Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czy ktoś zamienił mi męża?

Mieli żyć długo i szczęśliwie. A jednak Alicja kilka miesięcy po ślubie proponuje mężowi, by zamieszkali osobno, a Anna wkrótce będzie rozwódką. Coraz więcej młodych mężatek przyznaje, że decydując się na małżeństwo, popełniły błąd. Dlaczego tak się dzieje? Czy mając tak wiele różnych wyborów, jesteśmy bezradne, podejmując ten na całe życie?

W internecie znajduję wpis Alicji: "Pisarka Rachel Cusk twierdzi, że w momencie, w którym wychodzisz za mąż, przestajesz istnieć. Dwa lata temu bym ją wyśmiała, ale dziś, pięć miesięcy po ślubie, tak się czuję". Pod jej wyznaniem wiele komentarzy. Sporo od kobiet, które opisują swój poślubny smutek.

Reklama

Według terapeutów połowa młodych mężatek skarży się na spadek nastroju. Ale dziesięć procent trafia do specjalistów z objawami depresji. Przyczyną mogą być nierealne wymagania, potrzeba przeżywania silnych emocji, złe doświadczenia, a czasem pochopna decyzja. Na rozmowę o poślubnej pustce zgadzają się Alicja i Anna. Obie twierdzą, że małżeństwo było ich marzeniem.

Za późno na zmianę

Wenecja, siódma rano. Alicja i Paweł piją kawę na balkonie pokoju hotelowego. W piżamach robią sobie zdjęcia na tle Canal Grande.

- Wygłupiamy się, a ja czuję, że zaczyna się nowy, dobry czas stabilności i bezpieczeństwa - mówi Alicja. - Mam trzydzieści pięć lat, kierownicze stanowisko w firmie doradczej, niedługo wychodzę za mąż. Jestem szczęśliwa, przynajmniej tak mi się wydaje.

Warszawa, trzy miesiące później. Sobotni poranek w ich mieszkaniu. Ala od tygodnia budzi się zmęczona. Tego dnia tak bardzo, że nie ma siły wstać z łóżka. Nie rozumie, co się z nią dzieje. "Wyjdźmy na śniadanie", zachęca mąż, ale ona mówi, żeby poszedł sam. Gdy on zamyka za sobą drzwi, czuje ulgę. Robi kawę, włącza ulubioną muzykę, na którą zwykle krzywi się Paweł, i upaja się samotnością. Dzwoni do przyjaciółki, której się zwierza: "Mijają dwa miesiące od wesela, a obecność Pawła mnie męczy".

Koleżanka, psycholog, żeby ją pocieszyć, przytacza badania. Podobno po poślubnych emocjach w organizmie spada poziom dopaminy odpowiedzialnej za dobry nastrój. "To dlatego czujesz się nie najlepiej. Przejdzie ci", pociesza Renata. Alicja ma nadzieję, ale nie przechodzi.

Przed ślubem

Zanim poznaje Pawła, Alicja zarządza kilkunastoma osobami, po pracy z przyjaciółką projektuje ciuchy i sprzedaje je przez internet. Nie może narzekać na brak zajęć. Grudzień - szkolenie menedżerów w firmie. Styczeń - obsługa dużego projektu. Luty - delegacja do Pragi. Marzec - urlop w górach. Życie uczuciowe?

- Ciągle się z kimś spotykałam, ale stałego związku nie potrafiłam utrzymać. Uciekałam, gdy robiło się duszno - opowiada. - Zresztą w szczęśliwą miłość wtedy nie wierzyłam. Moi rodzice żyli jak pies z kotem. Tak nasiąkłam ich kłótniami, że w dzieciństwie nie wyobrażałam sobie innej zabawy lalkami niż w awanturę. "Ty sukinsynu, zabieram dzieci i odchodzę", mówiła Barbie do Kena, wsiadając do czerwonego ferrari. Gdy skończyłam dwa fakultety i zaczęłam zarabiać, przestałam marzyć o sukni z welonem. Zrozumiałam, że sama mogę zapewnić sobie życie, o jakim marzę. Nie potrzebowałam nikogo.

Do czasu. Pawła, filmowca, poznaje u znajomych. Przystojny, zabawny, opowiada o podróżach do Skandynawii, w której ona nie była. - Namiętność i fajerwerki - opisuje pierwsze miesiące związku. - Gdy dzwonił z planu filmowego i mówił, że musi mnie zobaczyć, pędziłam pięćdziesiąt kilometrów na podwarszawską wiochę. Wymykał się, kochaliśmy się w samochodzie. Kręciło mnie to. Ale potem zaczęłam go potrzebować nie tylko jako kochanka. "Pani ojciec pożyje najwyżej dwa miesiące", słyszy Alicja w szpitalu. Przez kolejne tygodnie codziennie odwiedza tatę w hospicjum.

- Nie miałam na nic siły, nie mogłam spać, w pracy słaniałam się na nogach - opowiada. - Paweł to widział, więc rzucał wszystko, by być przy mnie. Jeździł na pocztę z zaległymi rachunkami, których nie miałam kiedy opłacić. Wieczorami gotował, pilnował, żebym zjadła coś ciepłego. Nocował u mnie, żebym się nie bała. Tolerował, gdy byłam wybuchowa albo nie chciałam rozmawiać. Gdy ojciec zmarł, wziął wolne w pracy i załatwiał ze mną sprawy związane z pogrzebem. Przez kolejne miesiące byliśmy świetnymi kochankami i niezłymi przyjaciółmi. Oświadczył mi się w czerwcowe popołudnie, a ja nie miałam wątpliwości, że będzie nam dobrze. "Dla nikogo wcześniej nie czułam się tak ważna", powiedziałam przyjaciółce. Datę ślubu wyznaczyliśmy za rok. Po raz pierwszy w życiu myślałam, że kocham kogoś naprawdę.

Potrzebuję samotności

Amsterdam, Wenecja, Dublin... Paweł poluje na tanie bilety, zwiedzają Europę. To też czas, kiedy mogą pobyć razem, bo długo mieszkają osobno - każde ma kawalerkę. Wreszcie udaje im się je sprzedać, kupują w modnej dzielnicy duży salon z kuchnią i antresolą, na której urządzają sypialnię.

Po trzech miesiącach pod jednym dachem Alicja zaczyna się dusić. Bo po pracy on chce być z nią non stop, a ona potrzebuje samotności. Bo on zawiesza zasłony, a ona woli rzymskie rolety. Od lat codziennie wieczorami ćwiczyła tai chi, a teraz przy narzeczonym się wstydzi. Paweł nie przepada za spotkaniami z ludźmi i robi miny, gdy Ala zaprasza gości. Zaczyna zwracać jej uwagę: "Nie rozmawiaj tyle przez telefon, chcesz dostać raka?". "Dotrzecie się", powtarzają koleżanki. Alicja chce w to wierzyć.

Organizuje wesele na 120 osób. Jest w swoim żywiole, ma tyle spraw na głowie. I tylko czasem, gdy budzi się rano przed Pawłem, patrzy na śpiącego narzeczonego i zastanawia się: "Czy to na pewno ten mężczyzna?".

Warszawa, cztery miesiące po ślubie. Z maila Alicji do przyjaciółki: "Robię mu na złość, marudzę, choć on się stara. Nie wiem czemu? Może za dużo sobie wyobrażałam? Spodziewałam się, że codziennie rano mąż będzie biegł po świeże bagietki. Że będziemy niespiesznie pić kawę z pianką i dyskutować o ważnych sprawach, śmiejąc się i całując na zmianę. Takie poranki się zdarzają, ale rzadko. Namiętność przygasa. Nie rozumiem, czemu nie pragnę faceta, który był moim najlepszym kochankiem". Na pytanie Pawła, co dziś będzie robić w pracy, Alicja najczęściej odpowiada: "to, co zawsze".

Co ma mu opowiedzieć? O zarządzaniu strategicznym dwoma spółkami? Inne tematy nie przychodzą jej do głowy. Czemu? Bo jest zmęczona, nim, sobą i sama nie wie, czym jeszcze. Może brakiem wolności? No więc jedzą w milczeniu. On ogląda program informacyjny, ona przegląda aukcje internetowe. Gdy w sobotni wieczór mąż proponuje grę w scrabble’a, Ala krzyczy, że tak się bawią dzieci albo emeryci. Zawsze wyciągał ją z dołów i frustracji, ale teraz się poddaje, zamyka.

Alicja podkreśla w gazecie flamastrem zdanie: "bycie we dwoje jest zorganizowaną formą nieprzeżytego życia". I zazdrości koleżankom singielkom, które relacjonują swoje randki. "Ala, opowiedz, co u was", proszą. "Nie ma o czym", odpowiada.

Paweł ma mniej zleceń, gorsze dochody, więc coraz rzadziej wyjeżdżają. Zaczyna uważniej przyglądać się wydatkom żony. "Znów nowe buty. Ile kosztowały?", pyta. Alicja nie mówi prawdy. - Nie przyznawałam się, że zapłaciłam fortunę, choć uważałam, że mi się te buty należą". Kłamałam. Rzucałam bezpieczną sumkę: "130 złotych, są z wyprzedaży". Ale i tak mówił, że kupuję za dużo i jestem nieodpowiedzialna. Nie rozumiałam, o co chodzi, rachunkami dzieliliśmy się po połowie, ze wszystkich opłat się wywiązywałam.

Któregoś dnia na kartce zrobił tabelę. Mieliśmy wpisywać, co kupujemy i za ile. "Wydatki powyżej 200 złotych będziemy konsultować", proponował. Nie podobało mi się, że mam omawiać z mężem wizytę u fryzjera. "Bo jesteśmy małżeństwem, żyjemy wspólnie, czas oszczędzać dla dzieci!", przekonywał. Raz w supermarkecie zaczął wyjmować mi rzeczy z koszyka. - "Dwa kilo pomidorów? Po co tyle?! Wino za 45 złotych? Nie stać nas. - Ciebie nie stać, wkładaj to z powrotem", odpowiedziałam i zaczęliśmy się szarpać. Czułam, jakby ktoś zaciskał mi pętlę na szyi, kazał żyć według nie moich zasad.

Gdy któryś raz on zaczyna wieczór od pytania: "Jak było w pracy?", Ala wybucha: "Co mam ci powiedzieć, że brief był niedopracowany?! Że o 13 na lunch zjadłam placki z jabłkami?! Nic się nie wydarzyło!". W końcu mówi, że z nim w związku się dusi, nie jest sobą. Paweł w pośpiechu łapie kurtkę i wychodzi z domu. Po czterech godzinach, gdy wciąż go nie ma, Alicja wysyła SMS-y: "kocham cię", "przepraszam", "coś mi odbiło".

- Nie chciałam go stracić, ale coś musiało się zmienić - opowiada. O północy on wraca, całują się, znów jest namiętnie. Obiecują, że będą się starać o ich związek. "Twój umysł wariuje, gdy jest stabilnie, bo nie zna takich stanów", mądrzy się przyjaciółka i podtyka poradniki typu: jak docenić to, co się ma. Są pełne zdań w stylu: "Koncentruj się na chwili. Kiedy zmywasz naczynia, skupiaj się tylko na tym. Kiedy jesteś z partnerem, bądź całą sobą".

Alicja i Paweł ustalają, że on nie będzie wtrącał się w jej wydatki ani strzelał fochów, gdy ona wychodzi spotkać się z przyjaciółkami. Alicja się stara. Ale obecność męża w domu coraz bardziej ją drażni. Im bardziej próbuje być spokojna, tym bardziej chce jej się płakać. Walczy. Zapisuje w komórce wszystkie momenty, kiedy między nią a Pawłem jest dobrze. Przez kilka tygodni fajnie układa im się w łóżku. On na zaparowanym lustrze w łazience pisze, że ją kocha.

Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | poślubne depresja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje