Wczoraj ok. 23.30 zapragnęliśmy wrócić do domu. Taksówką. Z bliskich Włoch do Centrum. Zadzwoniłam do korporacji, którą jeżdżę zazwyczaj.
- Czy zaczeka pani ok. 20 minut?
Nie miałam wyjścia. Po 15 minutach zadzwonił telefon. Pani dyspozytorka.
- Niestety nie mam kogo do pani wysłać - oznajmiła.
- A kiedy będzie pani mogła?
- Nie wiem.
- W takim razie dziękuję, zadzwonię do konkurencji.
Zadzwoniłam. Dyspozytorka powiedziała, że taksówka przyjedzie za ok. 15-20 minut. OK. Po 20 minutach schodzimy przed dom. Pusto. Zadzwoniłam ponownie.
- Nie ma nikogo w pobliżu. Proszę czekać.
- Ile? - zapytałam
- Jakieś 15-20 minut.
Wróciliśmy na górę. Zadzwoniłam do kolejnej korporacji.
- Nie mam kogo wysłać w pani strony - pani była szczera. Podziękowałam. Po 20 minutach zamiast zejść zadzowniłam do tej, na którą już czekaliśmy.
- Dalej nie miał kto podjechać. Proszę czekać.
- Ile? - zapytałam już porządnie wkurzona.
- 15-20 minut.
- Kolejne? Przecież czekam już 40!
- Nie ma kto podjechać.
Postanowiliśmy poczekać. Ale ile można wystawiać cierpliwość gospodarzy i własną na próbę? Sprawdziliśmy nocne autobusy. Najbliższy był za 10 minut. Postanowiliśmy pójść na przystanek i patrzeć czy nie jedzie taksówka. Nie jechała. TA nie jechała. Jechały każdej innej korporacji. Postanowiliśmy spróbować jakąś zatrzymać. Dwie nas zignorowały, ale może miały klientów. Trzecia się zatrzymała.
- Dobry wieczór, zawiezie nas pan do centrum?
- Eeee, nie! Zjeżdżam już do domu na Jelonki, nie opłaca mi się.
Trzasnęłam drzwiami, bo nie chciało mi się dyskutować. Ręce opadały. Zamówionej taksówki nadal nie było, mimo że minęło już kolejne 30 minut! W akcie desperacji, na widok nadjeżdżającej jakiejś taksówki zaczęłam skakać, machać rękami, jednym słowem robić z siebie wariata, byle się tylko zatrzymała. Zatrzymała się.
- Zawiezie nas pan do centrum?
- Oczywiście, proszę wsiadać.
Ruszyliśmy. W tym momencie zadzwoniła pani od zamówionej taksowki (minęło prawie 40 minut!)
- Taksówka czeka - oznajmiła.
- Dziękuję, już jadę do domu.
- Jaja sobie pani robi?! Jak tak można?! - pani się zdenerwowała.
- A ile można stać na mrozie? - zapytałam i się rozłączyłam. Nie chciało mi się z panią dyskutować. Pan taksówkarz musiał wysłuchać całej historii. Biedny! Dobrze, że droga nie daleka :)
Przez do czekanie straciliśmy ponad półtorej godziny! Następny razem od razu idziemy łapać taksówkę na ulicy. Przynajmniej nie narażę się na uszczypliwość pań dyspozytorek.
HORROR!!!
Nie lubię tego co robię. Nie daje mi to satysfakcji. Żadnej. Nie identyfikuję się z firmą. A mimo to po nocach... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (9)