Od kilku dni, chodzę z myślą „o złym urodzeniu”, o tym jak ważne w życiu człowieka jest jego urodzenie, oczekiwanie przez rodziców i święcie, które pojawienie się dziecka wnosi w rodzinę. O uśmiechu, wyciągniętych rękach i tym ogromnym bezpieczeństwie – dziecka otoczonego miłością. Nie miałam tyle szczęścia, ale ile razy myślę o smutnej twarzy mojej mamy i jej oczach , które uciekały gdzie w zamierzchle czasy , dochodzę do wniosku, że urodziłam się bo musiałam, ale to był najmniejszy problem. Kłopotem byłam dla mojej młodej matki , która nie miała innego wyjścia , tylko wyjść za mojego ojca i mnie urodzić. Z mojej dzisiejszej perspektywy, urodziło mnie dziecko, nie przygotowane do roli matki i żony. A kiedy to życiowe oparcie ,czyli mój ojciec zginął w wypadku i została sama, zagubiona w świecie, który zachwycał, wabił zabawą, smakiem i mężczyznami - tak!, chyba się troszkę pogubiła. Rozżalona moimi życiowymi upadkami, powiedziałam do niej kiedyś: ty przynajmniej możesz iść na cmentarz i poryczeć w samotności. - A co ty, możesz powiedzieć o samotności , co ty o tym wiesz? - wtedy wydawało mi się że za dużo. Człowiek na szczęście nigdy nie wie o danym uczuciu wszystkiego.
Z lat dzieciństwa, pamiętam szczupłą kobietę w perfekcyjnie upiętych przez fryzjera włosach, pazurkach wypiłowanych i umalowanych przez kosmetyczkę i te jej fantastycznie zgrabne nogi na których nosiła dziecinne szpilki. Dziecinne, bo tak małe, miała buty robione na miarę bo tak małych rozmiarów dla dorosłych nie produkowali. "100 lat" później, kiedy usilnie , obie uczyłyśmy się kochać w sklepach obuwniczych stawiałam but na dłoni, jeśli się mieścił, mogłam mamę przywieść do sklepu żeby przymierzyła buty. Ale kobieta mojego dzieciństwa, to szykowna, zadbana młoda kobieta.., no cóż, tylko nie matka. Wychowywała mnie babcia i inni, a mama odrabiała lekcję dojrzewania, dorastania, rozumienia. Biedna mała.., dojrzała do wyboru i wybrała „kogo” wybrała. Nie mieściłam się w konwencji dobrej rodziny, byłam trudnym dzieckiem i wszystko i wszystkich odrzucam. Przede wszystkim narzuconego „ tatusia”. Byłam twórcą jej zmarszczek, siniaków pod oczami, kłótni o pieniądze na mnie, wagary, pały w szkole.., byłam kolorowym dzieckiem, bardzo kolorowym. A ona chciała być tylko dobrą matką dla mojego brata i fantastyczną żoną dla mężczyzny którego wybrała, święcie wierzyła że on na to zasłużył - na jej miłość.
Kochałam JĄ, jak potrafiłam – a nie potrafiłam, mając dwadzieścia lat, potrafiłam tylko nienawdzieć i ściągać wszystkie możliwe kłopoty. Złą kobietą byłam… - głęboko wierzę że to czas przeszły i nie "powracalny"
Bardzo MAMO mi Ciebie brakuję i ogromnie żałuję że miałyśmy tak mało czasu na naukę siebie i dobrą miłość, kiedy któregoś dnia odkryłyśmy że jest możliwa. Krzywa i obdarta z dobrego urodzenia wychowałam syna który jest moim przyjacielem, na pewno jest to „ wszystko „ co w życiu mi dobrze wyszło.
Jeśli możesz, idź z MAMĄ na kawę i ciastko – dziś są mojej MAMY imieniny, kupiłam frezje.. już tylko tyle mogę zrobić, straconych chwil nikt nam nie zwróci….
Opublikowałam stary(!) tekst..czytałam go i wróciły wspomnienia. Dobre wspomnienia, dobrego uczucia..chociaż tak... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (8)
Wybaczyć niedorosłej do swojej roli matce, zobaczyć w niej nie matkę, ale atrakcyjną kobietę-laleczkę .... Usprawiedliwić jej postępowanie, rozgrzeszyć za swoje trudne dzieciństwo, jednym słowem: zrozumieć. Hm...Dla mnie jesteś WIELKA.
Dziekuje
Nie mogę pójść na kawę ale zadzwonię...
Pozdrawiam