Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zajście awaryjne

Związek w kryzysie. Nie ma już zachwytu, romantycznych gestów, to, co kiedyś wzruszało, zaczyna irytować. Rozstanie? Terapia? A może... Anna i Edyta zaszły w ciążę, gdy wszystko wskazywało, że pomiędzy nimi i partnerami nie ma już miłości. Czy dziecko może wzmocnić zanikające uczucie? I czy można podjąć takie ryzyko?

Edyta

Reklama

40 lat, tłumaczka. Mama 17-letniej Heleny.  Nie rozstała się z ojcem dziewczyny, choć ich małżeństwo przestało istnieć wiele lat temu.  Nie planowali więcej dzieci, ale... stało się.  Dziś Maks ma półtora roku.

Znów, od roku, nosi obrączkę. To nowość,  bo ostatnio trzymała ją w pudełku na biżuterię schowanym w szufladzie  z rajstopami. Są też inne zmiany. W soboty zazwyczaj spała do oporu. Jej nastoletnia córka sama robiła sobie śniadanie, a mąż wychodził zjeść bajgla  na mieście. Ulatniał się na pół dnia, żeby jak najkrócej widzieć żonę, uniknąć pretensji, jak twierdził - "o nic". Gdy wracał, ona szła do koleżanek, on oglądał mecze. Dziś jest inaczej. Edyta lubi sobotnie poranki. Wstaje pierwsza, idzie pobiegać, a potem robi rodzinie śniadanie. Dzieciom smaży naleśniki, mężowi jego ulubiony omlet z warzywami. Zasłużył. W piątkowe noce to on wstaje do Maksa, taką mają umowę.  - Synek uratował nasze małżeństwo - opowiada Edyta. - Znaleźliśmy się o krok od rozwodu, papiery  leżały już w sądzie.

EDYTA: Awantur nie było. Byliśmy świadomymi rodzicami nastolatki, rozumieliśmy, że przy dziecku nie należy się kłócić. Staliśmy się mistrzami ironii, raniliśmy się z premedytacją, na zimno. Jad sączył się z każdego porannego "dzień dobry". Krył się w komplementach:  "Co za zmysłowa sukienka!" (czytaj: dla kogo tak się stroisz?). I pozornie niewinnych pytaniach: "Co mamy dziś na obiad?" (czytaj:  na pewno nic nie ugotowałaś, choć krócej pracujesz, więc mogłaś przynajmniej coś zamówić). Ponoć każdy związek przechodzi kryzys, ale nasz był wyjątkowo długi.

Dlaczego? Tak jakoś się stało. Dopóki córka była młodsza i bardziej nas potrzebowała, jednoczyliśmy się wokół jej spraw. Mąż potrafił wyjść wcześniej  z kancelarii, żeby zdążyć na przedstawienie,  w którym grała. Wieczorem siadaliśmy  do kolacji. Kiedy zaczęła dorastać, chodzić własnymi ścieżkami, odlecieliśmy w pracę. Chcieliśmy zarabiać więcej i więcej, zmieniać samochody, spędzać wakacje w lepszym hotelu, odkładać na emeryturę. Brałam dodatkowe zlecenia, a za ekstrapieniądze jeździłam  z przyjaciółką na turnusy odchudzające. Dbałam o siebie, jednak mąż rzadko mnie zauważał.  Do dziś pamiętam upokarzający incydent. 

Córka spała u koleżanki, a ja otworzyłam mu drzwi w koronkowej bieliźnie i jedwabnym szlafroku. "O, szykujesz się dokądś?", zapytał obojętnie. Myślał, że nie zdążyłam się ubrać. Mieliśmy po 37 lat! Smutne, prawda? Nie byłam bez winy. Na wyjeździe integracyjnym zdradziłam męża. Niewiele znaczący seks  po butelce wina kosztował mnie miesiące wrogiego milczenia w domu, bo mąż się dowiedział. Próbowałam przepraszać, próbowałam też go zrozumieć. Nic z tego. 

