Odkąd sięgam pamięcią, w każdym miejscu zamieszkania „zaprzyjaźniałam się” z bezdomnymi i potrzebującymi. Ja tak mam, chyba po przodkach i nie bardzo wiem, jak to zmienić. Przyciągam ludzi, albo sama im się narzucam, efekt zawsze jest ten sam – jedni wykorzystują moją naiwność do granic przyzwoitości, inni bardzo kulturalnie i z duma odmawiają, a jeszcze inni z wielkim wyczuciem zwracają się o pomoc. Mężuś zdążył się już do tego przyzwyczaić, bo skoro sama nie mogę się od tego uwolnić, to on czytaj więcej »
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright © 1999-2012 INTERIA.PL Sp. z o.o., wszystkie prawa zastrzeżone.