Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tak trudno się rozstać

Czasem już nic nie łączy ludzi, tylko wspólny dach nad głową. Nie kochają się ze sobą, nie rozmawiają nawet. Dlaczego się nie rozstają? O problemach par z długim stażem z psychoterapeutą, dr. Bartoszem Zalewskim rozmawia Magdalena Jankowska.

Każdy związek trzeba ratować?

Reklama

Dr Bartosz Zalewski: - Nie, nie każdy. Są przecież związki, w których jest przemoc, uzależnienie od alkoholu czy narkotyków. Ludzie, którzy w nich tkwią, przychodzą często do psychoterapeuty, żeby pomógł im je zakończyć. Żeby uratować nie małżeństwo, lecz siebie, czasem dzieci.

A kiedy ludzi wiąże tylko wspólny dach?

- To spora grupa pacjentów - przychodzą i mówią, że nic ich już nie łączy, wszystko wygasło. Nie chcą żyć w związku, w którym nic się nie dzieje, ale z drugiej strony są do siebie przywiązani. I mają dylemat. Rolą psychoterapeuty jest towarzyszyć im w tej sytuacji, wspólnie szukać odpowiedzi na pytanie: ratować czy nie ratować?

I co to jest to "coś", co sprawia, że jednak warto zostać razem?

- To, że te osoby jednak się kochają. Tylko uczucie jest przykryte przez urazę, złość, zaniedbania. Przez prozę życia albo przez to, że kochają się z różną intensywnością.

Co to znaczy?

- Jedni z nas są bardziej ekspresyjni, nastawieni na drugą osobę, pragną bliskiego kontaktu. Inni wolą być trochę osobno, kochać z pokoju obok. Przez takie różnice narastają pretensje, nieporozumienia, żale, ale to nie znaczy, że ludzie nie chcą czy nie mogą być razem.

A jeśli są ze sobą, bo mają, choć marną, ale jednak stabilizację? Mieszkają w domu na kredyt - a gdyby go sprzedali, zostałoby na kawalerki, i to na przedmieściach...

- Jeśli dwoje ludzi mówi: "Nic nas nie łączy, tylko kredyt", to ja bym się zainteresował, czemu oni przyszli do mnie, a nie do doradcy kredytowego. Myślę, że wybrali mnie, bo coś jeszcze oprócz tego kredytu ich łączy i jest to dla nich ważne. Może chodzi o dzieci? Nie wiedzą, jak im powiedzieć, jak je przygotować na rozwód? Albo może byli zaangażowanymi rodzicami, inwestowali w dziecko, a nie w związek, i kiedy dorosło, nie umieli już ułożyć sobie stosunków.

Czasem ludzie chcą po prostu, żeby to specjalista im powiedział, czy powinni być razem.

- Ale psychoterapeuta tego nie wie! Nie jest alfą i omegą. W latach 70. i 80. XX w. były w psychoterapii modne podejścia eksperckie. Psycholodzy przyglądali się rodzinie i mówili, co trzeba zrobić, by było dobrze. Okazało się to skuteczne tylko w terapii rodzin niewydolnych, z ogromnymi problemami: uzależnieniami, ubóstwem. Im potrzebny był ekspert, który powie, co wolno, a czego nie. Ale w innych rodzinach to nie działa. Dziś psychoterapeuta oferuje zrozumienie: razem poszukajmy, co się wydarzyło, że was dwoje przestało cokolwiek łączyć. To się nie stało samo, to wymagało konkretnych, codziennych działań. Oddalaliście się krok po kroku. W terapii odkrywamy, jak to zrobiliście i po co. Ale zdarzają się też pary, które podjęły już decyzję o rozstaniu, potrzebują tylko potwierdzenia, najlepiej dowodu winy drugiej strony. Zdarzało mi się zażartować, że potrzebują raczej detektywa. Orzekanie, kto jest winny, nie jest domeną psychologa. Jest nią zrozumienie.

Jeśli ludzie pytają: czy powinniśmy się rozstać...

- ...to albo podejrzewają, że coś ich łączy, tylko nie wiedzą, co to jest, albo czują, że nic ich nie łączy, ale chcieliby dalej być razem. Mają swoje powody, i to nie zawsze jest to, o czym mówią na początku. Może ten związek zaspokaja jakieś ich nieświadome potrzeby? Czasem chcą relacji, która będzie ich ranić. Taki mają wewnętrzny, wyniesiony z rodzinnego domu model więzi. Myślą: nie ma miłości bez cierpienia.

A lęk przed zmianą? Zaczynać od nowa po 20 latach, około pięćdziesiątki, to nie jest łatwe, szczególnie dla kobiety.

- Może być tak, że ona chciałaby odejść, ale się boi. Nie umie znaleźć rozwiązania tej sytuacji, w której jest jej źle. Być może dlatego, że chciałaby mieć i stabilizację, i przygodę jednocześnie. Zawsze są jakieś powody, dla których uznajemy, że znajdujemy się w sytuacji patowej. Przecież rozstanie się z domem, podzielenie kredytu to nic strasznego. Mówi pani: starczyłoby najwyżej na kawalerkę na przedmieściach. Czy ta kawalerka to coś nie do zaakceptowania?

Oznaczałaby poczucie życiowej porażki, że po tylu latach małżeństwa zostało tylko tyle.

- Poczucie porażki nie zabija. To się miewa, ale to mija. Bywa sygnałem, żeby ruszyć dalej. Jeśli więc sytuacja takiego zawieszenia trwa długo, to musi być jakaś przyczyna. Niewykluczone, że każda z osób czeka na ruch drugiej strony. Niech on ratuje, niech coś zrobi, żeby było lepiej, niech ona wniesie pozew o rozwód. Takie podejście konserwuje sytuację.

Nie uważa pan, że wiele par nie myślałoby o rozstaniu, gdyby świat im nie mówił: to, co macie, to za mało? Jest taki współczesny przekaz: w związku powinno się dziać, powinniście coś przeżywać - namiętności, mocne wrażenia. Ci, którzy takich emocji nie doświadczają, dochodzą do wniosku, że ich związek jest kiepski.

- Pamięta pani "Panią Bovary" Flauberta? Była o tym samym. Marzyć o namiętności to nie jest znak dzisiejszych czasów, lecz kondycji ludzkiej. Prof. Bogdan de Barbaro mawia, że człowiek ma dobre prawo do tego, żeby chcieć więcej. Nic w tym złego, że ludzie marzą, by było bardziej, mocniej, lepiej. Po to przychodzą też na terapię - bo chcą coś poprawić, ulepszyć w związku. Problem w tym,że marzenia zderzają się z rzeczywistością.

Pani Bovary też się z nią zderzyła. Straciła wszystko.

- Właśnie. Klucz do tego problemu leży w odpowiedzi na pytanie: czy moje marzenie jest realne? Nierealne można mieć w wieku 17 lat, bo napęd wewnętrzny mówiący "nie zaakceptuję rzeczywistości" to cecha młodości. Gdzieś przeczytałem takie zdanie: "Każda kobieta marzy o macho, a potem go spotyka i już jej wystarczy". Właśnie o to chodzi: że musi przyjść moment, w którym już nam wystarczy. Już wiemy, jak to jest, akceptujemy rzeczywistość, widzimy ograniczenia, niezależnie od tego, co mówi nam świat, znajomi, co przeczytamy czy obejrzymy w filmach. Cechą współczesności jest nie tyle pragnienie, żeby mieć więcej i lepiej, co wielkie oczekiwania wobec samego związku. Świetnie pokazuje to prof. Tomasz Szlendak w "Socjologii rodziny...". Dwieście lat temu nawet klasie uprzywilejowanej nie przychodziło do głowy, żeby wymagać od kobiety, by była żoną, matką i jeszcze superkochanką. Dziś chcemy, żeby związek dał bliskość emocjonalną, wspólnotę doświadczeń i celów, świetny seks, przyjaźń, dzieci i jeszcze obojgu możliwość realizacji ambicji zawodowych. No, to jest zbyt dużo wymagań, by uznać je za realne.

Ta wielość oczekiwań oddala?

- To jedna z wielu rzeczy budzących niezadowolenie z relacji, która może powodować nieporozumienia. Rozpad związku jest jak katastrofa lotnicza - nie ma jednego powodu. Jest ich kilkanaście, kilkadziesiąt, cała konstelacja. Terapia jest zaproszeniem, żeby ją zobaczyć w całości. Nie jest tak, że jak długo pogrzebiemy, to znajdziemy jeden, ostateczny i najważniejszy czynnik niszczący związki. Podobnie nie da się ustalić zasad, które będą uniwersalne i dobre dla wszystkich. Na przykład kiedy przychodzi do mnie para, która się kłóci, to często myślę: nie jest tak źle, coś do siebie czują, uczucia są nieco na minus, ale jednak gorące. Nie mogę jednak z tego wyciągać wniosków, że kłótnia zawsze jest dobrym zwiastunem - są pary, które ranią się słowami, spalają w awanturach pełnych obelg i słownej przemocy.

Żadnych wskazówek?

- Kiedy pytam pacjentów, co powinno się zdarzyć, żeby byli szczęśliwsi w związku, wiem, że dobrym sygnałem jest, jeśli ktoś odpowiada: byłbym szczęśliwszy, gdybym mógł robić to czy tamto. Gorzej, jeśli mówimy: byłbym szczęśliwszy, gdyby ona była inna. W pierwszym przypadku można negocjować, uzgadniać warunki, w drugim należałoby dokonać przemiany partnera, a to niewykonalne. Z badań wynika zresztą, że pary, które są ze sobą szczęśliwe, mają taki zwyczaj, że jeśli partner osiągnął sukces czy zrobił coś dobrze, to przypisują to jego cechom (on jest taki inteligentny, ona jest taka dobra), natomiast przyczyny porażki widzą w sytuacji, okolicznościach, przypadku. Innymi słowy, szczęśliwe pary zakładają że dobre rzeczy wynikają z cech partnera, a złe mu się przydarzają. Nieszczęśliwe z kolei robią na odwrót. Ważną przesłanką udanego, długoterminowego związku są też wspólne wartości.

- Partnerzy, którzy deklarują, że są ze sobą szczęśliwi mimo upływu lat, mogą mieć różne temperamenty, zainteresowania i hobby, ale wartości mają takie same: na przykład zgodnie uznają, że dobrze jest mieć wiele dzieci albo dobrze jest robić karierę i wcale nie mieć dzieci. Istnieje też badanie, które pokazuje, że mężczyźni są szczęśliwi z kobietami, które mówią, że czują się w życiu bezpiecznie i mają zaufanie do partnera. W drugą stronę to nie działa - męska pewność czy niepewność słabo przekłada się na kobiece poczucie szczęścia. Pary z udanym, długoletnim stażem mówią też o satysfakcji seksualnej, ale, co ciekawe, nie ma to związku z częstością współżycia. Innymi słowy, uważają, że mają dobre życie erotyczne, co wcale nie znaczy, że często uprawiają seks.

Z badań, które pan cytuje, wynika, że sekret udanych związków polega na właściwym doborze partnera. Nie jest tak, że niektórzy z nas mają po prostu talent do małżeństwa?

- Są tacy. Każdy z nas nosi w głowie jeden z czterech stylów przywiązania, ukształtowany we wczesnym dzieciństwie w rodzinnym domu. Jeden z tych stylów - tzw. bezpieczny - sprawia, że jesteśmy ufni, a jednocześnie wytrzymali, stabilni emocjonalnie. Takie osoby najchętniej wiążą się z podobnymi do siebie i tworzą dobre związki. Ale nawet z ludźmi o bardziej problemowym stylu przywiązania potrafią mieć dość udane relacje.

A reszta?

- Pozostałe trzy style przywiązania to lękowo-ambiwalentny, unikający i zdezorganizowany. Ludzie, którzy przywiązują się w ten sposób, męczą się w związkach i łatwiej wiążą z osobami, które też mają problemy. Na przykład osoba przywiązująca się lękowo-ambiwalentnie tęskni za bliskością, ale gdy partner się zbliża, nie wie, jak sobie z tym radzić, jak się zachować. "Jest tak, jak chciałam, a ja jestem napięta, robię awantury, sama nie wiem o co", mówi. Nie jest jej łatwo zbudować związek, w którym obydwoje partnerzy czują się szczęśliwi.

Niektórzy psycholodzy twierdzą, że dobre małżeństwo to tak naprawdę seria małżeństw z tą samą osobą, za każdym razem na nowych zasadach.

- Na pewno, przecież każdy związek przechodzi różne etapy, a kryzysy zwykle pojawiają się na przejściach między jedną fazą a drugą. Przeżycie rozczarowania partnerem, kiedy kończy się faza zakochania, pojawienie się dziecka i wejście w rolę rodziców czy wyjście z tej roli - wszystkie te progi są jakby sprawdzianami elastyczności i stabilności pary. Jeżeli pojawia się wówczas lęk, że się oddalacie, to warto sprawdzić, czy druga osoba czuje to samo. Możecie się zastanowić, czy potraficie we dwoje coś z tym zrobić, skorzystać z siły związku i spróbować wyjść z kryzysu o własnych siłach. Można też poradzić się przyjaciół, a jeśli to nie zadziała, pozostają jeszcze psychologowie. Choć trzeba pamiętać, że to nie jest tak, że my leczymy większość społeczeństwa. Leczymy mniejszość.

PANI 10/2015

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Dowiedz się więcej na temat: kryzys małżeński

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje