Przejdź na stronę główną Interia.pl

Handlarze nadzieją

Diagnoza: rak. Czekamy na zapewnienie, że wszystko będzie dobrze, wyzdrowiejemy. Ale nikt nam gwarancji nie da. Nowotwór to niewiadoma. Lekarze mogą wprowadzić nowoczesną terapię, dać nam szansę. Są jednak pseudoterapeuci, którzy śmiało powiedzą: "Ja panią wyleczę". Oferują nadzieję. Ale to fałsz. Dlaczego dajemy się oszukać? Pytamy prof. Grzegorza Panka.

Twój STYL: Czy witamina C pomaga na raka?

Reklama

Prof. Grzegorz Panek: - Nauka tego nie potwierdza, ale moda na witaminę C wśród pacjentów wciąż panuje. Jestem ginekologiem i onkologiem od 35 lat i przerobiłem już wiele "nowych, rewolucyjnych" metod leczenia raka. Były wyciągi z grasicy, preparaty pochodzące z torfu, później wyciągi z huby, zestawy ziół, picie nafty. Pamiętam, jaką sensację wzbudziła przed laty książka Rekiny nie chorują na raka.

Rekiny istotnie nie zapadają na nowotwory, a w ich szkieletach wykryto substancje antyangiogenne, czyli hamujące powstawanie naczyń krwionośnych w guzie. Bo żeby nowotwór się rozwijał, rósł, musi otrzymywać substancje odżywcze za pomocą naczyń krwionośnych właśnie. Wyciągnięto z tego wniosek, że jedzenie rekina może leczyć raka. Rynek zalały preparaty zwane "chrząstką rekina". Sprzedano ich tak dużo, że gdyby wszystkie pochodziły od rekinów, ten gatunek by wyginął. Domyślam się, że te "cudowne" środki stosowały też i moje pacjentki.

  Dziwi im się pan?

- Nie. Ludzie potrzebują nadziei. A my, lekarze, jesteśmy w stanie dać ją połowie pacjentów, bo umiemy wyleczyć około 50 procent chorych na nowotwory. To znaczy, że drugie tyle doświadcza czegoś, co onkolodzy nazywają niepowodzeniem leczenia.

Umierają.

- Mają wznowę. I choroba zwycięża, unicestwia ludzkie życie. W razie wznowy prawdopodobieństwo wyleczenia jest niższe niż w przypadku pierwotnego nowotworu. Człowiek nie chce się pogodzić z tym, że medycyna naukowa nie ma już mu wiele do zaoferowania. Wtedy zaczynamy szukać rozwiązań niekonwencjonalnych. Ale bywa, że pacjentki, u których dopiero co zdiagnozowano raka, uważają, że powinny jakoś wspomóc leczenie. Jedne to ukrywają, inne pytają, czy nie osłabią działania chemioterapii, jeśli będą jednocześnie stosowały metody alternatywne.

 I przychodzi nam do głowy witamina C. 

- Nie tylko nam, naszej rodzinie, znajomym. Gdy stawiana jest diagnoza: rak, bliscy w odruchu współczucia starają się pomóc. Poszukują informacji wśród znajomych, którzy wyzdrowieli, na forach internetowych. Na tym etapie pojawiają się dobre rady: "Podobno witamina C jest świetna, pani Grażynka brała i przysięga, że tylko dzięki temu wyszła cało. Może i ty spróbuj?". Jestem na bieżąco z trendami na rynku medycyny alternatywnej, tak to nazwijmy, i gdyby ktoś mnie zapytał, powiedziałbym: to nie działa. Ale nikt nie pyta albo nie chce usłyszeć odpowiedzi. Nierzadko, spotykając byłe pacjentki, które przeszły chemioterapię, radioterapię albo operacje i zostały wyleczone, słyszę: "No, widzi pan profesor, brałam to i żyję!". Nie zaprzeczam, nie wyprowadzam rozmówczyni z błędu, bo to bez sensu. Ona jest święcie przekonana, że witamina C, chrząstka rekina, jagody blushwood zagwarantowały jej sukces.

Pamięta pan taką pacjentkę?

- Oczywiście, opowiadam o niej na wykładach dla studentów. Kobieta z rakiem szyjki macicy, u której można było zastosować leczenie operacyjne albo radioterapię. Byłem zdumiony, gdy wybrała to drugie, tłumacząc: "Nie będę musiała leżeć w szpitalu, dopilnuję interesu, mam dwa stragany na bazarze. Jak zniknę na kilka tygodni, partnerzy mnie oszukają". Wyzdrowiała. Wielokrotnie w rozmowach podkreślała, że nie zawdzięcza tego radioterapii, tylko ziołom i "medykamentom" otrzymanym od znajomych na targowisku.

Znam karykaturalne metody leczenia. Pacjentki z podejrzeniem raka piersi, które na badanie przychodziły w biustonoszu wyłożonym folią i liśćmi kapusty. Wiele osób wierzy w ozdrowieńczą moc soku z buraków. Ja nie lubię buraków, ale podobno ich sok jest smaczny, z całą pewnością zdrowy, więc nie zniechęcam pacjenta do picia go. Jednak nie wszystkie terapie alternatywne są nieszkodliwe. Widziałem dwa przypadki ciężkiej martwicy jelit po wypiciu dużej ilości nafty, która miała jakoby leczyć raka. Obu pacjentkom trzeba było usunąć znaczną część jelita, a u jednej i tak zakończyło się to śmiercią z powodu powikłań.

W zagrożeniu życia rozsądek znika?

- Myśli pan, że do takich metod uciekają się pacjenci niewykształceni, nieoczytani? Zdziwiłby się pan. Ludzie, niezależnie od statusu, pochodzenia, inteligencji, potrafią stosować bzdurne pseudoterapie, jeśli tylko ktoś da im cień nadziei, powie: "Ja panią, pana, wyleczę". Nawet lekarze potrafią coś takiego kupić.

 Lekarze?

- Znajoma, pani doktor na stanowisku. Zdiagnozowano u niej raka piersi i skierowano na leczenie operacyjne, czyli mastektomię. Chciałem być delikatny, nie dzwoniłem do niej, nie dopytywałem. Po kilku miesiącach jednak zaniepokoiło mnie jej milczenie. Dowiedziałem się, że w ogóle nie zgłosiła się do szpitala! Mogła wprawdzie wybrać inny, ale nim zdążyłem się tym zainteresować, sama się ze mną skontaktowała.

Powiedziała: "Grzegorz, dziękuję ci za wsparcie, ale wyobraź sobie, spotkało mnie wielkie szczęście. Poznałam kobietę, którą uzdrowił z raka piersi terapeuta leczący za pomocą radiatorów. One emitują energię, która niszczy nowotwór". Jak się okazało, znajoma była już w trakcie "terapii" radiatorami. Zszokowany zapytałem, czy jest świadoma, co mówi, przecież rozpoznano u niej nowotwór złośliwy, nie znam alternatywnych metod, które byłyby w stanie jej pomóc. Ale ona była jak w transie: "Pan bioenergoterapeuta odwiedził mnie w mieszkaniu. Wiesz, co odkrył? W domu jest wiele pól złej energii, trzeba było zainstalować ekrany antymagnetyczne, żeby chronić mnie i rodzinę. A ja przez osiem godzin dziennie muszę siedzieć z radiatorami".

Naprawdę to robiła?!

- Tak. Byłem przerażony, ale powiedziałem, że jak tylko będzie chciała, może wrócić do leczenia w naszym szpitalu. Po kilku miesiącach spotkałem ją pod kliniką. Przyszła, bo zaczęła czuć się źle - to naturalnie konsekwencja zaniechania leczenia. Zrobiliśmy jej diagnostykę, choroba rozsiała się, doszło do licznych przerzutów do kości i płuc. Wtedy pacjentka dokonała samokrytyki. "No widzisz, narobiłam głupot, byłam niezdyscyplinowana. Miałam nakaz trzymać radiator przez osiem godzin, ale a to poszłam do łazienki, a to zrobiłam sobie kawę. I nie trzymałam radiatora ", powiedziała. Nie widziała swojej winy w tym, że nie przyszła na operację, tylko w tym, że nie stosowała się ślepo do zaleceń pseudoterapeuty. Przez kilka miesięcy "rozpraszania złej energii" zmniejszyła swoje szanse, bo w leczeniu nowotworów złośliwych czas ma decydujące znaczenie. Ale przeżyła jeszcze siedem czy osiem lat, przez cały czas była pacjentką naszego szpitala.

 Ludzie muszą w coś wierzyć. Gdy tracą wiarę w medycynę, wynajdują radiatory.

- Często w pseudoterapiach zalecenia są tak nonsensowne, że ich nieprzestrzeganie staje się wytłumaczeniem porażki. Trzeba np. pić "cudowny" syrop przy zamkniętych oknach. Oczywiście syrop nie działa, guz rośnie, wtedy rodzina sobie przypomina: trzy razy zdarzyło się, że okno było niedomknięte - i całą terapię szlag trafił. W wielu przypadkach nie mamy możliwości zatrzymania pacjenta i jego rodziny w pędzie do poszukiwania cudu.

Opieramy się na nauce, a ona pomimo postępów często przegrywa z rakiem. Gdy wyczerpiemy swoje możliwości, kierujemy chorego do leczenia objawowego, opieki terminalnej, hospicyjnej. Mówimy, że nie ma już szans, ale możemy walczyć o to, by żył jak najdłużej, odchodził w spokoju i komforcie. To jest chwila, w której pacjent i jego rodzina mogą zaakceptować to, co nieuniknione. Częściej jednak kiwają głowami, wychodzą z gabinetu i idą na przystanek koło szpitala, gdzie wiszą ogłoszenia o sprzedaży ziół peruwiańskich albo lewoskrętnej witaminy C.

To źle?

- Niekoniecznie, bo w przebiegu choroby postawa aktywna jest bardziej ceniona niż bierna. A odstąpienie od leczenia, pogodzenie się ze śmiercią jest traktowane jako poddanie się.

A nie jest tak?

- W pewnym sensie jest. Jednak nie powinno to być zachętą do handlu nadzieją.

Czy niektóre terapie alternatywne nie mogą być pozytywne, mobilizować pacjenta?

- Oczywiście że tak. Nowe leki w medycynie testowane są wobec substancji nieaktywnej, czyli tzw. placebo. Taka jest najprostsza definicja leku: efekt jego oddziaływania musi być mierzalnie wyższy niż efekt placebo. A z tego wynika, że placebo też działa. Właśnie dlatego nie odwodzę pacjentów od metod alternatywnych, o ile nie zrezygnują z tradycyjnego leczenia. Czasem jednak tak się dzieje. I to może być początek tragedii. Staram się temu zapobiec. Jeśli słyszę od chorej, że chciałaby najpierw spróbować "cudownego, nowego specyfiku" - robię wszystko, by do tego pomysłu zniechęcić albo choćby namówić, by zdecydowała się na leczenie szpitalne i ewentualnie "magiczne", w które wierzy. Okienko czasowe, w którym ta kobieta ma szanse na wyzdrowienie, zamknie się za kilka miesięcy. I będzie za późno na ratunek. Parokrotnie zawiadamialiśmy prokuraturę, kiedy odwiedziono od terapii pełnoletnie, ale młodziutkie pacjentki z dużym prawdopodobieństwem wyleczenia nowotworu. Mamiono je iluzjami, a czas uciekał.

Chodzi o iluzję zachowania piersi?

- Tak, często o to chodzi. Piersi są istotnym elementem poczucia kobiecości. I cieszę się, że dzięki aktywności amazonek wiele pacjentek nie widzi w mastektomii końca świata i końca swojej atrakcyjności. W przypadku nowotworów narządu rodnego, jajnika, szyjki macicy, presja społeczna nie była tak silna, bo ewentualnej straty nie widać na pierwszy rzut oka. Kiedyś zdarzało się jednak, że pacjentka prosiła o przygotowanie fałszywej karty informacyjnej dla męża. Żeby zataić fakt usunięcia macicy. Tłumaczyła, że zostanie porzucona, gdy mężczyzna dowie się, że jest "pusta". Dużo się zmieniło na lepsze.  Ale strach przed odjęciem piersi jest duży.

Właśnie pacjentki z zaleceniem mastektomii szukają metod alternatywnych?

- Tak. My, lekarze, rozumiemy ich opór przed drastyczną operacją. Kiedy zaczynałem pracę, radykalna, obustronna mastektomia to była standardowa procedura i proszę mi wierzyć, mało który chirurg dbał o to, by cięcie było niewielkie, szew jak najmniej widoczny. Operacje były okaleczające. Dziś staramy się ratować, co się da, jeśli jest to możliwe, proponujemy operacje oszczędzające albo mastektomię z jednoczesną rekonstrukcją. Zresztą nawet późniejsze operacje rekonstrukcyjne dają coraz lepsze efekty. Kilka lat po raku kobieta może mieć piękne piersi, wiele pacjentek jest z nich bardziej zadowolonych niż z naturalnych. Nagłaśniamy to, by pokazać: nie musisz bać się mastektomii, pomimo operacji będziesz atrakcyjna. Zaufaj lekarzom, nie szukaj cudu.

Czy w medycynie zdarzają się cuda?

- Raz na kilka lat spotykam się z czymś, co można rozpatrywać w kategorii cudu. Pacjentka przychodzi wiele lat po leczeniu onkologicznym po zaświadczenie, że może jechać do sanatorium lub mieć wszczepiony implant stomatologiczny. Lekarz sięga do historii choroby i widzi ostatni wpis sprzed lat: "Badanie radiologiczne, przerzuty do płuc, zalecono leczenie objawowe". A naprzeciw niego siedzi osoba w doskonałej kondycji. I mówi, że brała zioła peruwiańskie albo piła wodę z wyciągiem z kory dębu.

Jak to możliwe?

- Wiele rozpoznań, szczególnie na podstawie zdjęć RTG, jest błędnych. Na RTG płuc widać plamy, zacienienia, ktoś zinterpretował je jako przerzuty, a to były tylko zmiany pozapalne. Potem pocztą pantoflową szerzy się wiadomość o cudownym ozdrowieniu pacjentki z przerzutami do płuc. A przerzutów nigdy nie było.

Czyli nie ma cudów, tylko zdarzają się błędne diagnozy?

- Dokładnie. Takich sytuacji jest zresztą mało.

A co z aktywną postawą, która jest, jak pan sam mówił, pożądana? Czy można w ten sposób zatrzymać raka?

- I tak, i nie. To trudno zmierzyć, zbadać naukowo, nie ma więc sposobu, by potwierdzić hipotezę, że nastawieniem psychicznym można zwalczyć chorobę. Każdy z nas, lekarzy, powie, że osoby zdeterminowane, waleczne lepiej znoszą trudy terapii onkologicznej, która bywa długa i ciężka. Ważne jest coś innego: negatywne nastawienie, myślenie katastroficzne opóźnia rozpoczęcie leczenia. Pacjentki pesymistki proszą o dłuższy czas do namysłu, zasięgają wielu dodatkowych opinii. Zachęcam kobiety, by konsultowały się z innymi lekarzami, ale nie można robić tego w nieskończoność, trzeba podjąć decyzję, jak najszybciej zacząć leczenie. Dlatego staram się w pacjentkach, zwłaszcza tych, które sprawiają wrażenie zrezygnowanych, obudzić ducha bojowego, zmobilizować do walki.

To w końcu aktywna postawa działa czy nie działa?

- Człowieka, który poddaje się stresowi, trudniej wyleczyć. Bo stres przyciąga stres. A diagnoza choroby nowotworowej to wielki stres: ryzyko śmierci, perspektywa długiego zmagania się z rakiem bez gwarancji na sukces. Presja działa nie tylko na chorego, także na jego bliskich. Widzę, że moje pacjentki troszczą się o dzieci, partnerów, matki czasem bardziej niż o siebie. Pamiętam kobietę, która zamartwiała się, jak rodzina sobie bez niej poradzi. A po trzech miesiącach, jeszcze w trakcie terapii onkologicznej, widzę ją ubraną na czarno. Pytam, co się dzieje. "Mąż nie wytrzymał tych nerwów i zmarł na serce", odpowiada. Jako lekarz potwierdzam: rola psychiki w leczeniu nowotworów jest potężna. Terapia jest skuteczniejsza przy pozytywnym nastawieniu, chociaż nie ma gwarancji, że ono przełoży się  na sukces.

A gdy już wiadomo, że sukcesu nie będzie?

- Pamiętam pacjentkę dotkniętą nowotworem jajnika. W tej chorobie częste są nawroty i po drugiej wznowie ona zdecydowała się na konsultację w renomowanym ośrodku zagranicznym. Przesłała tam historię, wszystkie badania. Pokazała mi list, który otrzymała. "Szanowna pani, nie ma wątpliwości co do prawidłowości leczenia, które zaproponowano pani w kraju". I dalej szybko przystąpiono do rzeczy: "Rozpoznana u pani wznowa raka jajnika jest chorobą śmiertelną. Proponujemy cieszyć się życiem, jakie pani pozostało, a terapię trzeciego rzutu zarezerwować na moment, kiedy pojawią się objawy kliniczne choroby". Trudno jest zaakceptować takie zalecenia. Niewiele osób jest na to gotowych.

 Co zdecydowała ta pacjentka?

- Poprosiła o szybkie wdrożenie chemioterapii trzeciego rzutu w nadziei na cud. Ta terapia, wyniszczająca dla organizmu już spustoszonego chorobą, najczęściej ma za zadanie nie leczyć, ale tylko przedłużyć życie. Nie ma sensu męczyć pacjenta, dopóki nie pojawią się ewidentne sygnały świadczące o tym, że zbliża się koniec. Wtedy terapią trzeciego rzutu można go troszkę odsunąć, żeby człowiek pozamykał ważne sprawy. Trudno pacjentce przyjąć zalecenie, żeby żyć spokojnie i cieszyć się każdym dniem. Bliscy też nie chcą tego zaakceptować, uważają, że bierna postawa, rezygnacja z leczenia jest rodzajem samobójstwa. Nie zamierzają się na to godzić - pozornie aktywna postawa, czyli często uciekanie się do medycyny alternatywnej, pozwala nie mieć potem wyrzutów sumienia. Bo "zrobiliśmy wszystko, byliśmy u uzdrowiciela, w sanktuarium, wydaliśmy majątek na lecznicze zioła. Kochaliśmy ją, więc się nie poddaliśmy". Brzmi to tak, jakby lekarz zawsze wiedział, ile człowiekowi zostało czasu i czy ma szanse. Ale bywa inaczej.

To znaczy?

- Czasem mamy do czynienia z niestandardowym przebiegiem choroby nowotworowej. Pamiętam historię, w której waleczność i determinacja pacjentki miały, w moim odczuciu, kluczowe znaczenie. Rzecz działa się w latach 80. To była kobieta czterdziestoparoletnia, sama wychowywała córkę. Dziewczynka była w podstawówce, gdy matka zapadła na raka jajnika. Rokowania od początku były złe. Pacjentka zrozpaczona, bo nie miała bliższej rodziny, nie mogła liczyć na pomoc ojca dziewczynki. Nie zapomnę strachu w jej oczach. Bała się nie o siebie, ale o córkę niegotową do samodzielnego życia. Przy każdej chemioterapii mówiła: "Marzę tylko o jednym, żeby przynajmniej zrobiła maturę". Ta matura wciąż do mnie wraca, ciągle słyszę te słowa. 

Udało jej się?

- Przebieg choroby był zdumiewający: pacjentka przeżyła chyba osiem rzutów chemioterapii. Prawie cud. Pojawiła się u mnie wiele lat po pierwszej diagnozie, przyjechała na badania kontrolne. Towarzyszyła jej córka, z dumą pokazała dyplom ukończenia wydziału prawa. Dziewczyna zdążyła jeszcze zrobić aplikację sędziowską i znaleźć pracę. Dopiero wtedy jej matka odeszła. Można domniemywać, że nowotwór, z którym się zmagała, był wprawdzie oporny na leczenie, ale "leniwy". Ale można też uznać, że kobieta miała ogromną motywację do życia. Chciała doprowadzić jedyne dziecko do etapu, w którym będzie mogło poradzić sobie bez matczynej opieki. Jestem pewien, że gdy umierała, była szczęśliwa, bo jej córka była bezpieczna.

Ta pacjentka stosowała terapie alternatywne?

- Nie. Była osobą mocno stąpającą po ziemi.

Rozmawiał: Wojciech Staszewski

Prof. Grzegorz Panek jest kierownikiem Oddziału Klinicznego Ginekologii i Położnictwa Szpitala CMKP im. W. Orłowskiego  w Warszawie i konsultantem wojewódzkim w dziedzinie ginekologii onkologicznej dla Mazowsza.

Twój STYL 10/2017


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje