Dzieci z Kazimierza
Kojarzycie te dzieci? Zimowymi, szarymi popołudniami włóczą się po mieście w poszukiwaniu łatwych pieniędzy. Łatwych dla ich „opiekunów”. Bo pozwólcie, że nie nazwę tych ludzi rodzicami. Nie mam ochoty. Choć niektórzy z nich być może zasługują na współczucie.
Znacie te dzieci, które weekendowymi wieczorami zaczepiają was w kawiarnianych ogródkach prosząc, a czasem wręcz żądając pieniędzy? Od najmłodszych lat uczone cwaniactwa, bezczelności i bezwzględnej walki o byt. Najczęściej spotykałam je na starym żydowskim Kazimierzu. Dziesięć lat temu na czele bandy „kazimierzowych” dzieci stało ich dwoje.
Ona, słodka dziewczynka o wyglądzie aniołka. Blond włosy związane w dwa kucyki, niebieskie oczęta i pozornie nieśmiały uśmiech. Podchodziła do stolika z bukietem róż, większym niemalże niż ona sama. Czerwonych zazwyczaj. Żadna żebranina, czysty biznes. W drzwiach lokalu stała towarzysząca jej kobieta i bacznie ją obserwowała. Mała podchodziła do każdego stolika i z przymilną minką zadawała pytanie:
- Może kwiatek dla pani? A może pan kupi kwiatek dla tej pani?
Kiedy ktoś decydował się na zakup milusińska atmosfera trwała do końca. Ludzie zawsze dawali jej więcej, nie mieli drobnych, a filuterny wygląd małej dodatkowo rozmiękczał im serca. Gorzej było, kiedy dziewczynka spotykała się z odmową. W ruch szły przekleństwa i kuksańce. Opiekunka nadal niewzruszenie obserwowała sytuację z oddalenia. Zdarzało się, że interweniować musiała obsługa wypraszając obie – starą i dziecko z kawiarni. Dziewczynka korzystając z ogólnego rozgardiaszu i zamieszania czasem podkradała papierosy, zapalniczki ze stolików, portfele z torebek. Cokolwiek wpadło jej w ręce. Kiedyś nawet podwędziła mojej znajomej kartę biblioteczną. Znalazłyśmy ją podartą na chodniku przed knajpą. Tak zwinnie się uwijała. Równocześnie zgrabnie wyzywając wszystkich klientów od świń i idiotów. Pominę bardziej wyrafinowane bluzgi płynące z ust może dziesięcioletniego dziecka. Od małego tresowane do kłamstwa, oszustwa, chamstwa. Z błyskiem w ślicznych oczkach.
I on, wtedy może ośmiolatek, zawsze bywał w moich ulubionych knajpkach. Sam albo z kolegami. Często go spotykałam i miałam do niego ewidentną słabość. Piegowaty, szczerbaty, obcięty na zapałkę, w krótkich spodenkach i koszulce o dwa rozmiary za dużej. Szmaciane, podarte trampki, zdarte kolana, wielkie brązowe oczy. Był mniej więcej w wieku mojego siostrzeńca. Podchodził do każdego stolika ze stosem ręcznie malowanych obrazków w formacie kartek pocztowych. Szybkim urywanym głosem wyrzucał z siebie pytanie połykając po drodze połowę głosek:
- Kupi pani kartkę?
Tylko jak kupić skoro miałam zawsze niejasne przeczucie, że moje pieniądze pójdą na zakup alkoholu dla tych, co mu kazali zadać mi to pytanie. Mnie i połowie miasta. Przyznam, że tamtej dziewczynce trudniej było współczuć. Skutecznie zniechęcała wszystkich swoim zachowaniem, mimo, iż przecież każdy wiedział, że to nie jej wina. Za to na widok chłopca za każdym razem miałam ściśnięte gardło. Wystarczyło, że spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, stojąc z lekko spuszczoną głową i chciało mi się wyć, że świat jest urządzony w tak gówniany sposób. Za każdym razem, kiedy próbowałam z nim porozmawiać odwracał się na pięcie i uciekał. Wymyśliłam, że skoro czmycha na mój widok muszę pomóc mu jakoś inaczej. Zaczęłam nosić ze sobą jedzenie.
Następnym razem podszedł do mnie, kiedy piłam kawę w małej kawiarence i przeglądałam notatki do pracy dyplomowej.
- Kartkę pani kupi?
- Nie, dziękuję, ale zaczekaj, mam coś dla ciebie – powiedziałam i wyjęłam z torby reklamówkę. W środku była bagietka z serem, dwa jabłka i wielka bombonierka. Czekoladki nosiłam dla niego, a pozostała zawartość miała być moim obiadem.
Chłopiec od razu odsunął się na bezpieczną odległość, głowę spuścił jeszcze niżej niż zazwyczaj wwiercając wzrok w swoje brudne tenisówki. Czułam, że zaraz mi zwieje.
- Lubisz słodycze? – spytałam najbardziej łagodnie jak umiałam, żeby go nie wystraszyć.
Szczerze mówiąc spodziewałam się każdej reakcji, łącznie z ucieczką i agresją skierowaną w moją osobę. Chłopak jednak nadal uparcie milczał i za żadne skarby nie chciał podnieść głowy zajadle usiłując wepchnąć krawędź podeszwy buta w szczelinę między płytkami chodnika. Ostrożnie położyłam reklamówkę na stoliku, przesunęłam w jego stronę i powiedziałam:
- Hej, mam nadzieję, że weźmiesz, zależy mi na tym...I smacznego...
Szybkim ruchem sięgnął po worek i uciekł. Tenisówki tętniły o asfalt, spłowiały od przedwczesnego majowego upału. Odetchnęłam z ulgą i spod przymrużonych oczu obserwowałam jak biegnie małą kazimierzowską uliczką. Potem zniknął za rogiem.
Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Za każdym razem ze ściśniętym gardłem obserwowałam go jak wędruje między stolikami i pokazuje zwykłe kartki wyrwane z zeszytu pokryte dziecięcymi bazgrołami. Instynktownie czułam, że duma zżera go od środka, że marzy o tym, żeby wsadzić komuś te bazgroły w gardło. Ale strach przed laniem, a może głód były silniejsze. Kiedy tylko miałam przy sobie kanapkę czy czekoladę wciskałam mu ją do ręki i szybko odwracałam się w drugą stronę. Nie lubił, kiedy na niego patrzyłam. Każda próba konfrontacji kończyła się tak samo. Tupotem zniszczonych tenisówek. Peszył się, wstydził, płoszył, wściekał. Nigdy nie odezwał się do mnie słowem. Oprócz zwyczajowej mantry:
- Kupi pani kartkę?
Czasem tak jest, że ktoś zupełnie obcy „wybiera” nas albo my jego i odciska ślad w naszej duszy. Może każdemu z nas przypisana jest określona ilość osób, jakie świadomie spotka na swojej drodze? A może wszystko jest dziełem przypadku? Iluż bezdomnych spotkałam na ulicach mojego miasta. Ileż widziałam scen szarpiących serce. I szybko o nich zapominałam. Zapamiętałam właśnie tego chłopca.
Nawet teraz, kiedy po dziesięciu latach o nim myślę w mojej głowie wciąż jest ta emocja. Ta ściskająca za gardło. Żal, że tak wyglądało jego dzieciństwo. Smutek, że musiał prawie żebrać o zwykły byt. Rozpacz, że nie można tak po prostu pstryknąć palcami i zmienić tych wszystkich pokręconych zależności, które to sprawiły. Wyrzut, że tamta dwudziestolatka zrobiła za mało. Że teraz wymyśliłabym coś lepszego, żeby mu pomóc. Zaduma nad ulotnością chwili, na którą często nie mamy wpływu. Wiem i wiedziałam wtedy, że gdybym próbowała pogadać z nim na siłę, dowiedzieć się czegoś więcej najprawdopodobniej usłyszałabym stek wyzwisk. Tak właśnie reagują małe, bezbronne, zaszczute zwierzątka. Ale to nie zmienia faktu, że zrobiłam za mało.
Potem zniknął, więc przestałam go dokarmiać. Po prostu. Spotkałam go parę lat później. Wyrósł tak jak mój siostrzeniec. Miał już pewnie z piętnaście lat. Znów krótkie jeansy, koszulka i trampki. Spalona słońcem skóra upstrzona siniakami, wypłowiałe od letniego, nadwiślańskiego żaru włosy. Prawie w ogóle się nie zmienił. Po prostu wyrósł. Był z paroma kolegami. Szli szybkim krokiem przez Plac Żydowski głośno pokrzykując do siebie. Ależ się ucieszyłam na jego widok. Mijając go uśmiechnęłam się szeroko od ucha do ucha, a on spojrzał na mnie i popukał się w czoło.
Szłam potem przez miasto i śmiałam się głośno. Cieszyłam się, że jest cały i zdrowy i tak cudnie wyrósł. Pewnie mnie nie pamiętał, więc nawet nie wie ile radości mi sprawił. Wcześniej myślałam sobie, że ta historia nie ma happy endu. Ale może ma. Może jednak ma. W końcu oboje przetrwaliśmy. A dopóki życie jest jeszcze przed nami możemy wszystko.
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Do tej pory miłość była mi znana tylko z treści... więcej
Reklama
Wasze komentarze (31)
-
30.11.2011 (12:37)Ada, smutna historia:( Wiem, że tak też bywa i to bardzo często. Te etyczne rozterki i niuanse nigdy nie są proste. Tyle różnych kwestii wpływa na to kim się stajemy i kim jesteśmy. Nie jestem pewna, czy gdybyście mogli cofnąć czas odmówilibyście pomocy. I czy ich życie na pewno byłoby wtedy lepsze? To są takie trudne decyzje, bo nigdy nie wiesz na pewno...adatoniewypadaMoja opowiesc nie jest tak sympatyczna. Pamietam dzieciaka 10 letniego, z dużą wada stawu biodorowego z dysfunkcyjnej rodziny. Udało mi sie załatwic bardzo dobrego specjaliste do operacji tego stawu/ Uproszono rodziców dysfunkcyjbych zreszta aby sie zgodzili. Operacja sie udalo, minelo 10 lat, mial zone i dziecko, które to bił i maltretował, jak sie dowiedzielismy z M. Gdybysmy z M mu nie pomogli, nie moglby maltretowac rodziny. Oczywiscie to nie haslo aby nie pomagac. Ale czasami tak wychodzi. Zreszta los czasami rozwiazuje problemy ten chlopak a zasadzie juz dorosly mezczyna zginał tragicznie młodo, ale "uwolnił" bliskich.
-
28.11.2011 (22:26)Moja opowiesc nie jest tak sympatyczna. Pamietam dzieciaka 10 letniego, z dużą wada stawu biodorowego z dysfunkcyjnej rodziny. Udało mi sie załatwic bardzo dobrego specjaliste do operacji tego stawu/ Uproszono rodziców dysfunkcyjbych zreszta aby sie zgodzili. Operacja sie udalo, minelo 10 lat, mial zone i dziecko, które to bił i maltretował, jak sie dowiedzielismy z M. Gdybysmy z M mu nie pomogli, nie moglby maltretowac rodziny. Oczywiscie to nie haslo aby nie pomagac. Ale czasami tak wychodzi. Zreszta los czasami rozwiazuje problemy ten chlopak a zasadzie juz dorosly mezczyna zginał tragicznie młodo, ale "uwolnił" bliskich.
-
-
26.09.2011 (12:35)Mari, to temat rzeka. Z łamaniem kości i innymi torturami też mi nie po drodze. Wolę być naiwna i wierzyć w ludzi. To się naprawdę opłaca częściej niż nam się wydaje. Tak jak w Twojej historii z tą dziewczyną - cudne:)mari01Malinka, jak zawsze - świetny tekst:))))
ja tez znałam takie dzieci, też "pomagałam" - teraz wiem, ze jeden chłopak siedzi za kradzież i nieumyslne spowodowanie śmierci a dziewczyna wyrosła na wspaniałaą młodą kobietę, z którą nadal mam kontakt -sporadyczny ale mam. I uslyszałam od niej coś, co pokazało mi, ze warto byc współczującym, dobrym(być moze naiwnym?!) a nie łamać kości - usłyszałam,ze byłam tą osoba, która zawsze pomogła, wysłuchała i dała wsparcie, kiedy było go potzreba.Większej nagrody niz te słowa w życiu za nic nie dostałam, -
26.09.2011 (12:25)Szkoda, szkoda, też żałuję. Ale skąd wiadomo, że wyrósł "na potencjalnego bandytę"? ~krakowiaczek jedenszkoda, że tylko korzystał z kanapek, może gdyby zaprzyjaźnił się z autorką to nie wyrósłby na potencjalnego bandytę ?
-
26.09.2011 (12:20)Nie mam zielonego pojęcia czy to rodzina;) Zresztą jakie to ma znaczenie? Sam fakt, że małe dzieci pod przymusem czy dobrowolnie robią takie rzeczy jest dla mnie straszny.~dorotateraz też dzieci chodzą po kawiarniach na Kazimierzu i podsuwają ręcznie malowane kartki - młodsze rodzeństwo tamtych?















Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia