To był ten dzień, kiedy przyśniło mi się, że Gary przyjeżdża na warsztaty i musimy spać w dwóch różnych hotelach, z jakichś bliżej niewyjaśnionych organizacyjnych przyczyn. W całe zajście był jeszcze wmieszany chomik czy może szczur, co łatwo było mi wytłumaczyć, po sobotnim seansie Opowieści na dobranoc ze świnką morską o imieniu Wyłupek w roli głównej, na który wybrałam się z Sonią do kina. Wstawanie po nocy spędzonej w hotelu z gryzoniami do przyjemności nie należy, ale dziecko musi iść na ósmą do szkoły. Codzienna rutyna: śniadanie, rozpoczynający dzień obowiązkowy Co-za -koszmar mojej mamy, potem naturalna reakcja: ssanie pod mostkiem, lekki ból głowy, już mam makijaż, wyglądam prawie o.k., bądź dla siebie dobra: powiedzmy o.k. Wiem, że muszę dziś wysłać ten list do kurii a potem pojechać tam po raz ostatni. Po drodze na pocztę zrobić zakupy, seler, pietruszka i paluszki z niby-ryby. O nie, wcześniej usłyszę jeszcze, że nie mam wstępu do łazienki, bo robię syf – jak to przetłumaczyć na angielski? Mess to zbyt delikatne słowo…A potem w drodze na pocztę spotkam na ulicy listonosza z listem poleconym dla mnie. W tamtym porannym momencie nie myślę o tym, że dziś napiszę maila do Agnieszki ze Szkocji, odnowię dawny kontakt i że mamę zabiorą do szpitala, bo przecież umiera codziennie i tak do końca nie wiadomo czy naprawdę umiera czy nie. Teraz widzę, że źle się czuje, ale moje współczucie i empatia zostały uśpione wiecznymi wizytami w pastelowych poczekalniach i stosem kolorowych pigułek-narkotyków dla hipochondryków leżącym na parapecie w kuchni. Żal mi oszukiwanych emerytów wydających całe emerytury na złudne placebo, i trochę żal luksusowych jachtów prezesów koncernów farmaceutycznych. W tym roku będą trochę mniej luksusowe. Światowy kryzys światowym kryzysem, ale niezliczone bessy, które przeszłam jako byt jednostkowy zahartowały mnie na tyle, że nie żaden medialny szum o globalnym kryzysie nie robi już na mnie wrażenia.
Zanim wstanę popadam w stan bez-czucia i bez-myślności pewnego rodzaju. Luksus rozleniwia mówią, mają rację, luksus niezależnego myślenia też. W głowie mam listę czynności, które powinnam wykonać, a których i tak nie wykonam, już mi się nie chce dotrzymywać sobie wszystkich obietnic. Ale mówię sobie, zgoda na zmianę, również tę złą i to moje lenistwo usprawiedliwia, w końcu: co posiejesz, to zbierzesz. Czasem dobrze się dzieje, że się czegoś nie robi, bo los ci organizuje inne zakończenie, wystarczy uwierzyć w szczęście głupca. Głupiec to taki uczeń, który się uczy na własnych błędach.
I proszę, chociażby ta przeprowadzka. Nie tak wyobrażałam sobie początek roku, tego roku, miało być bardziej normalnie. Wypracowane, wytęsknione, zwizualizowane mieszkanie gdzieś na Mokotowie, takie, jakiego nigdy nie miałam, bez Co-za-koszmar, spokojne, pełne miłości i światła. Z uśmiechniętą Sonią i Gary’m w kuchni. Gary’m w garach. Ceny nieruchomości spadały, ale spadały na całym świecie, wiec cudów nie ma. Już nic nie zamienimy. Wizualizować może się tylko kawalerka na Białołęce i nasza dalsza separacja albo… wyjazd. Ostatecznie przed Świętami decyzja o wyjeździe zostanie podjęta, teraz trzeba zacisnąć zęby i dotrwać do sierpnia.
Przełykam gorzką pigułkę. Żal to wszystko zostawiać, moje kochane dzieciaki, wszystkie oswojone, choć nie moje miejsca, znajomych, tych, którzy się uśmiechają i dobrze życzą, panie w sklepie na rogu, panią Ewę z talentem do szydełkowych serwetek. Żal tej znienawidzonej i pokochanej na nowo Warszawy, którą zostawiłam radośnie jako dopiero-co-obroniona pani magister inżynier z jedną niebieską walizką i do której wróciłam po dziesięciu latach, z jedną czarną torbą i z dzieckiem. Nie dlatego torba pierwsza, że ważniejsza, bo powinnam napisać z dzieckiem i z torbą, ale dlatego, że słowo kluczowe podróż tak świetnie się wpisuje w moje trzydzieści siedem lat. Niech tak zostanie. Teraz pewnie też będę się pakować w czarna torbę, bez pośpiechu tym razem, już bez tego entuzjazmu młodości i bez rozpaczy nagłego odejścia. Spokojnie, bo przecież wyjeżdżam na raty, najpierw będzie pierwszy transport, który zabierze Gary, potem drugi, a dopiero w sierpniu właściwy bagaż.
Zaczynam się zastanawiać czy mam jakiś niezwykły kod genetyczny który sprawa, że kiedy zaczynam oswajać jakieś miejsce, natychmiast muszę je opuścić? Fatum, przeznaczenie, powołanie może? Do pozostawiania po sobie śladów, ledwie widocznych w krajobrazie, prawie nieuchwytnych, a jednak tak ważnych dla mnie...
Ale zanim wyjadę jest marzec i spotykam naszego miłego listonosza na ulicy i zastanawiam się dlaczego taki sympatyczny młody człowiek musi pracować za 1200 złotych, trochę nie chcę mi się wierzyć, że kocha swoją pracę, ale patrzę potem na siebie i przypominam sobie, że można nawet kochać pracę za 800 złotych. Potem telefon i już jesteśmy na OIOK-u w szpitalu na Chorzej, gdzie mama poddawana jest intensywnej opiece kardiologicznej. Wchodzę w perspektywę korytarza z jednym punktem zbiegu, na którego końcu zatrzymana przez ciemnowłosą panią doktor Kruk tłumaczę, że my do pani tej i tej, A pani to kto? Tata wychylający się zza moich pleców A ja to mąż. I uzmysławiam sobie, że przez ostatnie dni Gary ćwiczył zdanie A ty to kto strasznie się z tego śmiejąc, bo w połączeniu z brytyjskim akcentem brzmi jak stukot pociągu na szynach. Tragikomiczny zbieg okoliczności. Wchodzimy pojedynczo do erki, mama leży przypięta do rurek i przewodów, ale nie wygląda umierająco. Wręcz przeciwnie, prezentuje się jak gwiazda serialu Na dobre i na złe, zdrowa cera, dyskretny makijaż, nie sześćdziesiąt osiem, ale dziesięć lat mniej. Uśmiecha się na mój widok i słodkim głosem przemawia wyraźnie uradowana: O jesteś. Tak jakby czekała na mnie od dawna, tak jakby ta rola nie była dla niej cierpieniem, ale przyjemnością. Panie pielęgniarki patrzą na nas zza biurka, a my czujemy się jak aktorki, grające chorą i córkę chorej. Mam wrażenie nierealności, jeśli można w ogóle mieć takie wrażenie, że uczestniczę w spektaklu czy próbie jakiegoś występu. Tyle, że to widownia kontroluje nasze ruchy i może to nawet nie próba tylko casting i jeśli się nie sprawdzimy, to nam podziękują i będziemy obie musiały stąd wyjść.
Myślę, że szpital jest mamie bardzo potrzebny, że wyleczy jej serce i duszę chorą z nie-miłości, którą sama stworzyła. Te panie białe i zielone, z surowymi twarzami dają jej zainteresowanie, którego jako wiecznie-umierająca została w domu pozbawiona. Dają jej przefiltrowaną miłość, absolut energetyczny, który wzmocni jej serce jak lek o opóźnionym działaniu i będzie działał jeszcze długo po opuszczeniu szpitala. Rekonwalescencja wspierana dodatkowo pełnymi współczucia ojej w słuchawce telefonicznej przyniesie szybkie ozdrowienie. Jak dawne oklaski i owacje na stojąco, których jako muzyk sztandarowego narodowego zespołu folklorystycznego zaznała więcej niż jakakolwiek współczesna polska Doda, kłaniając się w pas i uśmiechając pięknym polskim uśmiechem w 56 a może 76 krajach. Nie jestem okrutna ani nieczuła. Ja ją kocham. Kocham ją na swój sposób, jako wzorzec totalny kobiety z kolorowego czasopisma, jako ikonę dawnych czasów, bohaterkę telenoweli. Jest kochana i równocześnie chora na nie-miłość, zaćpana tym stanem. To trochę jak wygrać milion dolarów i zapłacić wyższy od nagrody podatek.
I ta kuracja szpitalna rzeczywiście pomaga, bo po kilku dniach intensywnej terapii mama wraca do domu, wesoła jak poranny skowronek, dobra jak Matka Teresa, bardziej niezwykła niż kiedykolwiek...
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze