Byłam. Byłam w Rzeszowie. Umarłam. I już więcej nie powstałam. Chociaż, nie ukrywam, liczyłam na o wiele więcej starszych piosenek, a tu tak tylko...trzy? Ale to nie było ważne. Przez cały koncert zastanawiałam się, jak Pani Lipnicka może śpiewać w ogóle. To, co robiła łamało wszelkie zasady śpiewania, które każą nam zachowywać na zajęciach: po pierwsze - wysokie dźwięki z wysoko uniesioną głową, po drugie - siedzenie w trakcie śpiewania (i jak tu pracować przeponą?). I właśnie dlatego Pani Anita z mojego małego bóstewka przeistoczyła się w obiekt prawdziwego kultu :) Dziękuję, dziękuję za to, że Pani jest.