Mruk jest osobą powszechnie lubianą ze względu na jego poczucie humoru i rozrywkowy charakter. Ma mnóstwo pozytywnych cech, jest opiekuńczy i kochający. Kiedy mu na czymś zależy, jest bardzo bardzo wartościowym człowiekiem. Mnóstwo ma zalet związanych z przywiązaniem do ludzi, których kocha. Mruk ma trzy siostry, z których najmłodsza dziś wychodziła za mąż. Mruk ma rodziców: Ojca Nosorożca o charakterze subtelnym jak czołg (jego podstawową dewizą jest to, że jeśli jest gdzieś gościem, to wszystko mu wolno, a jeśli jest u siebie to goście nie mogą zmieniać jego przyzwyczajeń czy standardów) oraz Mamę łagodzącą wszystkie spory dla świętego spokoju (ona czuje się spełniona w życiu dzięki temu, że jej dzieci sobie całkiem dobrze radzą). Nie trzeba im do szczęścia więcej nic. Ojciec Mruka jest alkoholikiem, natomiast rodzina milczy najczęściej o jego nałogu, bo przecież od wielu lat krzywdy nikomu nie robi i „idzie w cug” najczęściej tylko z kolegami...
Mruk dziś bardzo przeżywał wielkie wydarzenie w swojej rodzinie. Wstał o szóstej rano, żeby pojechać ponad sto kilometrów w jedną stronę, aby przywieźć rodziców na błogosławieństwo siostry. Miałam wrażenie, że targały nim emocje większe niż na jego własnym ślubie. Nie ma w tym nic złego, jego zaangażowanie było nawet rozczulające, do momentu, kiedy wydarł się na mnie przy swojej starszej siostrze, gdy okazało się, że nie wzięliśmy z domu wina, które kupił w prezencie... Wydarł się, bo przecież za długo się szykowałam i spędziłam czterdzieści pięć minut na kąpieli w wannie, podczas gdy on wstał o szóstej rano by zrobić prawie trzysta kilometrów przywożąc rodziców. Oniemiałam. Rzadko brakuje mi słów, ale to był właśnie jeden z tych nielicznych momentów. Wysłuchałam, że siedemnastego lipca wszystko było dla mnie, a dziś, to samo jest dla jego siostry, że on jest zawsze na każde wezwanie mojej rodziny. Racja. Trudno było zaprzeczyć. Nie rozumiałam tylko jak ma się do tego moja kąpiel i to, że to on zapomniał wina... Pomyślałam, ok. - najmłodsza siostrzyczka Mruka wychodzi za mąż, bratu zależy, żeby wszystko było niemniej pięknie niż u nas, puściły mu nerwy – zdarza się. Szybko pomrugałam oczami, żeby odgonić napływające łzy, wróciłam do domu po to nieszczęsne wino i stwierdziłam, że ten jeden raz spróbuję wytrzymać.
Ślub był ładny. Biegałam po kościele z aparatem, bo siostra Mruka o to prosiła. Ksiądz zabawny, nie wyskoczył w kazaniu z żadną z atrakcji typu statystyka rozwodów czy nawiązanie do homoseksualizmu. Panna Młoda wyglądała ślicznie, Pan Młody niemniej niż ona zestresowany.
Po ślubie zorganizowane było przyjęcie weselne. Muszę przyznać, że impreza od początku nie trafiła w mój gust. Jedzenie wymyślne i małe porcje. Przystawki na stołach smaczne, chociaż niemniej ekskluzywne. Alkoholu nie brakowało. Przy małej ilości jedzenia i sporej ilości procentów... czego się można było spodziewać? Ano – można było pomyśleć, że przyjęcie zorganizowane w całkiem dobrej restauracji z wykwintnym żarciem będzie przyjęciem na równie wysokim poziomie. Można też było przypuszczać, że przyjęcie weselne tym będzie się różnić od wesela, że potrwa trochę krócej. Mozna było też podejrzewać, że brak tańców nie będzie przeszkodą, bo w małym, pięćdziesięcioosobowym gronie ważniejsze będą przyjacielskie pogawędki... Można było się bardzo mocno pomylić.
Panna Młoda i Pan Młody gustują w zakrapianych imprezach. W sumie do trzydziestki jeszcze trochę im brakuje – trudno więc się im dziwić, że jeszcze mogą. Nie wiem, jakie założenie finansowe im przyświecało przy organizacji przyjęcia, ale mały obiad na początku i duża ilość wódki spowodowały, że bardzo szybko niektórzy goście prezentowali się w stanie wskazującym. Państwo Młodzi bardzo mocno podkreślali, że śmiało można zamawiać dodatkowe posiłki z karty, jednak karta w te posiłki była dość uboga – goście wprost szukali schabowego z ziemniakami i surówką, którego nie były w stanie zastąpić ani skromna porcja pierogów, ani kaczki zapiekanej z warzywami. Trzeba przyznać, że najlepszy z tego wszystkiego był tort.
Panna Młoda bardzo szybko osiągnęła poziom sporego rozluźnienia i raz po raz kazała polewać. Ojciec Nosorożec przez pierwsze godziny chodził i narzekał, że został usadzony w złym towarzystwie, bo z jednej strony siedzieli niepijący, z drugiej prowadzący samochody.
Mruk bardzo szybko zaczął zgrywać hojraka przed młodszymi od siebie kolegami siostry i jej świeżopoślubionego męża. Trudno mi się zagłębiać w szczegóły, ważne jednak, że jego wygląd (zdjął marynarkę, krawat, podwinął rękawy koszuli i wyglądał jak... echh...). Wtórował dzielnie młodszej siostrze polewając i nawołując świadka do wypełniania swoich obowiązków. Był głośny i... niesmaczny. Prosiłam kilka razy, żeby przyhamował i z krzykami, i z piciem... Jednak po raz kolejny przekonałam się, że Mruk ma w genach pociąg do alkoholu i po kilku kieliszkach nie liczy się już bardziej nikt i nic, niż opróżnienie butelki do dna. Dziś miarka się przebrała, gdy Ojciec Mruka szukając chętnego towarzystwa do picia, powiedział Mruk, do mnie i Mruk wziął napełniony kieliszek i poszedł... Mimo tego, że chwilę wcześniej prosiłam go kolejny raz, by zwolnił tempo... To był kolejny raz, kiedy poczułam, że moje prośby, samopoczucie czy opinia nie są nic warte.
Tego było dziś dla mnie zdecydowanie za wiele. Wzięłam torebkę, aparat i po angielsku wyszłam. Wróciłam do domu.
Wiem, że dziś był wazny dla Mruka dzień. Wiem też, że przesadzam z moimi nadmiernymi reakcjami na alkohol. Jednak gdzieś w głębi duszy buntuję się przed tym, żebym musiała się wstydzić za mojego nachlanego męża, żeby musiała odpowiadać za jego bezpieczny powrót do domu, żebym musiała go holować czy przepraszać taksówkarza za zarzygane siedzenia. Jeszcze nigdy nie było takiej sytuacji, żeby Mruk nie mógł o własnych siłach wrócić do domu, ale nie chcę, żeby to kiedykolwiek nastąpiło. Jeśli on ma ochotę się zeszmacić – niech to robi, ale nie na moich oczach. Ja nie muszę brać w tym udziału, ani na to patrzeć. Każde takie jego zachowanie przy mnie – bije w moją wartość, a moja samoocena to najcenniejsze, o co chciałabym w tej chwili dbać. Poza tym, nie zamierzam przyjmować postawy kobiet ani z mojej rodziny, w której zrzędzi się do nachlanych chłopów, ani z rodziny Mruka, w której akceptuje się alkoholizm w sposób milczący i z założeniem – że przecież nikomu nie dzieje się krzywda. W sytuacjach między mną a Mrukiem, krzywda dzieje się mnie. A ja zawsze byłam i będę dla siebie najważniejszą na świecie osobą. I nie ma w tym nic złego. Mój spokój psychiczny jest dla mnie najważniejszy i jeśli kiedykolwiek zmienię priorytety, to będzie to moja życiowa klęska i porażka.
Ktoś mógłby powiedzieć, że mój świat się zmieni, także w tym aspekcie, gdy na świat przyjdzie nasze dziecko... Tylko że ja nie potrafię świadomie zajść w ciażę wiedząc, że dziecko, które powołam na ten świat, od czasu do czasu będzie musiało oglądać nachlanego ojca... Że w sytuacjach dotyczących alkoholu, to maleństwo będzie musiało znosić moje podświadomie przekazywane mu nerwy... Nie potrafię powołać na świat dziecka, gdy w mojej głowie mam głęboko wrytą świadomość, że to nowe istnienie będzie przede wszystkim na mojej głowie, że to ja będę za nie odpowiedzialna wtedy, gdy będę też się musiała zająć jego ojcem... Z tej perspektywy, już dziś chcę mocno podkreślać, że nie ma mnie ani odrobiny dla nachlanego dorosłego chłopa. Jeśli Mruk chce sobie wypić, niech to robi, ale niech nie oczekuje ode mnie w tej kwestii nawet najmniejszego wsparcia. Alkoholizm jest nie tylko zły, ale jest też głupi. Jest potworną słabością wszystkich mężczyzn, którym w dzieciństwie brakowało psychicznej obecności ojca. Człowiek świadomy i wykształcony, mający wiedzę o tym, jakie niebezpieczeństwa kryją się za małym kieliszkiem bezbarwnego procentowego płynu, nigdy nie powinien po ten kieliszek sięgać... Niestety, Mruk tego nie czuje, nie widzi i nie mam pewności czy kiedykolwiek będzie chciał to widzieć i czuć. Nie chcę po dzisiejszym wieczorze snuć depresyjnych myśli, że popełniłam błąd wychodząc za niego za mąż, że on nigdy się nie zmieni, że powinnam się pogodzić z tym, ze od czasu do czasu nachla się do nieprzytomności, że powinnam się nim wtedy opiekować... Nie obchodzi mnie to, dopóki nie ma na świecie dziecka. Do tego czasu ja jestem najważniejsza. A gdy dziecko będzie? – mam nadzieję, że i wówczas nie zabraknie mi sił ani na to, by wyjść po angielsku z imprezy, na której pije Mruk, ani też na to, by zabrać dziecko i wyprowadzić się od Mruka, zanim kiedykolwiek będzie za późno... Przykre takie myśli niecałe dwa miesiące po ślubie, ale jednak się pojawiły. Wyolbrzymiam negatywne fakty i emocje, bo jestem w dość depresyjnym nastroju także ze względu na różne zdarzenia w Zoo, więc biorę i na to poprawkę.
A to, co powiedział Mruk odnośnie tego, że jest na każde wezwanie mojej rodziny, jest tylko po części prawdą. Tak naprawdę on jest na każde wezwanie każdego poza mną. I wierzę w to, że Mruk jest w stanie poradzić sobie zawsze i wszędzie z pociągiem do alkoholu. Nie wierzę tylko, że on w tych najważniejszych dla mnie momentach, będzie tego naprawdę chciał.
To tyle na dziś. Małpa.
Długo nie pisałam... Próbowałam sobie to jakoś tłumaczyć, ale widać tak miało być... Jak ze wszystkim...... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (5)
Chronisz swoje malzenstwo nie chcesz przeciez by Mruk zamienil sie w nosorozca po latach. Wiec jasne zasady okreslasz teraz i stawiasz granice. Wiec moim zdaniem postapilas slusznie.
Pozdrawiam
A
Ja np. uwazam, ze jezeli razem sie idzie gdzies na impreze, to razem tez wraca, zawsze ! Nawet jezeli ja chce sie bawic a M. wychodzi, to wychodze rowniez, potem mozemy sobie pewne rzeczy wyjasnic. Dla mnie to zasada. Oczywiscie to moje prywatne zdanie ktore dotyxzy mnie i bliskich mi osob. A przeciez sie roznimy dlatego Colette3b prosze nie traktuj tego jako krytyke. Nie jestesmy idealne/i wszyscy mamy niestety cos za uszami, ja tez , najlepiej pewno wie, o tym mysle M. A Mruk to sympatyczny facet ktorego kochasz i tak trzymaj :)
Pozdrawiam
A.
temida0Napisałaś tego maila pod wpływem chwili, byłaś wściekła na Mruka i chciałaś gdzieś wylać swój żal. Gdybym nie czytała Twoich wczesniejszych wpisów, ale...lubię Mruka. Jak sama napisałaś jest kochający i opiekuńczy. Nie każdy syn alkoholika , staje się nim , tak jak nie każdy syn abstynenta nie pije. Sama piszesz, że był mało jedzenia dużo alkoholu. Nic dziwnego, że niektórym zawrócił on mocno w głowie, w tym Twojemu Mrukowi, który czuł się w rozumieniu jego rodziny pewnie "współodpowiedzialny" za tzw. dobrą zabawę więc wtórował im w tym piciu. Mój K. nie przepada za alkoholem, ale zdarzyło mu się nie raz przeholować, a jego Tata tez kiedyś bardzo pił. Pogadaj z Mrukiem, ale nie dramatyzuj. Zrozum , że jego rodzina i Twoja to 2 różne światy i często pewnie pojawią się konflikty na tym tle. Takie życie. Ale na Boga, nie upraszczajcie dziewczyny w swoich wpisach, że syn alkoholika powieli jego los. Byo wesele, była zabawa i zdarza się w takich momentach przeholować. I jeszcze jedno - boję się całkowitych abstynentów :)) Uściski.