Przejdź na stronę główną Interia.pl

Godzina na naszą miłość

Co jest najważniejsze? Polki od lat odpowiadają tak samo: rodzina i miłość. Kłopot w tym, że na to, co ważne, nie ma czasu. Bo on został dłużej w pracy, bo ty najpierw zakupy, kolacja dla dziecka i też do firmowego laptopa... Trudne rozmowy w pospiechu przy śniadaniu. Rosnąca gorycz, bo się oddalacie, bo coraz mniej wspólnych tematów. Czy miłość to wytrzyma? Czy da się być razem przez godzinę dziennie? Może trzeba walczyć o więcej?


Ula i Kuba: masz wiadomość na lodówce

Reklama

Malujemy całość czy tylko te dwie ściany?, pyta szef ekipy, która w mieszkaniu Uli i Kuby remontuje łazienkę. Ona nie wie, więc dzwoni do męża. Cisza, pewnie ma spotkanie. - Nienawidzę tego. On powinien załatwiać takie rzeczy - złości się. Prosi malarzy, żeby zaczekali do jutra. Na kartce przypiętej magnesem do lodówki pisze: "Łazienka - malujemy całość?". - To nasza skrzynka kontaktowa. Kiedy się mijamy, sprawy załatwiamy na piśmie - tłumaczy. Po południu podgrzewa w piekarniku dwa talerze - według jej obliczeń Kuba powinien już wjeżdżać do garażu. A nawet jeśli się spóźni, jedzenie będzie ciepłe.

- Byłam najzagorzalszą feministką na roku, teraz szykuję mężowi obiadek na wejście - żartuje. - Ale gdybym gotowała, dopiero gdy on wróci, tracilibyśmy cenne minuty. A tak jest szansa, że usiądziemy razem przy obiedzie i coś obgadamy choćby to malowanie. Zawsze mam w głowie listę spraw w dwóch kategoriach: ważne i mniej ważne. Ważny jest dentysta córki i wymiana opon na letnie, mniej ważne kupno zasłon i prezenty pod choinkę. Powstała też kategoria spraw, o których już wcale nie rozmawiamy. Zjazd absolwentów naszego liceum, Oscar dla filmu X, wiadomo, że szkoda się na tym skupiać - powiada Ula, 32-latka, mama dwóch córek, trzy i dwuletniej. Jest pedagogiem specjalnym, wzięła urlop wychowawczy. Ale w domu pisze artykuły i własną książkę, chce ją wydać w tym roku. Kuba administruje siecią komputerową w dużej firmie handlowej. Wychodzi o 8.30, wraca o 18.10 mniej więcej. Czasem to "więcej" oznacza... - Kilka godzin. Zdarzyło się, że zasypiałam przed jego powrotem, a rano po przebudzeniu już go nie zastawałam, bo wyszedł do pracy. Głupie, ale wąchałam poduszkę, żeby poczuć chociaż jego zapach - opowiada Ula.

Coś kuleje

Ona i Jakub pochodzą ze wsi. - Awans społeczny kosztuje - uśmiecha się Ula. - Mieszkanie i auto kupiliśmy na kredyt, trzeba na to zarobić. Ja spałam dziś cztery godziny, bo kończyłam rozdział podręcznika. Od tygodnia próbujemy pogadać o wymianie okien, ale nie mamy wolnej godziny, żeby przejrzeć oferty w internecie. Wkurzam się, ale co mam zrobić? Wiesz, to jest takie życie: mała kawa zamiast dużej, w myjni samochodowej krótki program, skrót informacji w Onecie zamiast wiadomości w telewizji. Byle prędzej. Cięcia. I złość na siebie, bo na kogo? Ktoś musi być winny, że odłączyli internet przez znów niezapłacony rachunek.

A czas dla siebie nawzajem? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz grałam z Kubą w karty. A na studiach byliśmy mistrzami brydża. Brakuje mi chwil, kiedy on zostawia wszystko i jest tylko dla mnie. Gdy godzinę leżymy bezczynnie i słuchamy Nirvany. Ale dziś nie jest najgorzej. Rok temu. Ula ma początki depresji. - To się zaczęło w dniu, w którym musieliśmy wyjść z kina w połowie sensu - tłumaczy. - Cieszyłam się na ten wieczór. Kino było prezentem na rocznicę ślubu. I nagle w środku filmu kieszeń Kuby zaczyna pulsować fioletowym światełkiem. Komórka. Raz za razem, w końcu odebrał. A potem szepnął mi do ucha: "Przepraszam, nie mam wyjścia, muszę jechać do firmy, nagła awaria".

Byłam wściekła i rozżalona - opowiada. - Tym bardziej że mąż wrócił po północy, a ja czekałam z dobrą kolacją. Ostentacyjnie wyrzuciłam krewetki do kosza, rano wybuchłam. Krzyczała, płakała, w końcu zamknęła się w pokoju. Na kilka tygodni. - Unikałam Kuby, nie chciało mi się pracować, bawić z dziewczynkami, wszystko było źle. Siadałam w salonie, myślałam: pięknie, czyściutko, tylko się tym cieszyć. A my co? Kiedy ostatni raz mieliśmy gości? Doszło do mnie, że daliśmy się wkręcić. Żyjemy, żeby pracować, a nie pracujemy, żeby żyć. Kuba zastał mnie szlochającą i spytał poważnie: "Co się stało?". Warknęłam: "A masz chwilę, żeby o tym pogadać? Na pewno nie, prawda?". To był zły czas - wspomina Ula.

Na urodziny prosi męża o płytę, która "chodzi" za nią od miesiąca. On pyta: "Ale jaki wykonawca?". - Zamiast wytłumaczyć, wysyczałam: "Oczywiście nie masz pojęcia, kogo lubię słuchać. Ani co czytam, ani na kogo zamierzam głosować. Bo ty masz swoje sprawy...". Wiesz, co odpowiedział? "Ulka, a czy ty możesz mi powiedzieć, jaki projekt wczoraj zamknąłem? I dlaczego utykam od tygodnia na prawą nogę?". Zgłupiałam. Utyka? Zamknęłam się i obserwowałam ukradkiem - rzeczywiście. Chyba coś wspominał o kontuzji, ale jakoś mi umknęło.

Laptop do sejfu

Telefon, piąta nad ranem. - Matowy głos mamy w słuchawce. Tata miał zawał, nie żyje... - opowiada Ula. - Nigdy nikt mi nie umarł. Nie mogłam się pozbierać. Ale w głowie zaczęło mi się ustawiać. Kredyty, żale - nagle to wszystko wydało się takie głupie... - dodaje. Miesiąc po pogrzebie ojca zamawia przez internet tydzień wakacji na Korfu. - Nic mnie nie obchodziło, że nie mamy kasy. Pożyczymy, ukradniemy. Bardzo chciałam być z moim mężem przez cały dzień, razem z nim zjeść trzy posiłki, bo to nie zdarzyło się od dawna - wzdycha. Kiedy mówi Kubie o rezerwacji, on ma dziwną minę. - Nieodgadnioną. Pomyślałam: strzeliłam kulą w płot. Jestem nieodpowiedzialna. Przecież trzeba oszczędzać... Ale nagle zobaczyłam, że się uśmiecha. "Dzwonię do siostry, żeby przyjechała do dziewczynek", powiedział. Na lodówce zaczęły pojawiać się karteczki: "Kup krem z filtrem", "Kantor do siódmej, nie zdążę, ty idź". To już brzmiało lepiej - mówi Ula.

W samolocie wpada w panikę - czyta tekst o "wakacjach osobnych". - Osobni: niby razem, a już nie. Na urlopie nie potrafią ze sobą rozmawiać, bo dawno nie ma o czym... Jezu, czy to my?! - zwierza się ze swoich rozterek. Pierwszego wieczoru w Grecji Kuba otwiera laptop. Ula włącza swój tablet. Patrzą na siebie spod oka i jak na komendę zamykają komputery. Kuba szuka czegoś w walizce, po chwili oddaje Uli ładowarkę. - Powiedział: schowaj w sejfie, nie zdradzaj mi kodu. Kiedy mi komputer padnie, nie uruchomię go do wyjazdu. Męczył się, ale dotrzymał słowa.

Chwilowo szczęśliwi

Dziewczynki w łóżkach, Ula wybiega na jogę. - Jeszcze niedawno myślałam, że nie mamy prawa "marnować" wolnego czasu na siebie. Pamiętam, jak się wściekłam, kiedy Kuba kupił książkę, chyba Hawkinga, i czytał ją w łazience. Dobiło mnie to: ja biorę prysznic, żeby było szybciej, a on sobie urządza relaks. Ale zrozumiałam: przecież zwariujemy, jeśli czasem nie wypuścimy powietrza. Pracujemy albo na rozwód, albo na zawał - mówi. Dziś szuka "rezerw", zamiast robić awantury. - Więc tak: gotowanie, zakupy w supermarkecie, sprzątanie - to wszystko pod nieobecność Kuby. Jego torba na koszykówkę spakowana, rzeczy uprane. Wyręczam go, bo jest z tego czysty zysk: czas dla nas. Wiesz, ile go mamy wieczorem? Kuba wraca po 18, kładziemy się spać po 23 - pięć godzin. Odejmij: on bawi się z dziewczynkami, płaci rachunki, od czasu do czasu zajmuje się autem, naprawami. Zostaje pół godziny dla nas, góra.

Ale pamiętam jeden wieczór... Niedawno miała telefon z firmy. Zapytano ją, kiedy wróci do pracy. Ma szanse na awans. - Najpierw wyrzut sumienia: nie będzie mnie w domu do późna. Lista na lodówce wydłuży się znowu. Poza tym trzeba by się zastanowić nad opiekunką, postarać o miejsce w przedszkolu, kupić drugie auto. Masa decyzji do podjęcia. Gdzie jest Kuba?! Właśnie, znowu w pracy! Czy możemy oboje tak się angażować? - Ula opowiada o wątpliwościach. Ale przecież nie chce zostać żoną przy mężu. Gdy mąż słyszy o sprawie, bierze Ulę za ręce. Jest fajne przedszkole zupełnie niedaleko, a jego kolega ma namiar na jakieś inne, gdzie przyjmują dwulatki. Niania zwalnia się u sąsiadów w drugiej klatce, można zapytać. Jakoś to wszystko ułożą, przekonuje Kuba. Na razie on będzie jeździł do firmy metrem... - Ile to trwało? Piętnaście minut? Wiesz, co wtedy zrozumiałam? Że czas naprawdę jest względny. Trzeba doceniać, jaki jest, a nie ile go jest - mówi. Podgrzewa talerze, miesza sos, otwiera wino. - Tańsze, bułgarskie. Ale niedługo będziemy pić lepsze. Damy radę. Byle razem.

Dowiedz się więcej na temat: związek | uczucia | małżeństwa | komputer | para | deszcz | śniadanie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje