Odkąd sięgam pamięcią, w każdym miejscu zamieszkania „zaprzyjaźniałam się” z bezdomnymi i potrzebującymi. Ja tak mam, chyba po przodkach i nie bardzo wiem, jak to zmienić. Przyciągam ludzi, albo sama im się narzucam, efekt zawsze jest ten sam – jedni wykorzystują moją naiwność do granic przyzwoitości, inni bardzo kulturalnie i z duma odmawiają, a jeszcze inni z wielkim wyczuciem zwracają się o pomoc. Mężuś zdążył się już do tego przyzwyczaić, bo skoro sama nie mogę się od tego uwolnić, to on walczyć ze mną nie będzie.
Od kilku dobrych lat mieszkam na jednym osiedlu, dlatego też znam parę osób po imieniu i nasza „przyjaźń” kwitnie. Kłaniają mi się na ulicy (ku zgorszeniu sąsiadów), czasem sobie pogadamy, zawsze mogą liczyć na coś niecoś, w miarę moich skromnych możliwości i nie zdarzyło mi się jaszcze, by ktoś, „ze starych” znajomych usiłował nadużywać mojej uprzejmości.
Przyjaźń z Rysiem zaczęła się od domofonu.
–Jestem bezdomny, czy ma pani coś do jedzenia?
– Pan poczeka, zaraz zjadę – wskoczyłam w buty i za chwilę byłam na dole. Rysia znałam z czasów, gdy jeszcze urzędowałam z małymi dziećmi w piaskownicy. Potem zniknął na jakiś czas i teraz znowu się pojawił. Z trudem go poznałam, sczerniały, wychudzony i wyglądał starzej ode mnie. A wiem, że jest młodszy, bo kiedyś zgadaliśmy się na ten temat.
– A, to pani – zagadnął , a ja się ucieszyłam, jak dziecko, że mnie poznał, chociaż powinnam być wściekła na niego, bo ostatni raz gdy się widzieliśmy – to załatwiłam mu pracę (kopanie ogródków), potem zniknął na dłużej, a od ludzi dowiedziałam się, że nie wykonał pracy należycie.
– Panie Rysiu i co, znowu po prośbie? – zagadałam neutralnie.
– Jakbym mógł prosić kawkę w słoiku, tak jak kiedyś, z cukrem .Kanapki już mam – przeszedł do konkretów.
– Niech pan pójdzie na podwórko, zaraz przyniosę.
Wróciłam z kawą, przyniosłam trochę ciuchów po Mężusiu i gdy Rysio posilał się – powiedziałam rzeczowo:
– Ja już pana zapał do pracy znam, umowa nadal ta sama. Do mnie na kawę, herbatę, to na trzeźwo. Hasło domofonowe to samo. Jeśli zdecyduje się pan na pracę w ogródku, to tylko solidnie. Ja za pana oczami świecić nie będę, tak jak ostatnio.
Rysiu zgodził się chętnie i od tej pory wyglądało to tak: domofon, „dzień dobry, tu Rysiu, ja po kawkę/herbatkę”.
Ostatnio, pod moją nieobecność zadzwonił Rysio. Domofon odebrał Mężuś. Wracam do domu i zastaję taki oto obrazek: Mężuś z Rysiem siedzą w kuchni przy kawce i ciastkach. Tak jakoś wesoło mi się zrobiło, gdy zobaczyłam te malutkie filiżanki od espresso. Do tej pory Rysio zwykł pijać kawę ze słoika!
Jak się później okazało, Mężuś myślał, że to jakiś mój kolega wpadł na kawkę (nie usłyszał widocznie w domofonie: ”ja PO kawkę”). Trochę się zdziwił wyglądem kolegi, ale zdążył się już przyzwyczaić do moich koleżanek artystek i do przyjaciół – Metali, córki - to Rysia podpasował sobie pod jakąś bohemę. Nie usiłowałam go wyprowadzać z błędu, by go zbytnio nie drażnić. I tak Rysio woli kawkę w słoiku i to taką najtańszą, nie Lavazze.
Dzisiaj na zakupach złapałam się na tym, żeby kupić Rysiowi kawkę…ale Rysia już nie ma.
Parę dni temu, jego kolega specjalnie przyszedł mnie poinformować, że Rysio zasnął i że się już nie obudził. Zanim odzyskałam głos, to kolega pożegnał się i poszedł sobie. Nie wiem, czy Rysio miał jakąś rodzinę, nie wiem gdzie go pochowali, ale mam nadzieję, że tam, gdzie jest – ktoś mu tę kawkę w słoiku nosi.
Rysiu, ten tekst dedykuję Tobie, zamiast kwiatów…
Wpadłam na DTS -y, by coś tam skrobnąć od siebie, ale najpierw zajęłam się lekturą innych wpisów.... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (7)
Świeć Panie nad jego duszą,
A Tobie, Madziu - niech Ci Bóg wynagrodzi!
Buziaki.
Pozdrawiam
A.
ps. pamietacie "Boisko bezdomnych" ?