Przez nasze łóżko przebiegała linia demarkacyjna, podobnie jak przez stół, sofę  i całe mieszkanie. To ja złożyłam pozew  o rozwód. Gdy Marcin dostał papiery z sądu, był wściekły, nalał sobie szklankę whisky. Córki nie było, więc wrzeszczeliśmy na siebie bez najmniejszych oporów. Awantura skończyła się seksem - pierwszym od miesięcy.

Kiedyś, dawno temu, tak się właśnie godziliśmy - potrafiliśmy równie namiętnie się kłócić, jak i kochać. Tym razem pojednania nie było. Następnego dnia on się wyprowadził. Nie chciał ze mną rozmawiać, kontaktował się tylko z Heleną. Dwa miesiące potem zatrzymał mi się okres, myślałam, że to ze stresu. Zaczęłam być senna, ale zrzuciłam winę na jesienną chandrę.  Gdy piersi stały się obrzmiałe i zaczął mi przeszkadzać zapach ulubionych perfum, zrobiłam test. Jeden, drugi.

Lekarka potwierdziła: "Ósmy tydzień ciąży". Szok. Zadzwoniłam do Marcina, przyjechał od razu. Chodził nerwowo po mieszkaniu, zgrywał zatrwożonego, ale ja wiedziałam - znam go od lat! - że się cieszy. Rola ojca wychodziła mu lepiej niż męża. - "Nadal chcesz się rozstać? - zapytał. - Chcę walczyć" - odpowiedziałam  po chwili namysłu. Obiecałam, że zapiszę nas na terapię. Nie padliśmy sobie w ramiona. Marcin nie wrócił do naszej sypialni, spał w salonie.

U terapeutki byliśmy raz. Głównie ja mówiłam, mąż milczał. Gdy zapytałam czemu, odpowiedział: "Jesteś w ciąży, po co wywlekać brudy i koncentrować się na przeszłości? Będę mieć dziecko, chcę to wszystko odciąć". "Odcięcie. Może to i dobry sposób, żeby pójść  do przodu?", pomyślałam. Nie prowadziliśmy oczyszczających rozmów, nie przysięgaliśmy sobie: "Już zawsze", "Już nigdy". Życie toczyło się dalej, ale... było inne. Marcin stał się uważniejszy. Wcześniej wracał z kancelarii, część pracy zabierał do domu. Nie po to, by mi nadskakiwać albo masować stopy. Wracał, żeby przygotować kolację, wyjść z psem, odebrać wieczorem Helenę z lekcji tańca, które miała na drugim końcu miasta. Robił to, co do niego należało, od czego migał się wcześniej.

Znów wieczorami siadaliśmy razem przy stole, choć rozmawiał głównie z córką. Przy mnie był nadąsany, ale powoli się przełamywał. Pamiętał o wszystkich badaniach, przypominał mi o nich mailem. Podczas pierwszego USG odwrócił się do mnie plecami, żebym nie widziała, że płacze. Któregoś dnia powiedział: "Dziecko musi mieć pokój, umówiłem ekipę, która przerobi nam strych na sypialnię". Nam...  Nie zareagowałam, żeby go nie peszyć. Nauczyłam się już: zanim coś się powie, trzeba pomyśleć.

W piątym miesiącu lekarz zabronił mi chodzić do pracy, kazał leżeć. Wieczorami mąż gotował obiad na następny dzień, a rano szykował mi śniadanie. Przed wyjściem do pracy sprawdzał, czy wszystko mam pod ręką. Herbatę, koc, książki, ładowarkę do laptopa i telefonu, pilota do telewizora. "Nie przesadzaj, mogę wstawać z łóżka", śmiałam się, ale cieszyła mnie jego troska.  Choć wkurzał też udawany chłód. Czasem chciał przyłożyć ucho do brzucha, objąć mnie, ale w ostatniej chwili cofał dłoń.

Rozmawialiśmy głównie o dziecku. O tym, na jaki kolor pomalować pokój, czego brakuje w wyprawce. Któregoś dnia powiedział: "Przy Helenie zabrakło nam stanowczości. Tylu rzeczy się uczyła i ostatecznie w niczym nie jest dobra. Rzuciła pianino, konie, malowanie. Przy Maksie musimy być konsekwentni".

Ciąża to nie terapia

Gdy skończył się remont strychu, wrócił  do małżeńskiego łóżka. To stało się naturalnie, nic nie ustalaliśmy, nie planowaliśmy. Wziął kołdrę, poduszkę i przyszedł. Któregoś wieczoru rozmawialiśmy o tym, jak to było, gdy na świecie pojawiła się córka. "Kończyłaś studia, ja nie miałem pracy, szaleństwo - wspominał.  - Daliśmy jednak radę. I zobacz, do czego doszliśmy. Mamy dom, pracę, dzieci". Zasnęliśmy tamtej nocy, trzymając się za ręce.

"Zmienił się, będzie dojrzalszym ojcem", myślałam. Po powrocie ze szpitala Maks wył godzinami. W nocy budził się pięć, osiem razy. Byliśmy nieprzytomni. W końcu mąż przeniósł się do salonu: "Sorry, ale muszę wstać o siódmej  do pracy". Wieczorami kąpał syna, potem zostawiał mnie z nim samą. Byłam wściekła, że nie weźmie urlopu. Tłumaczył: "Nie mogę. W firmie dzieją się ważne rzeczy". Miałam ochotę powiedzieć: "W domu chyba ważniejsze", ale milczałam. Nie chciałam znów czegoś zepsuć. I chyba był mi za to wdzięczny.

Po kilku miesiącach to Marcin zaproponował,  że w weekendy będzie spał z Maksem i przynosił mi go tylko do karmienia. Wypracowaliśmy kompromis. To była zmiana! Nie zawłaszczałam syna, pozwalałam mężowi się wykazać.  Przy córce byłam zaborcza: "Tak jej nie trzymaj, tak nie karm, tego  nie wolno, uważaj". Przy synu pozwoliłam, by czuł się potrzebny  i ważny. Odwzajemniał mi się, wspierał. Gdy potargana,  w zachlapanym mlekiem dresie płakałam, że nie mogę patrzeć  w lustro, wypchnął mnie na pół soboty z domu. "Idź do kosmetyczki, do fryzjera, zrób coś ze sobą". Został sam z małym i... dał radę.

Byliśmy w tym razem jak nigdy wcześniej. Ząbkowanie, wybór modyfikowanego mleka,  gdy okazało się, że mam za mało pokarmu, szczepienia. Spacery po polach wokół domu,  z dziećmi i psem. Rodzina mieszkała 500 kilometrów od nas, więc założyłam blog, na który wrzucałam zdjęcia Maksa. Marcin dodawał zabawne komentarze. "Marcin, najważniejsze, że się starasz", pisała moja siostra. Wróciliśmy do wspólnych rytuałów,  jak oglądanie kolejnego sezonu Homelandu, zamawianie sushi w piątek i jedzenie do północy. Nie byliśmy namiętnymi kochankami, byliśmy przede wszystkim rodzicami, partnerami, którzy radzili sobie coraz lepiej. Gdy synek skończył rok, mąż stwierdził, że chłopak będzie go częściej potrzebował. "Nie rzucę pracy, ale może przeniósłbym kancelarię bliżej domu? Zaoszczędziłbym półtorej godziny na dojazdach", zastanawiał się. Porozumiał się ze wspólnikiem  i wynajęli lokal 200 metrów od naszego domu. Gdy idziemy na spacer, syn wpada do taty,  żeby się przytulić albo przybić piątkę.

A my? Nie wszystko jest idealnie, seks nadal sporadyczny, więc mamy nad czym pracować. Kiedy koleżanki pytają, czy jestem szczęśliwa, wyliczam: "Mam dobrą pracę, fantastyczne dzieci i męża, na którego mogę liczyć. Zazwyczaj. Tak, jestem szczęśliwa".

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje