wstydzimy?

- Różnie. Zabawne, że zależy to trochę od regionu. Na przykład świetnie rozmawia się z góralami. Od razu rzucą jakiś żart - wcale nie ordynarny - są otwarci i bezpośredni. Z kolei w Polsce wschodniej, gdzie ludzie wciąż są bardzo religijni, dostrzegam dużą intuicję, moi rozmówcy szybko łapią temat, wczuwają się w niego bez pruderii. Chyba najgorzej z tym mówieniem o seksie jest w dużych zlaicyzowanych miastach.

Pochwali ojciec kobiety?

- O tak. Lepiej werbalizują swoje przeżycia, nie uciekają od nazw, nie uważają, że nie wypada. Sprawniej poruszają się po temacie seksu.

Ojciec pisze o seksie małżeńskim. Ale przecież dylematy mają też ludzie żyjący w nieformalnych związkach, które są coraz bardziej popularne. Czy singielka - utrudnijmy: katoliczka - która spotyka się z mężczyzną cztery razy w tygodniu i uprawia z nim seks, będzie potępiona?

- Pani zmusza mnie do uogólnień. A ja powiem tak: każdej singielce z osobna trzeba by było zajrzeć w serce, żeby móc coś na jej temat powiedzieć. Jeśli dwoje ludzi żyje bez ślubu, ale w jakiejś perspektywie myśli o związku małżeńskim, czuje, że chce mieć wspólne dzieci, opiekować się sobą nawzajem, czyli jeśli zakłada trwałość, wierność - mają szansę dojść do sakramentu małżeństwa. Dla wspomnianej przez panią katoliczki ślub sakramentalny to nie tyle początek małżeństwa, co początek życia na serio z Bogiem. To jest postawienie kropki nad i.

Ale w obiektywnym rozumieniu kochające się osoby, które w niedzielę biorą ślub, w poniedziałek są takimi samymi ludźmi, jakimi byli w sobotę...

- W rozumieniu Kościoła nie. Tym się różnią chrześcijanie od niewierzących, że dla nich sakrament małżeństwa jest świadomym włączeniem Chrystusa do swojego życia. To jest nowa rzeczywistość, jakość - Jego istnienie między nimi, z nimi. Więc ślub nie jest tylko rytuałem, zaobrączkowaniem. Choć formalnie ten ważny akt odbywa się przy ołtarzu. Przysięga się przed obliczem Boga i zaprasza Go do wspólnego życia.

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje