Przejdź na stronę główną Interia.pl

Para kontraktowa

Rozeszły się nasze drogi – mówimy po zerwaniu czy rozwodzie. Podobno przez życie nie należy iść, trzymając się cały czas za ręce, ale trzeba patrzeć w tym samym kierunku. Jak tego dokonać? Można zawrzeć umowę. Podpisać kontrakt, jak w negocjacjach biznesowych. I regularnie sprawdzać, czy nadal obowiązuje obie strony.

Moja przyjaciółka miała chłopaka. Kochali się. Uważali, że są sobie przeznaczeni. Lubili kluby, wycieczki w nieznane – on miał własny warsztat naprawy rowerów, to była jego pasja. Potem ona poszła do pracy w korporacji. Wychodziła późno, on czekał pod biurowcem. Z rowerem, oczywiście. Odprowadzał ją na przystanek: wsiadała do tramwaju, a on przez całą trasę jechał obok, machali do siebie. Po kilku latach awansowała, kupiła małe miejskie autko. On nadal eskortował ją na jednośladzie. Została dyrektorem departamentu, dostała wielki służbowy samochód. A on przez cały czas jeździł tym samym rowerem.

Reklama

Rozstali się. „Wiesz, mam wrażenie, że w ogóle go nie znam. Nie wiem, co ja w nim widziałam?” – zwierzała się. „W pewnym momencie zorientowałem się, że budzę się co rano koło obcej kobiety, i co gorsza, że wcale nie mam ochoty dowiedzieć się, kto to!” – to jego wersja. Okazało się bowiem, że choć on towarzyszył jej codziennie w drodze powrotnej do domu, to wcale nie przekładało się na wspólne życie. Moja przyjaciółka i jej partner nie byli jedyni.

Bywa, że po wielu latach bycia razem orientujemy się nagle, że nie tylko nie wiemy, z kim dzielimy łóżko, stół, życie, ale mamy wrażenie, że to nie ta sama osoba, której wyznawaliśmy miłość wiele lat wcześniej. Co się właściwie stało?

Związek na ruchomych piaskach

Antoni Kępiński, znany polski psychiatra, przyrównywał udaną relację między dwojgiem ludzi do czytania książki. Gdy miłość się zaczyna, książka sama otwiera się przed czytelnikiem. Kobieta otwiera się przed mężczyzną, mężczyzna przed kobietą. I oboje chcą się dowiedzieć, co napisano na następnej stronie. Chcą siebie nawzajem poznawać. Inspirować. Mają dzięki temu wrażenie, że idą w tym samym kierunku. – I tak jest. Ale po kilku latach bycia razem ta ciekawość gdzieś się gubi. Zaprzestajemy wysiłków, już nie chce nam się przewracać kartek ani samemu otwierać przed partnerem. Powoli, niedostrzegalnie nasze drogi zaczynają się rozchodzić – nawiązuje do metafory Kępińskiego prof. Katarzyna Popiołek z katowickiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – To też wina kultury, w której wyrastamy, ideału Romea i Julii, w który święcie wierzymy.

Często uważamy, że miłość to coś, co rodzi się samo. A potem samo trwa. Trwa, bo – zgodnie z mitem miłości romantycznej – nie tylko zakochujemy się od pierwszego wejrzenia (i mamy poczucie, że partner to zagubiona połówka jednego jabłka), ale na dodatek zostajemy obdarowani zdolnościami telepatycznymi. Po prostu wiemy, co on myśli, co chce powiedzieć, co czuje, o czym marzy, czego pragnie…

„Roimy sobie, że wiemy, kim jest druga osoba. Psychicznie to wygodne. Rezygnacja z marzeń o nadawaniu na tych samych falach byłaby dobrodziejstwem dla każdej pary” – dowodzi w książce "Prawda zaczyna się we dwoje" niemiecki psychoterapeuta Michael Lukas Moeller. Dlaczego to miałoby być takie korzystne? Bo przyjmując założenie, że znamy partnera, nadajemy na tych samych falach, nieświadomie przyjmujemy i drugie. Że... taki stan jest normą, że tak będzie już zawsze. Tymczasem każde z was się zmienia. Tak jak dziewczyna z początku tekstu: z beztroskiej imprezowiczki – w stażystkę w koncernie, potem młodszego specjalistę, menedżera... Jej partner też się zmieniał, tyle że inaczej. Najpierw naprawiał rowery tylko dla znajomych, potem zaczął pracę w małym warsztacie, został jego współwłaścicielem. To bardzo prosty przykład, ukazujący tylko odmienne ścieżki rozwoju zawodowego. A przecież człowiek rozwija się na wielu płaszczyznach: zawodowej, ale i intelektualnej, emocjonalnej, seksualnej, duchowej itd. Łatwo sobie wyobrazić, że w przypadku pani dyrektor i rowerzysty „drogi się rozeszły” nie tylko, jeśli chodzi o wybór odmiennych typów kariery.

Ludzie nie mają obowiązku dopasowywać swojego życia do życia partnera. Ale jeśli chcą być razem, a nie tylko obok siebie, powinni zadbać o to, by jednak zmierzać w tym samym kierunku. Wyznawać podobne wartości, lubić spędzać ze sobą czas, a przede wszystkim zaspokajać nawzajem przynajmniej część swoich potrzeb. Tyle tylko że to jak budowanie zamku na ruchomych piaskach. Ty się zmieniasz, on się zmienia, związek się zmienia. Codziennie zaczynacie być razem od nowa, w nowych warunkach, na innym gruncie. Jak w tej sytuacji zadbać, by wasze drogi się nie rozeszły? Jest na to sposób: kontrakt partnerski. Czyli – regularnie renegocjowana umowa, która precyzuje: kim jesteśmy dla siebie? Czego od siebie nawzajem oczekujemy, a czego nie chcemy? Za co się kochamy i po co w ogóle jesteśmy razem?Taki kontrakt partnerski pozwala trzymać rękę na pulsie. By któregoś dnia o poranku nie zadać sobie w duchu strasznego pytania: „Kim jest ten facet, który śpi obok?”.

Dowiedz się więcej na temat: związek | psychologia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje