OD KILKU dni bezczelnie taplam się w marzeniach. Co prawda pracuję, co prawda wykonuję swoje codzienne obowiązki, ale jednak ciągle przy tym taplam się w marzeniach. Proza życia przedświątecznie wrzeszczy na mnie, że sprzątać trzeba (i nawet staram się ją zadowolić - właśnie umyłam okno w kuchni i kilka półek); a i proza pracy przypomina, że trzeba przygotować kolejną grafikę i sprawdzić kolory na dzianinie. A ja cóż, staram się... ale tymczasem mam odloty.
No bo w niedzielę rozbestwił mnie wyścig w Albert Parku. Przypomniałam sobie, jak bardzo chcę usłyszeć dźwięk silników F1. Kiedyś ten dźwięk złamał mi serce. Obezwładnil mnie i przeszył... To najpiękniejszy jazgot mechanicznych koni, jaki słyszałam, tak potężny, że zatrzymuje każdy mój ruch. Zadziwiła mnie kiedyś ta moc. Hałas hałasem - ale ta siła miała też swój charakter i poza tym, że spadała jak uderzenie nożem, że była jak zastrzyk naroktyku, brzmiała testosteronem i walką. Ten dźwięk jest zaczepny i agresywny, słychać w nim napieranie i arogancję i chęć walki. Pamiętam, że żołądek i serce podniosły mi się do góry i tak zawisły. Poczułam, że doświadczam jakiegoś cudownego misterium, które ściera mnie w proch i rzuca na kolana. To było jak objawienie istoty wyższej, swoista mechaniczna hierofania. Teraz nieopatrznie spuściłam myśli ze smyczy, a one najzwyczajniej mi uciekły. Zasuwają gdzieś w kierunku Monzy, albo Hungaroringu i nic nie robią sobie z tego, że oba kierunki są w tym roku nieosiągalne.
Money money money... mogę sobie zanucić w tym miejscu. Piosenka z "Kabaretu" będzie tu bardziej adekwatna nż Abba czy Pink Floyd, którzy też śpiewali o kasie. Trudno zaprzeczyć. Money makes the world goes round :) , ale nie zamierzam się tym ani przejmować, ani nad tym zastanawiać. Podbudowała mnie idea "chcieć - to móc".
Przed miesiącem, zachorowałam też na Rzym. Dośc przypadkowa rozmowa o freskach w kaplicy Sykstyńskiej, w jakiej uczestniczyłam, była absolutnie niehumanitarna i pozostawiła mnie w emocjonalnym drżeniu. Myślę sobie więc - a gdyby tak? Gdyby wziąć namiot, zapakować się na naszą czarną Hondę i po prostu pojechać? Oczywiście, po rekonesansie tras, tanich noclegów i takich tam... Mam w nosie wygodę, pole namiotowe wystarczy. Jestem absolutnie gotowa na takie szaleństwo, jestem nawet gotowa wziąć kredyt, byle pobyć w Rzymie jak najdłużej. Byle zobaczyć Pietę i Schody Kapitolińskie, ulęknąć przed geniuszem Buonarottiego... a potem już podziwiać całą wspaniałą "resztę" (ładna mi reszta!!) Wiecznego Miasta. Tylko nie wiem, co na to mój kierowca :), pan K.
Szaleństwo w mojej głowie trwa, bo wspaniałej wyprawy nie przeliczyłam jeszcze na kilometry, złotówki, tudzież euro, oraz wszelkie możliwe problemy. Nie wiem, od czego zacząć planowanie takiej wyprawy. Nie wiem, których informacji w necie trzymać sie, jako tych wiarygodnych... Ale jeszcze tkwię w tym marzeniu, jeszcze ten rumak nie zrzucil mnie ze swego grzbietu. Tę robotę pozostawiam chyba panu K. Na razie slogan "chcieć - to móc" jest dla mnie ciągle obiecujący, ale jeszcze bardziej podoba mi się to, co napisał Jim Morrison:
I am - I can
Jestem - mogę.
:))))))))
Och, zapowiadałam się tu z powrotem już dwa razy... jak nie epidemia, to przemarsz wojsk... więcej
Korzystanie z portalu oznacza akceptację Regulaminu. Copyright by INTERIA.PL 1999-2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wasze komentarze (4)
Pozdrawiam
A.
I marzę dalej! A co!!
pozdrawiam komentujących :)