Wieczory, welony dnia ciągnące się niespiesznie. Są jak pociągi, przejściowe korytarze między bańkami życia. Otwarte przestrzenie, nieumeblowane, pełne zakamarków, zakrętów, obcych słów zdarzeń z pogranicza prawdy i ludzi z innych światów. Wieczorem najsztywniejsza lina w wąski łuk się zagina a deski wiążą się w pętelki. Wszystko jest możliwe. Myśli wyskakują z pędzących samochodów i tańczą beztrosko na łące wyobraźni w rytm własnych melodii. Wieczory są wielką szafą pełną starych ubrań, które można pokompletować w nowe, oryginalne zestawy i zabłyszczeć. Są szafą, do której można bezpiecznie się schować, wsadzić palec w szprychy machiny i ją zatrzymać. Są szafą, której ściany, jak dzielni rycerze bronią kwiatów wyobraźni. Miękki dotyk tkanin, miesza wspomnienia z zapachami w nową woń, która ukryta dotychczas dróżką prowadzi nas w krainy nieznane. Niespiesznie.
Wieczory w pociągach są tunelem, w którym nic nie istnieje, są punktem, rozciągniętym mostem w bezruchu. Napiętą pustą drogą bezszumną, zastygłą. Tlącym się światłem jednostajnym jak stukot kół, podkreślającym niezmienność pozycji i świata. Wieczory w pociągu, nigdzie nie jadą, ziewają ospale zawinięte w brudne zasłonki, do okien twarzą poprzylepiane, zbyt zmęczone podróżą dnia, zasypiają.
Albo wieczory, nocne ćmy w drodze, odbite od szyb, szukające światła. Rozpaczliwym trzepotem przerażających skrzydeł chcą uciec w jakiś świat obcy, lecz nazwany, byle tylko nie dać się pochłonąć tej nicości, nie dać się uwieść szarościom zmroku, zasypiającej ciszy w poukładanej szafie myśli. Byle strun na nowo nie stroić, nie układać nowych pieśni z rozsypanych pragnień najgłębszych. Nie dać się skusić możliwościom nieskończonych studni, w które słowa wpadają jak różowe wstęgi, pełne zdań intymnych, wykrzyczanych, z którymi trzeba coś zrobić, choćby na palec nawinąć. Albo do latawca przyczepić, na wiatr puścić w świat, w kształt ubrane.
Wieczory, barokowe katedry ociekające niemożliwymi zdarzeniami, gdzie czas przyszły niedokonany jest fundamentem, na którym stoi przeszłość, a teraźniejszość w słońcu odbijana, kolor co chwilę zmienia na piękniejszy. Gdzie nadmiar zachwyca a niemożliwa harmonia przytłaczających elementów stanowi o bogactwie naszych przeżyć.
Wieczory, suknie ze słów utkane, w których jadę w pociągach między dniem a dniem, by co rano wysiąść na początkowej, stacji.
Jestem z lekka przybrudzona, a niedospane spuchnięte myśli jeszcze nie chcą drgnąć, kiedy znów w okienku kasy, pociągam za sznurek światła i proszę o kolejny bilet w nieznane.
A kiedy miejsca na świecie nie znajduje i zbyt grząski grunt pod stopą, na wyciągniecie choćby o jedną minutę... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (1)