O czym to ja chciałam?
No tak, zasiadam czasem nad kartką papieru ( tak, wciąż jeszcze nad kartką, nigdy nie mogę doczekać się swojej kolejki do komputera), pochylam swoje zastygłe palce, jak do modlitwy je składam i niczym paciorek, chciałabym kilka stron odmówić. Słowa jednak nie przylegają do siebie, jakby były z innych układanek. I cóż zrobić? Kiedy moje ręce aż się trzęsą, żeby po paciorkach zdań się ślizgać, zdrowaśki akapitów odmieniać, rozdziałami, do epilogu brzmiącego jak Amen.
O czym mówić, kiedy wszystko wzrokiem niczym szczotka na długim kiju, omiatam. Z odległości. Zbyt dużej, by na szczególe oko, jak lampę zawiesić i z bliska się przyjrzeć tym pajęczynom i życie jakieś dostrzec. Poza mną. Odrębne.
Lubię czytać książki. Oglądać filmy. Słuchać muzyki. Rozmawiać z ludźmi. Kto tego nie lubi?
Jednocześnie odczuwam niepokój, kiedy mam w rękach kryminał, lub oglądam film sensacyjny. Nie boję się o bohaterów, bo mój rozumek, choć mały, w takich przypadkach odróżnia fikcję od rzeczywistości. I nie o narastające napięcie mi chodzi, które muzyka sugestywnie widzowi szepcze, a które jak lont się pali. Martwię się, bo często nie wiem, od jakiej bomby ten lont i kto tym razem wybuchnie. Komu zrobią coś złego. I po czyjej stronie mam się ustawić. Czyj ogień butem bezdechu i zaciśniętych pięści przydeptać Martwi mnie rozwój wypadków, niezrozumiały dla mnie i gęsty. Przerasta mnie intryga, w której zawiłościach się plączę niczym osa w cudzych włosach. Stresuję się, bo wiem, że ja bym tego nie wymyśliła. Nigdy nie znalazłabym tylu cegieł, zaprawy tak silnej, żeby taką powieść zbudować. I również, jako widz do porażki musze się przyznać, bo nie umiem przewidzieć, kto kogo zabije ani kto jest tym dobrym. Nie wiem jak film się skończy. Moje figurki na szachowej planszy leżą wyczerpane niczym po wielkiej bitwie. Moich mało błyskotliwych spekulacji i domysłów. Nie byłoby to takie straszne gdyby nie fakt, że na ogół wszyscy wiedzą, oprócz mnie.
Martwi mnie to.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie martwi. Te wszystkie postaci, ich umysły dedukcyjne, ich mądrość wciskająca moją szczękę w ziemię, bijąca mojego króla i jego świtę. Ich profesje wykonywane z taką skrupulatnością, pasją. Ta ostrość myśli, wiara we własne przekonania, możliwości, wiedzę. Nieomylność opinii i sądów. Ta sama, która czasem ręką z ekranu niektórych po głowie głaszcze, jakby błogosławieństwa udzielała i naukę swoja kazała szerzyć wśród bliskich.
I pasja mnie męczy. Ta ich miłość do rzeczy, które robią. Praca, której oddani są we śnie nawet i podczas porannej toalety, gdy doznają spektakularnych olśnień. Ta umiejętność, ten styk neuronów, na innej niż przeciętna, częstotliwości. I zdanie, które mówią zbyt często: „jestem w tym dobry”, „znam się na tym”.
Mój stres sięga wtedy zenitu.
Bo ja w niczym nie jestem dobra. Nie ma dziedziny, o której mogłabym powiedzieć, że ją znam. Nie znam siebie nawet. Świat mnie nieustannie zaskakuje. W jego zakamarkach wciąż odkrywam skarby zapomniane, lub pozostawione po poprzednich lokatorach, po sobie czasem, tej z innego wymiaru, z innej piwnicy myśli. I te skarby bywają jak szkło z wieloma załamaniami, które, gdy przez nie spojrzeć, zmienia perspektywę widzenia, a czasem nawet kierunek marszu. Zupełnie jakbym ich nieskończoną ilość miała a nie tylko garść.
Może gdybym miała plecak, mogłabym te skarby tam schować, rozsiąść się potem na jakimś kamieniu, wyciągnąć chustę i w zadumaniu, jeden po drugim wyciągać i układać jak trofea. Na każdym przystanku od nowa. Aż poznałabym ich wszystkie kolory. Może wówczas mogłabym ogarnąć chociaż zawartość mojego bagażu. Może byłby tą jedną, jedyną dziedziną, na której się znam. Obszarem, w którym poruszam się po omacku, bez światła, z doskonałą precyzją.
Może, gdybym stanęła w miejscu, zdążyłabym ogarnąć chociaż trawę pod stopami i rosę, choć mały skrawek ziemi, na której stoję, przywłaszczyć, przekopać, zlustrować. Wbić się na głębokość zaistnienia.
Ale nie mam czasu. Cierpliwości. Nie umiem czekać aż wrosnę.
Stres kryminału, sensacji, inteligentnych rozmów, podczas których notuję słówka do wygooglania, depcze mi po piętach, gna do przodu i nie pozwala usnąć, odpocząć. Biegnę więc i wzrok swój rzucam na spotkany krajobraz, jak prześcieradło na drogocenne meble, żeby uchronić je przed kurzem i zniszczeniem. Z nadzieją, że kiedyś pod nie zajrzę. Jak do nieoczytanej książki.
Tym czasem z lotu ptaka niemal, robię pośpieszną selekcję słów, ludzi i rzeczy, w których mogłabym się zakochać i owinąć wokół nich swoje życie. Każdym skrawkiem nitki się przytulić, wbić w materię do krwi, dogłębnie. Zahaczyć płaszczem, do rozerwania kieszeni, do wyrwania guzika, poszarpania kołnierza. Z pasją.
Później, jutro, za kilka dni…
A haczyków wcale mi ich nie brakuje. Nie cierpię na suszę w pustynnym klimacie. Wręcz przeciwnie.
Problem tkwi w tym, że ten świat wokół mnie, zachłystuje mnie do nieprzytomności prawie. I przeżywam lub raczej przeżywa się we mnie życie, którego nie ogarniam. Może zbyt czułą mam skórę i omdlewam od każdego dotknięcia? Gdy dochodzę do siebie, muszę jeszcze zmrużyć oczy, bo intensywność wrażeń, choć oddalona, jeszcze mnie oślepia. A pęd powietrza, to nowe, w tytułach książek, płyt, w nagłówkach warsztatów, w nowych hasłach współczesnej psychologii, gna mnie już do przodu, zanim jeszcze dobrze wstanę po poprzednim olśnieniu.
Magazynuję, więc świat w pudełka emocji i nadzieję mam, że na końcu drogi jest bezwietrzna kraina, w której z albumem na kolanach i lupą pod nosem, z pasją przeżyję swoje pobieżne życie.
Czasem ją widzę na horyzoncie.
Biegnę wtedy szybciej, choć nie wiem, czy to nie fatamorgana.
A kiedy miejsca na świecie nie znajduje i zbyt grząski grunt pod stopą, na wyciągniecie choćby o jedną minutę... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (1)