Przejdź na stronę główną Interia.pl

Teoria chaosu

Tak jak hałas helikoptera może spowodować zejście lawiny w górach, tak błahe wydarzenie jest w stanie zaważyć na całym naszym życiu. Przypadek czy efekt motyla?

Kilka tygodni temu, siedziba dużego biura podróży.

Reklama

- Cięcia, pani Dario, cięcia. Sama pani wie, że branżę dotknął kryzys. Przykro mi - mówi prezes dziwnie uśmiechnięty, wręczając jej wymówienie.

Daria (37 l.), absolwentka zarządzania turystyką i filologii hiszpańskiej, nie może uwierzyć. Pracowała tutaj kilkanaście lat. Do niedawna jeszcze była ulubienicą szefa i kolegów, a na wymarzoną pracę w krajach Ameryki Południowej czekała dziesięć lat. Najpierw była przewodniczką, potem rezydentką w Hiszpanii. Po drodze zrobiła wszystkie możliwe kursy pilotażu, certyfikaty hiszpańskiego i angielskiego. Poświęciła życie rodzinne, aby jeździć z turystami z Polski do ukochanej Argentyny, Brazylii i Peru. Na miejscu odpowiadała za losy i dobrą zabawę kilkudziesięciu osób, zapewniając im atrakcje typu wyprawa nad wodospady. I była w tym świetna, co przyznawali nawet konkurenci.

- Rzeczywisty powód zwolnienia poznałam kilka godzin później, gdy opróżniałam biurko - opowiada Daria. - Ktoś zaufany powiedział mi, że jedna z biurowych koleżanek anonimowo przesłała prezesowi moje zdjęcie sprzed trzech lat. Zostało zrobione na międzynarodowym kongresie turystycznym. Z Polski pojechaliśmy tam tylko ja i prezes konkurencyjnego biura podróży. I to z nim siedziałam przy stole podczas uroczystej kolacji pożegnalnej dla uczestników, żartując i pijąc wino. Bez żadnych intencji i, niestety, bezrefleksyjnie opublikowałam rano zdjęcie na Facebooku. I już o nim nie pamiętałam, aż do dnia, w którym zostałam zwolniona.

Trzepot skrzydeł

Teraz wszystko układa się w całość. Bo przecież konkurentka od dawna szukała na Darię haka, o czym uprzedzali życzliwi. A ona, głupia, się z tego śmiała. Myślała, że skoro pracuje profesjonalnie, odpowiedzialnie, z zaangażowaniem... Znalezione podczas przeczesywania internetu zdjęcie okazało się kulą armatnią. Kiedy bowiem prezes biura zobaczył fotografię zaufanej pracownicy w objęciach konkurencji, nagle zaczął zgłaszać liczne zastrzeżenia do jej pracy. Miał pretensję, że zapomniała wysłać raport (choć wcześniej nie robiła tego nigdy w trakcie sezonu, tylko na koniec) i że spoczęła na laurach (chociaż w tym roku miała rekordową liczbę turystów).

Ostatnio rzeczywiście popełniła błąd - nie zgłosiła w centrali biura zagubienia się pary w Rio de Janeiro (odnaleźli się na drugi dzień). Po prostu o tym zapomniała, zajęta poszukiwaniami. I to wystarczyło, aby straciła posadę! Daria nie może otrząsnąć się z szoku.

- Jeśli nie znajdę pracy, to zadzwonię do prezesa biura, z którym mam to głupie zdjęcie - mówi smutno. - Ale wtedy mój dawny szef uzna, że jego podejrzenia się potwierdziły. Z tamtym człowiekiem rozmawiałam tylko raz w życiu, właśnie na tym kongresie. Jednego sobie nie mogę wybaczyć: że opublikowałam to głupie zdjęcie, które narobiło w moim życiu tyle bałaganu.

W znanej anegdocie trzepot skrzydeł motyla w Ohio jest w stanie spowodować po trzech dobach burzę piaskową w Teksasie oddalonym o 1300 mil. W ten obrazowy sposób matematyk Edward Lorenz próbował wyjaśnić swoją teorię chaosu. Wnikliwie analizował modele prognozowania pogody i odkrył, że nawet minimalna zmiana jednego z tysięcy czynników może sprawić, że zamiast słońca będziemy mieli huragan. Choć procesy meteorologiczne wydają się losowe i chaotyczne, to w rzeczywistości są całkowicie przewidywalne. W matematyce chaos nie jest nieporządkiem, lecz skomplikowanym układem zależności, którego tylko nie umiemy ogarnąć. Żeby to zrobić, trzeba by było poznać każdy z ogromnej liczby czynników w interesującej nas dziedzinie lub życiu. Czy to jednak realne?

- W życiu nieustannie podejmujemy decyzje niewielkiej wagi. Nie analizujemy wszystkiego, czym się zajmujemy. Działamy spontanicznie, inaczej marnowalibyśmy zbyt wiele energii na drobiazgi - mówi dr Michał Parzuchowski, popularyzator nauki i psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS w Sopocie. - Nie możemy przecież nieustannie postępować jak fizycy w laboratorium: formułować hipotez, testować różnych wariantów. Robimy to, co nam przychodzi na myśl jako pierwsze. W efekcie popełniamy błędy. Trudno jednak, abyśmy optymalizowali każdą z naszych decyzji. Życie byłoby piekłem, gdybyśmy codziennie starali się idealnie zaparzyć kawę. Większość z naszych wyborów musi być podjęta szybko, ale nie w najlepszy sposób.

Kostki domina

Nawet jeśli wiemy, że nasze drobne decyzje mogą wywołać ciąg następstw, jak pierwsza kostka przewracająca następne w dominie, to i tak nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć czy zaplanować. W filmie "Przypadek" Krzysztof Kieślowski przedstawia trzy alternatywne życiorysy młodego mężczyzny granego przez Bogusława Lindę. Bohater wbiega na dworzec w Łodzi. Jeśli dogoni pociąg, spotka działacza partyjnego, zapisze się do PZPR i zrobi karierę. Jeśli pociąg mu ucieknie, pozna opozycjonistę i podejmie pracę w nielegalnej drukarni. A jeżeli zauważy na peronie koleżankę, wróci na studia, zakocha się i będzie stronił od polityki. Przypadek? Czy raczej trzy różne drobne decyzje, które uruchamiają inny przebieg zdarzeń? Gdyby mężczyzna zdecydował się biec, zamiast iść, jeśli na peronie spojrzałby w inną stronę albo wsiadł do innego przedziału... Jeżeli zakładamy, że zrobił to bez powodu, wybieramy opcję przypadku. Jeśli sądzimy, że każda z decyzji ma swoje źródło i swoje konsekwencje w przyszłości, skłaniamy się ku teorii Edwarda Lorenza.

Dr Michał Parzuchowski mówi, że w naturze człowieka leży poszukiwanie porządku i sensu, wiązanie zdarzeń w ciągi przyczynowo-skutkowe. Można powiedzieć, że to skłonność dobroczynna, bo owocuje w naszym życiu na przykład naukowymi odkryciami.

- Wiedeński lekarz Ignaz Semmelweis jeszcze w XIX w. wpadł na pomysł, jak obniżyć śmiertelność kobiet w połogu - podaje przykład dr Parzuchowski. - Zauważył, że więcej kobiet umiera, jeśli poród odbiera lekarz, który na porodówkę trafia prosto z... prosektorium. Powiązał ze sobą dwa fakty i zmienił sposób postępowania. Tak położył podwaliny pod współczesną antyseptykę. Efekt motyla. Z drugiej strony, jak podkreśla psycholog i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz, gdybyśmy wierzyli, że wpływ różnych zdarzeń z przeszłości na naszą przyszłość jest ukierunkowany i nieodwracalny, moglibyśmy stracić wiarę w to, że możemy ją zmienić.

- Często moi pacjenci są przekonani, że dzieciństwo zdeterminowało ich dorosłość. W pewnym stopniu tak jest, ale każdy z nas w dowolnym momencie może zmienić sposób życia, zachowania, a nawet myślenia dzięki pracy nad sobą lub psychoterapii - twierdzi psycholog.

Echo kryzysu

"Gdyby nie ten cholerny kredyt, już by mnie tu z tobą nie było". "Moje największe nieszczęścia to ty i frank szwajcarski". "Jeszcze tylko dwadzieścia jeden lat i uwolnię się od ciebie". Takie zimno cedzone zdania to od kilku lat w przypadku Anki (43 l.) i Wojtka (48 l.), małżeństwa z Warszawy, norma. Są 20 lat po ślubie, "o 20 lat za długo", jak mówi gorzko ona. W ogóle słowo "gorzko" najlepiej opisuje to, co dzieje się między nimi. A było tak pięknie.

Na starcie otrzymali kawalerkę od rodziców Wojtka. Anka, farmaceutka, dostała etat w dużej aptece, Wojtek zaczął piąć się po szczeblach kariery w wojsku. W 2008 roku, kiedy ona została kierowniczką, wzięli kredyt na docelowe mieszkanie, które miało służyć im przez wiele lat, gdzie mieli czuć się komfortowo z kilkuletnią wtedy córką. Myśleli też o drugim dziecku.

