Po raz pierwszy od dłuższego czasu wróciłam do domu ostatnia. Otwieram drzwi i nic! Cisza! Co u licha, nikogo nie ma w chałupie o 18,30 oprócz psa? A właśnie, dlaczego Kudłaty nie skacze ze szczęścia? Przecież cały dzień byłam poza domem. Jeśli niemrawe merdanie ogonem są jakimi kolwiek oznakami szczęścia, to ja dziękuję za takie przywitanie! Kudłaty nawet nie podniósł tyłka z posłania, nawet nie spojrzał na mnie (no, może i gapił się, ale jest tak zarośnięty, że trudno cokolwiek zarejestrować).
No dobra, ale gdzie reszta domowników? Światło świeci się w chałupie, aż łuna bije na ulicę.
No tak, Pan i Władca (co prawda nie na końcu świata) też jest. Podobnie jak pies, leży na swoim posłaniu, w salonie i merda do mnie niemrawo przednią kończyną, tzn. robi takie „Ave Cezar”. Dziewczyny też są, pozamykane w pokojach i jak sądzę, nawet im nie w głowach, by pomerdać czymkolwiek.
– O, ja wam dam sielankę! Matka Polka wróciła i co? Zero entuzjazmu?
Rzucam siatki z zakupami na podłogę aż huczy i doniosłym głosem oznajmiam:
– Uwaga! Macie drugą szansę. Wychodzę! Będę za pięć minut i mam nadzieję, że zostanę przywitana z należytymi honorami!
Trzaskam drzwiami i zjeżdżam do piwnicy po soki (z cichą nadzieją, że nie spotkam tam Zenka, ani żadnego z jego kumpli, czy kochanek).
Wracam po jakimś czasie, nabuzowana jak elektron. Gadkę też już sobie przygotowałam po drodze. Taką o zaniku więzi rodzinnej, braku szacunku, poświęcani, tradycji i tym podobne wzniosłe tematy. W duchu sobie obiecuję, że jeszcze odegram na Mężusiu za to powitanie na leżąco.
Łapię za klamkę, wchodzę niepewnie, po omacku, bo dla odmiany w chałupie ciemność nastała. Potykam się o psa, klnę coś pod nosem i nagle…zapala się światło!
W przedpokoju stoi cała trójka plus ogłupiały zupełnie jak ja Kudłaty.
Każdy dwunożny osobnik dzierży w łapie kartkę z napisem.
I tak Starsza na nabazgrane „Herzlich Willkommen”. Młoda „Welcome”, a mężulek „Bądź pozdrowiona Niewiasto”.
Zgłupiałam, ale skoro sama sprowokowałam domowników, to niech im się nie wydaje, że tacy dowcipni są!
Zrobiłam poważną minę i wydusiłam z siebie komunikat:
– A dziękować, dziękować! Nie wyrzucajcie tych plakatów. Mam nadzieję, że od dziś począwszy, tak będzie wyglądał mój powrót do domu.
I pomyśleć, że to Mężuś wprowadził zwyczaj stadnego witania i żegnania się domowników i ja teraz muszę go egzekwować, by jakąś dyscyplinę zachować i ciągłość tradycji rodzinnej.
Czemu znowu padło na mnie?
Wpadłam na DTS -y, by coś tam skrobnąć od siebie, ale najpierw zajęłam się lekturą innych wpisów.... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (7)
ja, tez wrocilam z Ascoli, powitano mnie milo ( pies merdal ogonem, "babcia" usmiechnela sie " od ucha do ucha", Pina tez.....
Co do koloru włosów, to, co farbowanie, to inne. Teraz świetnie pasują do czwartego plakatu, chociaż zachowałam się, jak przysłowiowa blondynka z kawałów (bez urazy).
Ale sama przyznasz, że lepiej się wraca do domu, gdy cię witają z uśmiechem.