Wybrałam się wczoraj na zakupy.
Wsiadam do samochodu ( kurczę, brudny, że aż koloru nie widać, trudno, przemęczę się, może Mężuś domyśli się sam), jadę pod market. Szukam miejsca do parkowania ( wszyscy akurat teraz zakupy robią), dopiero z tyłu sklepu znalazłam jedno miejsce na uboczu. Zaparkowałam elegancko, wysiadam, a tu panowie (takie Towarzystwo Amatorów Tanich Trunków) śmieją się głośno, tak, jakby ze mnie. Oglądam się, poprawiam kieckę, niby wszystko w porządku, a oni dalej rechoczą. O cóż procenty robią swoje, a ja swoje, czyli idę na te nieszczęsne zakupy.
Wracam po jakieś godzinie, a panowie z TATT pokładają się na ziemi, wyraźnie ubawieni moim przybyciem. To nie może być zbieg okoliczności, dlaczego ja tak na nich działam? – przechodzi mi przez myśl i za chwilę znam już odpowiedź. Podchodzę do auta, pikam alarmem i nijak nie mogę się dostać do bagażnika, ponieważ cały jest „uptakany”!
Kurczę(wcale nie tak, bo zaklęłam sobie siarczyście), samochodzik wygląda, jakby grał główną rolę w filmie Alfreda Hitchcock’a. Spoglądam w górę, a nade mną rozciąga się linia niskiego napięcia, czy coś zupełnie podobnego, co ptaki anektowały sobie na wychodek.
Paradoks – ręczniki papierowe i psikacz do szyb mam w środku, a do środka dostać się nie mogę. Jako Mc Gaywer w spódnicy podchodzę do śmietnika, wyciągam kawałek kartonu i jakoś dostaję się do środka, przy wtórze podchmielonych chichotów.
Zamiast do domu jadę na myjnię (niestety ręczną, bo ta jest najbliżej). Zajeżdżam moim autkiem, które wygląda, jakby wodowało w szambie, a właściciel myjni ze śmiechem pyta się mnie:
– A gdzie to pani jeździła, że tyle tego na masce?
– Wiosna przecież, właśnie przelatywały bociany i kierunki nam się nałożyły. Ja tak jechałam, one tak leciały i rozumie pan…
– I tyle się tego uzbierało?
– Bo te bociany, to Hiczkoki upierdliwe jakieś, gdzie ja, tam i one. Jak pech to pech – ścigają mnie spod domu, aż tu do pana – tak jakoś fantazja mnie poniosła.
Właściciel myjni odruchowo spojrzał w niebo, a potem roześmiał się.
– Pan się cieszy? Przecież to pan będzie mył ten gó…jazd.
– Ale za dodatkową opłatą, bo to praca w warunkach szkodliwych – odpowiedział i zabrał się do zmywania.
Mam czyste autko i zdziwionego Mężusia, bo zaklinałam się kiedyś, że mycie samochodów, to jego działka i że nigdy, przenigdy nie pojadę na myjnię, bo on nigdy, przenigdy nie myje okien w domu.
Wpadłam na DTS -y, by coś tam skrobnąć od siebie, ale najpierw zajęłam się lekturą innych wpisów.... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (3)
Buziaki niedzielne :-)