- Doradca kredytowy wyliczył nam zdolność kredytową na 750 tys. zł, a mąż znalazł cudowny apartament w Wilanowie, z tarasem i podziemnym garażem, za 780 tys. zł. Mieliśmy oszczędności, ale pożyczyliśmy 90 proc. tej sumy. Czas, kiedy po przeprowadzce spaliśmy we trójkę na jednym materacu, bez większości mebli, uważam dziś za najszczęśliwszy w życiu. Perspektywy jawiły się fantastyczne. Rata kredytu wynosiła aż 5000 zł miesięcznie, ale oboje nieźle zarabialiśmy i nie wydawaliśmy dużo na życie. Poza tym doradca zapewniał, że frank to najbezpieczniejsza waluta, w końcu mówi się, że coś jest pewne jak w szwajcarskim banku - wspomina Anka, przygryzając nerwowo usta.

Bo kiedy niedługo potem światem wstrząsnął globalny kryzys finansowy, frank zaczął drożeć, a ona przestała dobrze spać. Ich sytuacja materialna zaczęła się pogarszać. - Od pewnego czasu wysokość raty wynosi 8000 zł miesięcznie. Trzy tysiące więcej niż osiem lat temu! Najpierw sprzedaliśmy samochód. Potem wynajęliśmy to nasze ukochane mieszkanie, ale kwota czynszu pokrywa zaledwie połowę raty.

Mieszkamy znowu w starej kawalerce. Kiedy przejeżdżam obok naszego apartamentowca, odwracam głowę i ryczę. Ostatnio wyrzuciłam na śmietnik stary materac, na którym spaliśmy przez pierwsze tygodnie w nowym mieszkaniu. Zamiast nostalgii wzbudzał we mnie złość. Sprzedaż mieszkania się nie opłaca: ceny za metr kwadratowy spadły i kwota, którą by za nie dostali, pokryłaby niewiele ponad połowę kredytu (który z kolei znacznie wzrósł).

- Znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia, a mieszkanie jest jak kula u nogi, z którą nic nie możemy zrobić. Nie da się go ani sprzedać, ani nawet w nim mieszkać. Kryzys na rynku finansowym przełożył się szybko na kryzys w ich związku. Zaczęło się od przepychanek, kto jest winny obecnego stanu rzeczy. Wojtek ma za złe żonie, że wybrała złego doradcę, a Anka mężowi, że namówił ją na tak duże i drogie mieszkanie... i tak dalej. Jeszcze rok temu często na siebie wrzeszczeli. Dziś głównie milczą. Jakby nie było o czym rozmawiać.

- A jest? - rzuca retorycznie Anka. - Znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia, nie tak to miało wyglądać. Oboje jesteśmy potwornie sfrustrowani. Jako mąż i żona funkcjonujemy już tylko na papierze. Córka widzi, co się dzieje, i godzinami przesiaduje przed laptopem w kuchni. Przecież nawet nie może zamknąć się w swoim pokoju, skoro mamy jeden - dodaje.

Ostatnio poprosiła Wojtka, aby nocował właśnie w kuchni. Ona śpi z córką na rozkładanym narożniku w pokoju. Przystał na to w milczeniu, wzruszył tylko ramionami.

- Przemiany społeczne, kryzysy ekonomiczne i międzynarodowe zagrożenia wpływają na nasze losy. Świat wewnętrzny często jest odbiciem zewnętrznego i odzwierciedla emocje, jakie on wywołuje - mówi Katarzyna Kucewicz. W historii Anki i Wojtka są to emocje "kryzysowe": rozpacz, gniew, frustracja, rozżalenie wynikające z popełnienia błędu, który trudno było przewidzieć. Dlaczego? Bo nie mamy pełnych danych. Jak przy huraganie czy tsunami, o których dowiadujemy się wszystkiego, gdy są tuż-tuż.

- W takich sytuacjach zwykle chcemy kogoś obarczyć winą i nie wiemy kogo. Doradcę? Bank? Prezydenta Polski? Ekonomistów z USA? Zaczynamy więc mieć pretensje do bliskich. Warto to sobie uświadomić - radzi Katarzyna Kucewicz i dodaje: - Wierzę, że kryzys w małżeństwie Ani i Wojtka można naprawić, ale oboje muszą postarać się oddzielić to, na co mają wpływ, od tego, na co wpływu nie ma nikt z nas. Trzeba odżałować tę decyzję, przestać wracać do feralnego dnia, kiedy zdecydowali się na kredyt. Stało się. Warto oprzeć się pokusie szukania winnego i skupić na tym, co mamy dzisiaj i co możemy zrobić w przyszłości. Popełniliśmy błąd, ale teraz mamy wspólne zadanie do wykonania. Takie podejście zbliża ludzi nawet w bardzo trudnych sytuacjach.

Kto jest motylem

Styczeń trzy lata temu. Śnieżyca paraliżuje wybrzeże Stanów Zjednoczonych, w Nowym Jorku spada ponad pół metra śniegu. Monika (40 l.), specjalistka do spraw marketingu, wraca ze świąteczno-sylwestrowego urlopu od przyjaciółki. Od kilkunastu godzin siedzi na lotnisku. Nikt nie wie, kiedy wystartuje samolot do Warszawy, podobnie jak do wielu innych miast na świecie. W końcu pod halę podjeżdża bus, który zawozi pasażerów do pobliskiego hotelu na nocleg. Monika jest wściekła, bo za kilkanaście godzin ma się stawić w nowej pracy i zwyczajnie się boi, że ugrzęźnie tutaj na dłużej. A jeśli śnieżyca nie ustanie? Przecież wiosną 2010 r. wybuch wulkanu na Islandii spowodował odwołanie większości lotów nad Europą - i to aż na kilkanaście dni. Co za fatum!

Poza tym Monika wciąż przeżywa rozstanie z narzeczonym. Zakończyli długoletni związek kilka tygodni przed świętami. W gruncie rzeczy to dlatego się tu znalazła. Nadszarpnęła poważnie swój budżet, kupiła wyjątkowo drogie bilety do Nowego Jorku. Jej przyjaciółka zadbała, aby święta i sylwester były udane - szalały na wyprzedażach, wybrały się na wycieczkę śladami bohaterek serialu "Seks w wielkim mieście". Magia Wielkiego Jabłka działała... aż do dziś.

- W lobby powitał nas miły menedżer - opowiada Monika. - W pewnym momencie zauważyłam, że mówiąc do grupy, patrzy tylko na mnie. Poczułam coś przyjemnego, błysk porozumienia, jakbyśmy się znali od dawna. Sama nie wiem, jak to się stało, ale do drugiej w nocy siedzieliśmy razem w pustym barze hotelowym. Piliśmy colę, bo on był w pracy i odbierał telefony w sprawie śnieżycy. Okazało się, że Alex jest synem polskich emigrantów. Rozbroił mnie tym, że znał komedie Barei, w tym moje ulubione "Alternatywy 4". Podczas śniadania pasażerowie dostali informację, że wystartują w ciągu trzech godzin. Monika pospiesznie pożegnała się z Alexem.

- Byłam oszołomiona, nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Bałam się pomyśleć, że to zakochanie, ale tak właśnie czułam. Na do widzenia przytuliliśmy się i nie mogliśmy wypuścić z objęć. Wymieniliśmy maile, telefony, adresy domowe. Dwa tygodnie później on był już u mnie w Polsce. Przez wiele miesięcy latali do siebie przez ocean. Wiosną ubiegłego roku Monika przeprowadziła się do Newark w New Jersey. Życie tutaj jest znacznie tańsze, a do Nowego Jorku blisko.

- Miesiąc temu wzięliśmy ślub. Alex pracuje nadal w "naszym" hotelu, ja na razie chodzę na kurs językowy i działam w kółku polonijnym - mówi Monika. - Jest mi tutaj dobrze, choć nigdy nie zakładałam, że wyemigruję. I pomyśleć, że gdyby nie śnieżyca i odwołany lot, nie poznałabym miłości mojego życia! Matka mówi mi, że ewidentnie zadziałała magia uczucia. Monika woli myśleć, że to przeznaczenie.

- W nurcie psychologii, którą się zajmuję, wierzymy, że człowiek intuicyjnie kieruje swoim życiem, nawet kiedy mu się wydaje, że wszystko dzieje się przypadkiem - uśmiecha się Katarzyna Kucewicz. - Freud uznałby pewnie, że skoro Monika usilnie pragnęła kogoś poznać, to w taki sposób pokierowała urlopem, żeby znaleźć się w Ameryce. Jej nieświadomość wybrała drogę i termin. Ja przypuszczam, że była gotowa na poznanie nowego partnera, więc prawdopodobnie jej silna potrzeba zostałaby zrealizowana nawet bez śnieżycy. W nieświadomości, do której, jak sama nazwa wskazuje, nie posiadamy świadomego dostępu, też przebiegają różne procesy myślowe. I to one często wpływają na realizację prawdziwych celów i marzeń.

A co na to Edward Lorenz? Może powiedziałby, że jedną z przyczyn całego zdarzenia była zdecydowana zmiana kierunku poruszania się obiektu M (Monika). To ona była motylem. Czy spowodowała burzę śnieżną? Oczywiście nie, ale wywołała zupełnie inne zjawisko, które do dziś jest ważne w życiu jej i jej nowego partnera.

Magdalena Kuszewska

PANI 1/2017


Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje